Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Josif Brodski


Josif Brodski (1940-1996) syn tłumaczki i dziennikarza, urodził się 24 maja 1940 roku w Leningradzie, ZSRR. Przeżył oblężenie i przymusową ewakuację w czasie II wojny światowej.

Gdy miał 15 lat, rzucił szkołę. "Był to mój pierwszy akt wolnej woli" - oceniał to zdarzenie po latach. Pracował jako frezer w leningradzkiej fabryce Arsenał, potem w kostnicy szpitala rejonowego, by następnie z wyprawą geologiczną wyruszyć nad Morze Białe, próbował dostać się do marynarki, ale jako Żyd nie miał na to szans. Był samoukiem. Sam znalazł sobie najlepszego nauczyciela w osobie Anny Achmatowej, która pierwsza odkryła jego talent. Zawdzięczał jej wiele - to ona odkryła przed nim to, co najlepsze w poezji rosyjskiej XX wieku (i czego nigdy nie znalazłby w szkolnej bibliotece) - twórczość Osipa Mandelsztama, Mariny Cwietajewej i swoją własną.

Był wbrew jego woli, aresztowany i zamykany dwukrotnie: w 1963 i 1964 roku w zakładzie psychiatrycznym. Świat usłyszał o nim w 1964 roku, gdy został skazany, na pięć lat łagru za "pasożytnictwo", do obozu pracy na Syberię. Jego "winą" było pisanie wierszy, odsiedział półtora roku. Gdy w Ameryce ukazała się jego pierwsza książka "Wiersze i poematy", był na zesłaniu. Na procesie, na sędziowskie pytanie, kto mu powiedział, że jest poetą, skoro nie należy do związku literatów ani nie publikuje, odpowiedział "Myślę, że to od Boga".

Poetka Maryny Cwietajewa (1892-1941), wywarła obok Osipa Mandelsztama największy wpływ na twórczość Brodskiego, który wspominał "ona jest jedynym poetą, z którym postanowiłem nie konkurować".

Ulubieniec Achmatowej, zmuszony do emigracji w 1972 r. wyjechał do USA, co stała się początkiem pisarskiego exodusu z ZSRR - równie wielu twórców opuściło bolszewicką Rosję tylko raz, na początku lat 20.

W 32. roku życia wydostał się z ZSRR i zamieszkał w Nowym Jorku, gdzie szybko zyskał uznanie w kręgach literackich. W przeciwieństwie do wielu rosyjskich emigrantów, znakomicie odnalazł się na Zachodzie, czego ukoronowaniem była literacka Nagroda Nobla (1987), której był jednym z najmłodszych laureatów.

Na emigracji pozostał poetą rosyjskim, lecz eseje pisał po angielsku, co pozwoliło mu zachować zdrowy dystans wobec siebie samego. Wykładał na uniwersytetach amerykańskich, w latach 1991-1992 został Laureatem Biblioteki Kongresu USA, jako pierwszy nieurodzony w Ameryce poeta.



„…Zająłem się literaturą z jednego względu: bo daje ci sakramencki gaz. Kombinując na przykład wers, kojarzysz ze sobą rzeczy zasadniczo zwykle dla ciebie niedostępne. Oto czemu warto zajmować się literaturą. I dlaczego byłaby ideałem jako zajęcie dla każdego. To ewidentna konieczność biologiczna. Obowiązek jednostki wobec samej siebie, wobec własnego DNA...” – Josif Brodski w rozmowie z Solomonem Wołkowem.

Odwiedził Polskę dwukrotnie, został doktorem honoris causa Uniwersytetu Śląskiego, jego książki rozchodziły się w dużych nakładach.

Po raz pierwszy spotkałem się z Josifem Brodskim w grudniu 1985 roku w nowojorskim ratuszu, podczas ceremonii wręczenia przez burmistrza Nowego Jorku Edwarda Kocha, wyróżnień przedstawicielom różnych grup etnicznych. Wśród wyróżnionych był właśnie Brodski. Siedział skromnie z boku, w muszce koloru bordo, jakby ta sytuacja jego nie dotyczyła, zdziwiony, dlaczego się tu znalazł. Zrobiłem mu wówczas pierwsze zdjęcia. Kiedy poprosiłem o możliwość sfotografowania, kiwnął głową, popatrzył na mnie z zaciekawieniem i pytającym wyrazem twarzy, czy aby nie pomyliłem się w wyborze, skoro wokół tyle znakomitości? Uśmiechając się, powiedziałem, że przyszedłem tylko dla niego. Chociaż prawda była taka, że zaprosił mnie polski biznesmen, który miał dostać odznaczenie i chciał mieć zdjęcie z burmistrzem Nowego Jorku, co oczywiście też mu zrobiłem.

Dwa lata później, 22 października 1987 roku Josif Brodski został laureatem Nagrody Nobla. „The New York Times” na pierwszej stronie zamieścił duże zdjęcie Brodskiego w uścisku z amerykańskim wydawcą jego książek Rogerem Strausem — właścicielem oficyny Farrar, Straus & Giroux, zrobione w Londynie po otrzymaniu informacji o nagrodzie. Brodski powiedział wówczas z wrodzoną sobie skromnością, że Nobel „to duży krok dla niego, a mały dla ludzkości”.


Nagle zdjęcia laureata nabrały nowej wartości. Wyróżnienie Brodskiego nie było dla mnie zaskoczeniem, wiedziałem, że już rok wcześniej był wymieniany w ścisłym gronie kandydatów. Zaraz po ogłoszeniu werdyktu przez Szwedzką Akademię rozpoczęła się batalia o wywiady i zdjęcia. Brodski kategorycznie odmawiał, chroniąc swoją prywatność. Pomyślałem, że wyślę mu zdjęcia, które mu wcześniej zrobiłem i poproszę o prywatną sesję. Pojawił się jednak problem, jak zdobyć jego prywatny adres? Ostatecznie mogę mu je wysłać do wydawnictwa z prośbą o przekazanie. Przypomniało mi się jednak, że w czasie powiększania zdjęć w ciemni widziałem na jednym z nich wystającą z kieszeni Brodskiego kopertę. Jeszcze raz powiększyłem znacznie fragment negatywu z kieszenią. Przez lupę udało mi się przeczytać na wystającej kopercie: 44 Morton Street. To trochę jak w filmie "Powiększenie" Antonioniego. Znalezienie kodu pocztowego nie było już problemem. Wysłałem więc zdjęcia z prośbą o sesję zdjęciową. O dziwo, zgodził się, pytał tylko, dlaczego jeszcze chcę robić zdjęcia, skoro mam już jego „the wonderful picture”, jak je określił. Bardzo mi jednak na tych fotografiach zależało: Co innego zdjęcie zrobione w publicznym miejscu, a co innego w zaciszu domowym, którego strzegł od lat.

Na dwa dni przed Świętami Bożego Narodzenia 22 XII 1987, znalazłem się na 44 Morton Street w Nowy Jorku.

Cicha uliczka w dzielnicy Greenwich Village, starej części Manhattanu, zamieszkałej przez artystów. Z moją znajomą, Isabel Bau Madden wspinamy się po kilku schodkach prowadzących do drzwi. Znajduję nazwisko poety na długiej liście. Naciskam dzwonek. Po chwili sygnał informuje, że możemy wejść.

Z korytarza dobiega głos:

– Proszę na dół.

Schodzimy, podążając za głosem. Na dole czeka na nas gospodarz i po powitaniu prowadzi przez długi korytarz, którego jedną ścianę wypełniają książki. Wchodzimy do przytulnego pokoju z otwartymi drzwiami do ogródka. Obok stoją stół, krzesła i choinka z lampkami.

Kiedy przygotowuję sprzęt do fotografowania, z kanapy wstaje i majestatycznie podchodzi do mnie kot. Przymila się, zaglądając do torby. Z gotowym aparatem rozglądam się po pokoju. W tym czasie Brodski dość długo rozmawia przez telefon. Zastanawiam się, gdzie byłoby najlepsze miejsce do robienia zdjęć. Przy oknie w rogu pokoju stoi olbrzymie biurko, zarzucone papierami, z otwartymi szufladami, na nim prosta maszyna do pisania. Moją uwagę zwracają ściany obwieszone licznymi portretami, wśród których króluje portret kobiety, przypuszczalnie matki pisarza. O dziwo, na honorowym miejscu znajduję portret, który zrobiłem i wysłałem Brodskiemu wcześniej. Po przeciwnej stronie pokoju pół ściany zajmuje regał z książkami, encyklopediami, a drugą część z kominkiem i wychodzącymi na zewnątrz cegłami pokrywają właśnie zdjęcia. Wśród nich dominuje portret nieżyjącego już dziś poety amerykańskiego W. H. Audena, który bardzo pomagał Brodskiemu w początkowym okresie jego pobytu w Ameryce. Brodski kończy rozmowę telefoniczną, odkładając słuchawkę telefoniczną na mały stolik, przykryty komputerowymi wydrukami jego nowej książki.


– Proszę tu zostać – decyduję.

– Z tyłu jest znakomite tło.

Brodski nie protestuje. Czekam chwilę, aż skończy zapalać papierosa.

– To dziwne, że pali – myślę w duchu – jest przecież po dwóch zawałach.

Po kilku zdjęciach przesuwamy się w stronę biurka. Pytam go o język polski. Poprzedniego dnia słyszałem, jak znakomicie sobie radził, rozmawiając po polsku z Jerzym Kosińskim w nowojorskim Pen Clubie, gdzie wydano przyjęcie z okazji przyznania Brodskiemu Nagrody Nobla.

– Nauczyłem się polskiego – mówi wolno – jeszcze w Rosji. Polskie czasopisma w tym "Przekrój", były dla mnie jedynym źródłem informacji o świeci, z rosyjskich wtedy nie można się było niczego dowiedzieć. Przepraszam, że mówimy po angielsku, ale zapomniałem wiele od tamtej pory.

Isabel proponuje zdjęcie z kotem, który w tym czasie leży wygodnie na fotelu. Uśmiechając się dobrodusznie, Brodski bierze kota na ręce i wychodzimy do ogródka.

–Jak on się nazywa? – pytam.

–Missisipi – odpowiada Brodski.

–Skąd to imię? – docieka wyraźnie zaintrygowana Isabel.

–To proste – kontynuuje Brodski – w słowie Missisipi jest dużo syczących zgłosek. Tak w ogóle to kot mego przyjaciela, ja się nim tylko opiekuję.

Podczas tej sesji powstały chyba najbardziej prywatne zdjęcia Brodskiego, które znalazły się kilka razy na okładkach magazynów i książek.

Kilka lat później, na początku 1992 r. spędziłem z Josifem Brodskim cały dzień. Sprawował wówczas godność "Poety Laureata" i otrzymał roczne stypendium w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie.

Do Waszyngtonu przybyłem z ekipą filmową z Isabel Bau Madden, która przygotowywała film o poecie. Od rana do późnych godzin nocnych, razem z filmowcami towarzyszyłem Brodskiemu.

Trzy ataki serca i dwie operacje nie zmieniły jego stylu życia. Palił dalej nałogowo, nawet wewnątrz Biblioteki Kongresu, gdzie już samo myślenie o paleniu jest zabronione. Miało się wrażenie, że on papierosy wręcz pochłania, a nie pali. Pracownicy biblioteki udawali, że nic nie widzą. To przyzwolenie na palenie było dowodem na to jaką cieszył się estymą.

Pamiętam, jak z okna swojego gabinetu w Bibliotece Kongresu pokazywał nam dach Sądu Najwyższego, śmiejąc się przewrotnie. Świadomi jego przeżyć w Rosji filmowcy zastanawiali się, jak powiedzieć mu o konieczności zamontowania mikrofonu z bezprzewodowym nadajnikiem, który będzie nagrywał wszystko, co powie. Szczerze rozbawiony zgodził się na wszystko.

Z rozmów wynikało, że po kilku miesiącach pobytu w Waszyngtonie tęsknił do Nowego Jorku, gdzie często jeździł na weekendy. Waszyngton z całą administracją i urzędnikami obezwładniał go, a on ze względu na funkcję "Poety Laureata" miał obowiązek spotykania się z kongresmenami, młodymi poetami, studentami. Widać było, że męczy go ta sytuacja i jak zbawienia czeka na koniec kadencji.

W efekcie całodniowego spotkania w Waszyngtonie jest godzinny film Dzień z Josifem Brodskim oraz seria zdjęć.

Spotkania z nim należały do bardzo ważnych i intensywnych.

Josif Brodski miał życie intensywne i krótkie, zmarł mając 56 lat, 28 stycznia 1996 roku w Nowym Jorku.

Nie mogę pogodzić się z myślą, że go więcej nie zobaczę. Często wracam myślami do jego śmierci. Po wypiciu kawy w starej, założonej w 1927 roku, pełnej europejskiego uroku Caffe Reggio, którą za życia Brodski bardzo chętnie odwiedzał, idę do blisko położonego domu pogrzebowego Perozzo Funeral Home. Przed wejściem wielojęzyczny tłum. Robię dyskretnie zdjęcia. Wewnątrz kolejka oczekujących, na stole pozostawione aparaty, muszę więc zostawić i swój. Wąskim korytarzem przechodzę do małej salki z kilkoma krzesłami. Pod ścianą, w otwartej trumnie, w brązowym garniturze i okryciu, spoczywa Josif Brodski. W złożone ręce włożono mu mały krzyżyk.

Ma spokojną twarz. Można pomyśleć, że zapadł w krótką drzemkę i za chwilę otworzy oczy. Tylko ludzie ocierający łzy uświadamiają, że poeta z tego snu już się nie obudzi. Żałobnicy w skupieniu przechodzą obok trumny. Niektórzy siadają na krzesłach. Wychodzę przed dom pogrzebowy, przed którym słychać rozmowy w wielu językach. Angielski, rosyjski, polski… Ludzie wolno rozchodzą się do domów.

Następnego dnia w kościele Grace Church na Brooklyn Heights, nieopodal domu, w którym zmarł, odbyła się msza żałobna dla rodziny i najbliższych przyjaciół. Byli obecni Michaił Barysznikow, Susan Sontag, Robert Silvers, Roger Strus, Czesław Miłosz, Adam Zagajewski, Tomas Venclova… Największe wrażenie zrobił na mnie odczytany łamiącym się głosem przez żonę Brodskiego, Marię wiersz Do mojej córki, któremu przysłuchiwała się, pewnie niewiele rozumiejąc, trzyletnia Anna, siedząca na kolanach niani. I drugi, niezwykle smutny, moment – idąca za trumną żona rzuca się w ramiona podążającego obok Barysznikowa i cały orszak zatrzymuje się na kilka dobrych chwil.


Po mszy trumna została przewieziona na cmentarz Trinity Church Cementery. Miała tam pozostać przez jakiś czas, ale ostatecznym miejscem spoczynku Josifa Brodskiego stanie się Wenecja. Na początku byłem trochę zdziwiony tą wiadomością. Dlaczego Wenecja, a nie Petersburg, gdzie się urodził? Wiedziałem, że prezydent Rosji Borys Jelcyn przekazał wdowie kondolencje i zaproponował pochówek w Petersburgu. Jednak Brodski po opuszczeniu w 1972 roku miasta nad Newą nie wrócił tam nigdy, mimo zaproszeń. Kilka miesięcy przed śmiercią w wywiadzie dla „Moskowskich Nowosti” powiedział: „Oczywiście, nim zamknę oczy, miałbym ochotę pobyć w rodzinnym mieście. Telefonistka z Rosji, która do mnie dzwoni, mówi: Tu Sankt Petersburg. Pierwszy raz był dla mnie prawdziwym szokiem. Wspaniałym szokiem”. Nigdy jednak tam nie powrócił. Pamiętam, że w czasie sesji zdjęciowej w jego pokoju zobaczyłem starą mapę Petersburga i książki o jego rodzinnym mieście. Sankt Petersburg nie stanie się miejscem wiecznego spoczynku poety, musi mu wystarczyć tylko tablica pamiątkowa na domu, w którym kiedyś mieszkał.

Gdy zacząłem się zastanawiać, dlaczego poeta spocznie w Wenecji, pomyślałem, że te dwa niezwykłe miasta są do siebie bardzo podobne. Nie bez przyczyny mówi się, że Petersburg jest Wenecją Wschodu, przez kaprys władcy zbudowany został na podmokłych terenach.

Miesiąc po jego śmierci, 8 marca 1996 roku, odbyły się żałobne nieszpory w katedrze Św. Jana Chrzciciela na Manhattanie. Mimo trzaskającego mrozu olbrzymia neogotycka katedra wypełniła się ludźmi. Przy wejściu otrzymałem świeczkę i program. Była w nim prośba, aby zamiast kwiatów przekazać dotację przekazywać na Russian Academy w Rzymie, w której utworzenie Brodski był zaangażowany, a która miała służyć pomocą rosyjskim artystom i naukowcom w studiach

W czasie prawie dwugodzinnych nieszporów brzmiała klasyczna muzyka. Przyjaciele zmarłego oraz znani twórcy i intelektualiści czytali jego wiersze. Byli wśród nich: Jonathan Aaron, Yuz Aleshkovsky, Michaił Barysznikow, Viktor Gołyszew, Yakov Gordin, Melissa Green, Seamus Heaney, Anthony Hecht, Roman Katillus, Lev Loseff, Czesław Miłosz, Anatoly Nayman, Evgeny Rein, Viktoria Schweitzer, Mark Strand, Vlodimir Uffand, Tomas Venclova, Darek Walcott, Rosanna Warren.

Cała katedra pogrążyła się w zadumie. Z rozmyślań wyrwał mnie głos Brodskiego, płynący z głośników i rezonujący w olbrzymim neogotyckim wnętrzu. Światła zaczęły przygasać, a żałobnicy zapalili świeczki. Tłum powoli kierował się do wyjścia i odpłynął w ciemną, zimną, nowojorską noc. U drzwi pozostawiano płonące świece.

Brodski ostatecznie spoczął w Wenecji na cmentarnej wyspie San Michele, w kwartale ewangelickim, a jego grób znajduje się kilka kroków od kwatery Ezry Pounda. Wenecję Brodski wpisał w swoją biografię: "Laguna" (zima 1973) była jego pierwszym wierszem poświęconym innemu miejscu niż Rosja czy Ameryka, a "Z natury" (jesień 1995 rok) – ostatnim.


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon