Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Zdzisław Beksiński

Aktualizacja: wrz 8


„…Malarz powinien "widzieć" i - jak sądzę nie musi rozumieć tego, co widzi (...). Bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe, jest opowiedzenie utworu muzycznego i podobnie trudno jest chyba z obrazem. To tak jak opisać smak czekolady komuś, kto nigdy ne miał jej w ustach. Reasumując: obrazy są do oglądania, a reszta jest milczeniem…” – Zdzisław Beksiński.

Zdzisław Beksiński (ur. 24 lutego 1929 w Sanoku – zm. 21 lutego 2006 w Warszawie, pochowany w rodzinnym grobowcu w Sanoku) – architekt, artysta malarz, rzeźbiarz, fotograf.

„…W młodości marzyłem o tym, żeby zostać reżyserem filmowym. (…) Mój ojciec, który był pragmatykiem, szybko obliczył, że jako reżyser nie znajdę pracy. Natomiast w kraju zniszczonym przez wojnę na pewno nie grozi mi bezrobocie w zawodzie architekta. Ponieważ byłem posłusznym dzieckiem, posłuchałem ojca i w 1947 roku zdałem egzaminy na Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej…” – Zdzisław Beksiński.

W 1947 r. Zdzisław Beksiński rozpoczął studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. Po ich ukończeniu pracował kolejno w Krakowie i Rzeszowie, by w 1955 r. powrócić z żoną do Sanoka.

W pierwszych latach po studiach zajmował się fotografią. Brał udział w wystawach, wysyłał zdjęcia na zagraniczne konkursy. Tu zetknąłem się po raz pierwszy z pracami Beksińskiego, kiedy ja zaczynałem na początku lat 70-tych w Łodzi swoją przygodę z fotografią w ŁTF (Łódzkie Towarzystwo Fotograficzne) na ul. Piotrkowskiej 102 i wykłady z profesorami z łódzkiej Filmówki.

„…Pragnę malować tak, jakbym fotografował sny…” – Zdzisław Beksiński.

Byłem od lat zafascynowany zdjęciami Zdzisława Beksińskiego. Pamiętam takie zdjęcie dziewczyny w jasnym kostiumie kąpielowym, która położyła się po skosie na szynach, tak, że szyja była by odcięta i nogi od kolan przez przejeżdżający pociąg. Tak sugestywne, że aż ciarki mi przechodzą po plecach, jak dziś o tym pomyślę.

Pod koniec lat 70.tych, Beksiński przeprowadził się do Warszawy, gdzie już zajmował się malarstwem, wystawiał we Włoszech, Niemczech, Belgii. Jako jedyny Europejczyk ma stałą ekspozycję w muzeum sztuki w Osace.

W wyobraźni wielu odbiorców jawił się jako odcięty od świata dziwak, pogrążony w swoich fantastycznych wizjach. Tworzył przy muzyce. Pamiętam, że kilka półek w jego pracowni wypełnionych było CD z najnowszymi nagraniami. A w czasie moich pobytów u niego, zawsze sączyła się muzyka.

No właśnie, gdy od połowy lat 80-tych, zaczęłem z Nowego Jorku przylatywać do Warszawy, w planach miałem odwiedzić Beksińskiego. Zdobyłem jego telefon, oczywiście stacjonarny, innego wtedy nie było. Ale wszyscy mi mówili, że on nie często wychodzi z domu, a do domu zaprasza rzadko.

Zadzwoniłem, odezwała się automatyczna sekretarka, nagrałem się, mówiąc, że jestem z New York, zajmuję się fotografią, będę krótko i chce koniecznie się z nim zobaczyć. Oddzwonił następnego dnia, wypytywał mnie o fotografię i sprzęt fotograficzny jakiego używam. Powiedziałem mu, że mam aktualnie najlepszego Canona F1 i Leica …to proszę przyjść jutro w południe, usłyszałem. Bardzo skomplikowane wejście, dzwonki, wieloklatkowy wieżowiec. Okazało się, że sprzęt fotograficzny zdecydował, że się ze mną umówił. Z tego wniosek, że warto mieć dobry sprzęt fotograficzny. Potem jak przyjeżdżałem, to przywoziłem mu katalogi sprzętu, który w Paryżu mu kupował jego kolekcjoner. Pamiętam, jak nagrywałem mu małym magnetofonem rozmowę, był zachwycony, powiedział, że musi go mieć, spisał sobie markę.

Po rozmowie w studio, wyszliśmy na balkon, pokazał mi palcem odległy blok, patrzę tam ciągle, gdyż tam mieszka mój syn, czy wszystko jest w porządku… przy następnym spotkaniu opowiedział mi o jego próbach samobójczych…

Pamiętam, było ciepło, czerwiec. Poprosił mnie może Pan przyniesie po puszcze Coca-Coli, jest w lodówce w kuchni. Poszedłem, wielka lodówka, wyższa od mnie, kiedy otworzyłem oniemiałem, od góry do dołu wypełniona była Coca-Colą. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia. Ale Beksińskiego fotografowałem i nagrywałem bez przerwy, jak u niego byłem.

W wigilię Bożego Narodzenia 1999 r. syn Tomek Beksiński (1958-1999) popełnił samobójstwo – trzeba tu dodać, że to była trzecia próba. Tomek, dziennikarz muzyczny, tłumacz z języka angielskiego w ostatnim liście do ojca napisał: "Załatwmy to jak mężczyźni. Matka nie żyje, w związku z tym mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciw temu, że odbiorę sobie życie".

Ale wróćmy do Beksińskiego, który mieszkał w Warszawie na Służewiu, przy ulicy Sonaty w długim wieżowcu. Pamiętam, że kiedy po samobójstwie Jurka Kosińskiego (1991) opowiadałem Beksińskiemu o tym, wypytywał mnie z zaciekawieniem. Jak skończyłem, powiedział — proszę iść ze mną coś Panu pokażę. Poszliśmy na balkon, na którym zresztą zrobiłem mu unikalne zdjęcia socrealistycznego bałaganu krajobrazu w czasie pierwszego spotkania w 1986 r. Teraz, po opowieści o samobójstwie Jurka Kosińskiego, Beksiński pokazał mi palcem na oddalony, ale widoczny blok i dokładnie określił okno. Już nie pamiętam, które od góry. Często tutaj wychodziłem i patrzyłem, czy pali się światło u niego (syna Tomka) — zaczął Beksiński i twarz mu spoważniała. Syn dwa razy próbował popełnić samobójstwo. Zdałem sobie sprawę, że nieświadomie opowiadałem szczegółowo Beksińskiemu o metodzie samobójstwa jaką zastosował Jurek Kosiński, opisanej w książce “Final Exit” polecanej przez The Hemlock Society w USA. Zresztą po raz trzeci Tomek Beksiński popełnił skutecznie samobójstwo w 1999 r. zostawiając list, w którym napisał, że opakowania pastylek, które łyknął wyrzucił wcześniej, aby go nie odratowali.

W obszernym wywiadzie jaki z Beksińskim przeprowadziłem w 1990 r., na koniec zapytałem o to, czy tworzy dla nieśmiertelności? Powiedział:

Tak, ale okłamuję się. Bo wie pan, jeśli coś będzie trwało lat 100 czy jeśli będzie trwało lat 1000, to nadal to jest kropla, człowiek chciałby być naprawdę nieśmiertelny. Nie wiem, dlaczego chrześcijaństwo wpakowało nam takiego ćwieka do głowy. Salvador Dali, który już umarł, powiedział na temat śmierci, że sądzi, iż w jego wypadku zostanie zrobiony wyjątek i nie będzie musiał umrzeć. Wszyscy tak sądzimy.

Cały XX wiek to będzie mniej niż pół minuty za ileś tam lat. Dla naszych następców staniemy się tym samym, czym małpy, od których pochodzimy, dla nas.

Alchemia była swego czasu bardzi istotną częścią wiedzy. Dzisiaj wiadomo wprawdzie, że było coś takiego, ale kto na temat alchemii potrafi cokolwiek sensownego powiedzieć? Ludzie myślą, że to była metoda chałupniczej produkcji złota. Przetrwała tylko plotka. Tak samo będzie z obrazami. Dzisiaj wszyscy wiemy, że obraz oprawia się w ramki, wiesza na ścianie, że czasem oddaje się temu hołdy, jak świętej krowie. To jest po prostu taka umowa kulturalnych ludzi drugiej połowy XX wieku. A jak się będą zachowywać ludzie kulturalni pierwszej połowy XXII wieku?

—Wtrąciłem – przerażająca wizja?

Trudno, żebym tych myśli nie miał, bo przecież malowałem obrazy po to, żeby przetrwał, a dziś wiem, że nie przetrwam. Nie dlatego, że obrazy się zniszczą w jakimś mieszkaniu (choć i to się dzieje), ale dlatego, że wszystko, co materialne, diabli wezmą. Nie ma szans. Czegokolwiek bym się chwycił, cokolwiek bym robił – nic nie zostanie. Można się pocieszać konstrukcjami metafizyczno-mistycznymi na temat nieprzemijalności czasu itd. Ale są to konstrukcje, które nie są w stanie nikogo pocieszyć, bo my szukamy pocieszenia naiwnego, prostego, że będziemy żyli wiecznie, a tego właśnie nie dostaniemy. W każdym razie nie od sztuki. Nie wierze, że coś zostanie.”

Kilka lat później 21 lutego 2005 r. Zdzisław Beksiński został zamordowany w mieszkaniu przy ul. Sonaty 6, w którym go odwiedzałem. Do zabójstwa przyznał się Robert K., syn przyjaciela malarza. Pogrzeb odbył się 8 marca 2005 r. w Sanoku. Szczątki spoczęły w rodzinnym grobowcu obok żony Zofii, syna Tomasza i ich przodków na cmentarzu przy ul. Rymanowskiej, zaprojektowanym przez Władysława Beksińskiego.

Zdzisław Beksiński cały swój dorobek artystyczny zapisał Muzeum Historycznemu w Sanoku, gdzie jest galeria jego imienia. A więc na razie, straszna przepowiednia Beksińskiego, że nic nie pozostanie, nie spełnia się. Oby jak najdłużej.

Odznaczony przez prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego 1 marca 2005 pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, za wybitne zasługi dla kultury. Decyzją Ogólnopolskiego Komitetu Organizacyjnego Obchodów 150-lecia Fotografii w uznaniu zasług dla rozwoju fotografii Zdzisław Beksiński został wydóżniony Medalem 150-lecia Fotografii, ustanowiony przez ZG ZPAF.

Po śmierci Beksińskiego jego imieniem nazwano rondo drogowe w rodzinnym mieście Sanoku, położone u zbiegu ulic Rymanowskiej i Romana Dmowskiego. W miejscu istnienia domu Beksińskich w Sanoku, został ustanowiony Zieleniec Beksińskiego. Z dawnych zabudowań majątku Beksińskich pozostała w tym miejscu studnia. 11 listopada 2005 roku staraniem Okręgu Bieszczadzkiego Ligi Ochrony Przyrody zasadzono tam dąb kolumnowy upamiętniający artystę. Inskrypcja na tabliczce brzmi: W hołdzie wielkiemu sanoczaninowi Zdzisławowi Beksińskiemu. Zarząd Okręgu Bieszczadzkiego LOP. Sanok 11 listopada 2005. Został odsłonięty 10 listopada 2005. Związany z Sanokiem poeta Janusz Szuber napisał wiersz pt. Stojąc przed obrazami Zdzisława Beksińskiego, opublikowany w tomiku poezji pt. Apokryfy i epitafia sanockie z 1995. W październiku 2010 roku w holu głównym gmachu Parlamentu Europejskiego w Brukseli zaprezentowano ekspozycję 21 prac artysty na wystawie pod nazwą „Zdzisław Beksiński – mroki podświadomości” (organizatorem był europoseł Tomasz Poręba, PiS). 1 października 2011 roku otwarto w Sanoku ścieżkę spacerową pod nazwą „Śladami Rodu Beksińskich”, wytyczoną i przebiegającą przez miejsca w mieście związane z rodziną Beksińskich. Na jej trasie umieszczono jedenaście tablic informujących o dokonaniach przedstawicieli rodziny. 19 maja 2012 roku przy frontowej elewacji kamienicy przy ul. Rynek 14 na sanockim rynku odsłonięto pomnik Zdzisława Beksińskiego naturalnych rozmiarów, autorstwa. Adama Przybysza. W styczniu 2006 roku podjęła działalność Fundacja Beksiński, której celem jest ochrona oraz popularyzacja dorobku artysty, nabywanie prac i przekazywanie ich Muzeum Historycznemu w Sanoku. 

Czesław Czapliński W HOŁDZIE BEKSIŃSKIEMU New York „Przegląd Polski” 16 październik 1986 r.

Przez dobrych kilkadziesiąt minut taksówkarz z planem Warszawy w ręku błądzi wśród gmatwaniny bezładnie, jak klocki po zabawie dziecka, rozrzuconych bloków mieszkalnych. Po kilku zwątpieniach, taksówkarz tryumfująco wskazuje upragniony numer i nazwę ulicy. Krótka jazda windą i już na progu mieszkania wita mnie gospodarz Zdzisław Beksiński, i prowadzi do swojej pracowni, która bardziej przypomina studio nagrań dźwiękowych niż miejsce pracy malarza. Wszędzie urządzenia nagłaśniające, Kolumny, magnetofony, profesjonalny laserowy sprzęt do odtwarzania. Półki od ziemi do sufitu wypełniają kasety, taśmy magnetofonowe, dyski i oczywiście wszędzie wiszą obrazy.

W trakcie oglądania nowych obrazów w studiu Beksińskiego przypomina mi się fragment jego wypowiedzi dla "Projektu:

obrazie myślę w ten sam sposób jak o poemacie symfonicznym z końca XIX wieku. I dlatego obojętne jest, co zostanie na obrazie namalowane - ważne jest to, czego nie umiem wyrazić w słowach, ale mam nadzieję udaje je mi się wyrazić w niektórych najlepszych obrazach. Jakiś rodzaj nie dającego się nazwać, ale tym niemniej istniejącego uniesienia, które w najsilniejszy sposób występuje w muzyce postwagnerowskiej…”, której – trzeba dodać – Beksiński jej wielbicielem.

Swoje obrazy nazwałbym abstrakcjami, które coś przedstawiają, chociaż nie nawidzę takiego określenia, bo są to moim zdaniem sprawy pozawerbalne. Być może jestem słaby, jeśli idzie o formułowanie myśli w słowa, więc lepiej wypowiadam się w obrazach, ale nie chodzi tu o nic w sensie ściśle dyskursywnym czy symbolicznym. Moje malarstwo ma pewien związek z surrealizmem, ale tylko w sensie procesu myślenia; surrealiści stosowali pewien automatyzm powstania skojarzeń. U mnie rzeczy też powstają bez zadawania sobie pytań, co znaczą, i tu jest związek z surrealizmem…”.

Dominującym tematem licznych obrazów Beksińskiego, jakie widziałem w oryginałach oraz reprodukcjach, jest człowiek, począwszy od twarzy, a skończywszy na gmatwaninie odrealnionych ciał.

„…Najchętniej wychodzę od postaci ludzkiej, jeśli już nic do głowy mi nie przychodzi od twarzy się rozkręcam – mówi Beksiński… Gdy siadam przed płytą pilśniową, mam już masę szkiców do obrazu, zwykle dużo więcej, niż mogę namalować obrazów. Bardzo łatwo się jednak zniechęcam do tego, co robię...

Wskazuje na wiszący naprzeciw obraz: „To jest podmalóka pod obraz, często porzucam go, przemalowuję.

Chciałbym, aby obraz sprawiał wrażenie starego, XIX-wiecznego, a jak się bliżej przyjrzymy, to coś jest nie w porządku, bo on taki XIX wieczny nie jest. W swoich obrazach rozwiązuje problemy malarskie, jak choćby wydobycie światła, a to, co jest namalowane, ma drugorzędne znaczenie. Właśnie cała historia sztuki składa się z kilku, czy kilkunastu obrazów powtarzanych nieskończenie przez malarzy: ukrzyżowanie, akt, pejzaż, człowiek na koniu, bardzo rzadko ktoś namaluje konia na człowieku…”.

Mówiąc o początkach artystycznej kariery urodzonego w 1932 roku w Sanoku Beksińskiego, trzeba sięgnąć aż do wczesnego dzieciństwa:

Byłem tzw. cudownym dzieckiem – mówi Beksiński – które już w gimnazjum miało wystawę, dyplom. Chciałem zostać reżyserem filmowym, a nie malarzem. Ale mój ojciec, który uważał, że Polska leży gruzach (lata 40-te) i architekci będą mieli przed sobą wielką przyszłość finansową, usiłował ze mnie zrobić architekta (Beksiński ukończył Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej). Miałem jednak obietnicę, że po skończeniu architektury będę mógł studiować w szkole filmowej. Przyszedł jednak trzyletni nakaz pracy, bo to były czasy stalinowskie. Gdy nakaz się skończył - umarł mój ojciec i musiałem zarabiać na życie. Tak przepadły studia filmowe.

Pracując jako architekt cały wolny czas poświęcałem malarstwu. Ciągnęło się to gdzieś do połowy lat 60-ych, kiedy jakaś nowa polityka ekonomiczna, czy manewr gospodarczy spowodował, że zwalniano wszystkich najmniej produktywnych pracowników i straciłem pracę. Nie mogłem nigdzie znaleźć pracy na pół etatu, cały etet mnie nie interesował - chciałem malować. Wobec tego żona poszła do pracy, a ja zacząłem rysować. Wiedziałem, że muszę zrobić na gwałt wystawę i jedyną szansą utrzymania się jest sprzedanie czegoś, i o dziwo sprzedałem. Pozwoliło mi to za dwa lata zrobić drugą, później trzecią, a gdzieś na przełomie 1972/73 czwartą wystawę, gdzie wszystko sprzedałem. Dziś wiem, że za śmieszne pieniądze, ale wtedy wydawało mi się, że Warszawa do mnie należy i nie będe już musiał pracować - poświęcę się wyłącznie malarstwu”.

Oczekiwania Beksińskiego sprawdziły się, ceny na jego obrazy zaczęły rosnąć, a liczba zainteresowanych nie maleje lecz rośnie, Od tego czasu Beksiński sporo wystawiał w Polsce, w RFN, Włoszech, a od ubiegłego roku we Francji, gdzie propagowaniem jego sztuki zajął się Piotr Dmochowski. Propagowanie, to w przypadku Dmochowskiego zbyt słabe określenie, bez zastanowienia można nazwać go mecenasem sztuki Beksińskiego.

W związku z tym, że problem popierania tworzących dziś artystów przez zamożnych ludzi jest ciągle otwarty i według mnie jeśli chodzi o środowisko polskie zupełnie marginesowy – warto przyjrzeć mu się bliżej.

W ubiegłym roku w październiku w Galerie Valmay w Paryżu (Dzielnica Łacińska) miała miejsce wystawa pt. 'Hommage ă Beksiński” (W hołdzie Beksińskiemu). Wystawie towarzyszyła na dużą skalę zakrojona kampania reklamowa: ogromne plakaty w

paryskim metrze obwieszczały o wystawie, projekcje filmów o artyście - w tym specjalnie na tę okazję zrobiony w reż. Bogdana

Dziworskiego – ogłoszenia w fachowych pismach, na wystawie barwne katalogi, pocztówki, itd. Za tym wszystkim stał Piotr Dmochowski, prawnik z wykształcenia wykładający na Uniwersytecie Paris II i jego żona Anna - modelka, pracująca dla największych na świecie projektantów mody (Yves Saint Laurent, Nina Ricci).

O początkach zainteresowania się państwa Dmochowskich Beksińskim pisze w artykule pt. "Paja” Elżbieta Dzikowska:

"…Było to w roku 1975. Piotr Dmochowski przebywał właśnie w Polsce. Wałęsając się z żoną po Łodzi, zauważyli na Piotrkowskiej przykuwającą wzrok wystawę. Zafascynowały ich obrazy człowieka, o którym nikt nie umiał powiedzieć, skąd pochodzi, gdzie mieszka, jak się z nim można skontaktować.

Nieznana jeszcze przed chwilą sztuka wstrząsnęła nimi. Chcieli kupić jakiś obraz Beksińskiego, ale wszystkie były już sprzedane do muzeów albo zarezerwowane.

Mimo upływu czasu, państwo Dmochowcy często wspominali oglądane w Łodzi prace. Stało się to ich obsesją. I oto pewnego wieczoru, kiedy zwierzyli się ze swoich fascynacji na kolacji u przyjaciół, opisując dzieła nie wymienionego z nazwiska malarza - ależ to Beksiński! zawołała gospodyni i zaprosiła gości do pokoju, gdzie wisiały trzy dzieła polskiego artysty.

A więc kontakt jest możliwy! Piotr Dmochowski poleciał do

Warszawy i udało mu się nabyć dwa obrazy. Nikt mu jednak nie

chciał podać telefonu ani adresu artysty. Nieomal przed samym odlotem do Paryża wpadł na pomysł - w jego mniemaniu desperacki: a może by tak zajrzeć do książki telefonicznej? Beksiński opierał się długo, ale w końcu zgodził się na wizytę wielbiciela… ” .

Od tego czasu więzy między nimi zaczęły się coraz bardziej zacieśniać. Dmochowski zaczął systematycznie kupować obrazy Beksińskiego oraz gromadzić związaną z nim dokumentację. Podczas mojej rozmowy z artystą, kiedy nie mogliśmy ustalić jakiejś daty w życiorysie Beksiński powiedział: "Muszę przyznać, że Dmochowski z Paryża jest lepszym specjalistą od mojej biografii niż ja sam. Najlepiej, aby przed napisaniem wszystkiego skontaktował się pan z nim Oczywiście skorzystałem z rady Beksińskiego i otrzymałem z Paryża dużo znakomicie przygotowanych informacji.

O przyczynach zainteresowania się Beksińskim, Dmochowski mówi :

"Zmarnowaliśmy już kiedyś dla światowej sztuki Jacka Malczewskiego, nie zróbmy tego samego z Beksińskim...

Najważniejsze, żeby świat poznał Beksińskiego. Przecież to geniusz. Twórca prawdziwie oryginalny. Nie ma konkurentów, jest klasą dla siebie. Łączy wspaniałą wizję z głębokim intelektem i fenomenalnym warsztatem. Dlatego nie może mieć szkoły, uczniów ani naśladowców. Tylko on tak potrafi malować…”.

W bieżącym roku w październiku i listopadzie Dmochowski urządza drugą wystawę 22 nowych prac Beksińskiego, też w Galerie Valmay w Paryżu. Ma również zamiar w przyszłości zorganizować wystawę w RFN oraz w Stanach Zjednoczonych.

Wracając do kwestii mecenatu trzeba stwierdzić, że odosobniony jeśli chodzi o środowisko polonijne, przypadek popierania wartościowej sztuki żyjącego artysty może stać się początkiem głębszego procesu. Trzeba zdawać sobie dziś sprawę, że aby twórca mógł zaistnieć w świecie sztuki, konieczne są wystawy w światowych centrach (Nowy Jork, Paryż), reklama – a to wszystko wymaga pieniędzy, których zdobycie przekracza możliwości przeciętnego człowieka. Kupowanie dzieł sztuki współczesnych twórców, pomoc w wystawach, reklamie jest często jedyną szansą dla artystów. A przecież o znaczeniu danej grupy narodowościowej świadczą osiągnięcia, w tym również na polu sztuki. Jeśli się zastanowimy, ile można wymienić nazwisk polskich artystów znanych w świecie sztuki współczesnej - to okaże się, że przerażająco mało. Czy jest to dowodem, że nie ma uzdolnionych ludzi wśród Polaków?


Czesław Czapliński - Nie wierzę, że coś zostanie KARIERA New York grudzień 1990 r.

„...Przed czterema miesiącami otworzyliśmy z żoną pod nr. 43 na ulicy Quincampoix, koło Centrum Pompidou, galerię sztuki nazwaną „Galerie Dmochowski”. Zainaugurowaliśmy ją wystawą Beksińskiego, na którą otrzymał pan zaproszenie. Na przyszłość myślimy podzielić galerię na dwie części:

— na parterze wystawiani będą malarze — wizjonerzy (obecnie wystawiamy malarza francuskiego Henricot), do których zaliczamy m.in. Starowieyskiego i Szajnę. Jeszcze w tym roku planujemy również wystawę zbiorową pod tytułem „Wizjonerzy: cierpienia, mistycyzm, śmierć”;

— zaraz po zakończeniu wystawy Beksińskiego, która przez trzy miesiące zajmowała całość galerii, w jej podziemiach otworzyliśmy stałe „Muzeum-Galerię Beksińskiego”, w którym od tej pory wystawiane będą wyłącznie tylko jego obrazy. Część z nich przeznaczona będzie na sprzedaż (stąd wtytule słowo galeria), a część stanowić będzie ekspozycję stałą (stąd — muzeum).

Powołaliśmy również „Stowarzyszenie Propagacji Dzieła Beksińskiego”, stworzone przez nas po to, by w przyszłości zajmować się owym „Muzeum-Galerią Beksińskiego”, które zostanie oddzielone prawnie od naszej własnej galerii i przekazane „Stowarzyszeniu”. Po naszej śmierci „Stowarzyszenie” ma przejąć nasze zbiory tego malarza, w celu ich dalszej popularyzacji we Francji i poza jej granicami…” — pisał w liście do mnie mec. Piotr Dmochowski, wykładowca na paryskiej Sorbonie.

Kiedy byłem w tym roku w Warszawie, udało mi się nakłonić niechętnego wywiadom Beksińskiego do rozmowy dla KARIERY.

—Czesław Czapliński: Jest pan jednym z nielicznych malarzy tworzących w Polsce, który zrobił światową karierę?

—Zdzisław Beksiński: Nie sądzę. Mam swego nabywcę, który kupuje ode mnie obrazy, ale na ile on je ulokował na rynku, tego nie wiem i specjalnie nie śledzę. Funkcjonuję samodzielnie. Zawsze tak było. Nie znam nawet środowiska warszawskiego. Mam swój świat, swoje hobby, swoich znajomych i jest mi z tym dobrze.

—Cz.Cz.: Jak więc wyobraża pan sobie artystę, który zrobił karierę na świecie?

— Z.B.: Jako człowieka, który jest znany w środowisku krytyków (mam na myśli krytykę światową), figuruje w almanachach i słownikach sztuki, który ma stałą cenę na swoje obrazy, nabywców. To można powiedzieć o mnie w Polsce. Jeśli mógłbym operować kategoriami kariery, to w Polsce zrobiłem ją już wiele lat temu i na razie to się utrzymuje. Natomiast nie sądzę, by to moje związanie się z rynkiem zachodnim było równoznaczne ze zrobieniem jakiejkolwiek kariery.

— Cz.Cz.: Czyja to wina?

— Z.B.: Dmochowskiego. On postawił na mnie, może i kiedyś mnie wylansuje, czego mu życzę z całego serca, ale nie odpowiada mi sposób, w jaki organizuje wystawy, nawet ramy, w które oprawia moje obrazy. Wszystko to budzi mój żywiołowy sprzeciw za każdym razem. Kiedy się spotykamy, nieustannie kłócimy się o szczegóły.

— Cz.Cz.: Dlaczego więc nie lansuje się pan sam?

—Z.B.: Dowcip polega na tym, że spisałem kontrakt z Dmochowskim sądząc, że opiera się na przesłankach racjonalnych i że po roku znudzi mu się ta zabawa. Szczególnie, że lansowanie mnie w Paryżu jest równie sensowne, jak sprzedawanie wieprzowiny w Tel Avivie. Myślałem, że on to zrozumie za rok, że po prostu będzie to przelotny romans. Tymczasem apetyt zaczął mu wzrastać w miarę jedzenia, były momenty lepsze i trudniejsze, zacząłem odczuwać ciężar tego zobowiązania. Szczególnie że wydawało mi się, iż to idzie w niewłaściwym kierunku. On apeluje do niewłaściwej grupy publiczności, nie tej, którą wyobrażam sobie jako swoją.

—Cz.Cz.: Jaka publiczność pana interesuje?

—Z.B.: Mnie interesują kolekcjonerzy, natomiast jego ludzie majętni, którzy dobrze zapłacą za obraz. Nie zawsze pieniądze idą w parze ze znawstwem. Chciałbym, aby moje obrazy były w kolekcjach, żebym w tych kolekcjach był wymieniany, żebym istniał jako malarz. Dmochowski twierdzi, że prędzej czy później do tego dojdzie, ale na razie odzew krytyki jest bardzo niewielki.

Poza tym on chce najlepsze moje obrazy zebrać razem i stworzyć coś w rodzaju Muzeum Beksińskiego.Trochę mnie to przeraża. Gdy obrazy znajdują się w rozmaitych rękach, to nawet jeżeli dom się spali, jeżeli ktoś zacznie strzelać do obrazów, zniszczy jeden, dwa... A tu, w pewnym momencie spadek po

Dmochowskim może zostać złożony na jakimś strychu czy w jakiejś piwnicy i latami trzeba będzie czekać, żeby ktoś się nad tym zlitował.

Dmochowski jest zachłanny, chciałby dostać wszystkie obrazy, a ja chciałbym czasem zostawić coś dla siebie. I niby mam w umowie, że 5 najlepszych obrazów co roku mogę sobie zostawić, ale w ciągu czterech czy pięciu lat naszej współpracy, zawsze była dzika wojna pod koniec roku o tych pięć obrazów. Zawsze ustępowałem, bo jestem miękki. Ludzie dzielą się na owce i wilki, ja należę do owiec.


—Cz.Cz.: A mnie się zdawało, że jest pan szczęściarzem — znalazł się ktoś, dla kogo pana malarstwo stało się pasją życia.

—Z.B.: Ja w tej chwili siedzę jakby na tylnym siodełku motocykla, który on prowadzi, pozbawiony jestem możliwości kierowania. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że gdybym zeskoczył z tego siodełka, to zrobię mu krzywdę. I tak z człowieka wolnego, niezależnego stałem się uzależniony. Poza tym świadomość, że pieniądze, które zarobiłem w ciągu ostatnich pięciu lat, zawdzięczam Dmochowskiemu, stwarza mi poczucie psychologicznego uzależnienia. Czuję się czyimś pracownikiem, a nie człowiekiem wolnym, do którego ktoś przyszedł, zapowiedział się, oglądał obrazy, wybrał jakiś, kupił, zapłacił. Nikt nikogo do niczego nie zmuszał. On też ma prawo czuć się jakoś przymuszany — postawił na konia, władował pieniądze, więc musi na nim jechać. Po prostu stworzyła się sytuacja, która dla mnie osobiście jest męcząca.

—Cz.Cz.: Ostatnie pana obrazy, które widziałem, znacznie się zmieniły, są jakby uproszczonymi wersjami poprzednich?

—Z.B: Zlikwidowałem przestrzeń, drugi plan, perspektywę. Zająłem się postacią ludzką, twarzą, w ramach których przeprowadzam rozmaite nazwijmy to gry formalne. Ostatnio np. malowałem tylko czterema kolorami, jeśli nie liczyć bieli i czerni. Czasem kolor lubię, a później nie mogę patrzeć na niego, zaczyna mnie razić. Coraz bardziej chciałbym uzyskać kolor ze zderzenia dwóch brudnych farb, takich jak ugier, czerń i biel, i operować tylko tymi trzema kolorami.

—Cz.Cz.: To wszystko dla nieśmiertelności?

—Z,B.: Tak, ale okłamuję się. Bo wie pan, jeśli coś będzie trwało lat 100, czy jeśli będzie trwało lat 1000, to nadal to jest kropla, człowiek chciałby być naprawdę nieśmiertelny. Nie wiem, dlaczego chrześcijaństwo wpakowało nam takiego ćwieka do głowy. Salvador Dali, który już umarł, powiedział na temat śmierci, że sądzi, iż w jego wypadku zostanie zrobiony wyjątek i nie będzie musiał umrzeć. Wszyscy tak sądzimy.

Cały XX wiek to będzie mniej niż pół minuty za ileś tam lat. Dla naszych następców staniemy się tym samym, czym małpy, od których pochodzimy, dla nas.

—Cz.Cz.: To, co pan mówi, jest przerażające. Jeśli spojrzymy w przeszłość, widać, że historia selekcjonuje jednak ważniejsze zdarzenia i ludzi.

—Z.B.: Do pewnego czasu. Alchemia była swego czasu bardzo istotną częścią wiedzy. Dzisiaj wiadomo wprawdzie, że było coś takiego, ale kto na temat alchemii potrafi cokolwiek sensownego powiedzieć? Ludzie myślą, że to była metoda chałupniczej produkcji złota. Przetrwała tylko plotka. Tak samo będzie z obrazami. Dzisiaj wszyscy wiemy, że obrazy oprawia się w ramki, wiesza na ścianie, że czasem oddaje się temu hołdy, jak świętej krowie. To jest po prostu taka umowa kulturalnych ludzi drugiej połowy XX wieku. A jak się będą zachowywać ludzie kulturalni pierwszej połowy XXII wieku?

—Cz.Cz.: Przerażająca wizja.

— Z.B.: Trudno, żebym tych myśli nie miał, bo przecież malowałem obrazy po to, żebym przetrwał, a dziś wiem, że nie przetrwam. Nie dlatego, że obrazy się zniszczą w jakimś mieszkaniu (choć i to się dzieje), ale dlatego, że wszystko, co materialne, diabli wezmą. Nie ma szans. Czegokolwiek bym się chwycił, cokolwiek bym robił — nic nie zostanie. Można się pocieszać konstrukcjami metafizyczno-mistycznymi na temat nieprzemijalności czasu itd. Ale są to konstrukcje, które nie są w stanie nikogo pocieszyć, bo my szukamy pocieszenia naiwnego, prostego, że będziemy żyli wiecznie, a tego właśnie nie dostaniemy. W każdym razie nie od sztuki.

Nie wierzę, że coś zostanie.

PORTRAIT with HISTORY Zdzisław Beksiński (1929-2006)

"... The painter should" see "and - I think he does not have to understand what he sees (...). It is very difficult, if not impossible, to tell a piece of music, and it is also difficult to tell a picture. It's like describing the taste of chocolate to someone who has never had it in their mouth. To sum up: the pictures are for viewing, and the rest is silence… ”-Zdzisław Beksiński.

Zdzisław Beksiński (born February 24, 1929 in Sanok - died February 21, 2006 in Warsaw, buried in the family tomb in Sanok) - architect, artist, painter, sculptor, photographer.

“… In my youth, I dreamed of becoming a film director. (...) My father, who was a pragmatist, quickly calculated that I would not find a job as a director. On the other hand, in a country devastated by war, I am certainly not in danger of becoming unemployed in the profession of an architect. Since I was an obedient child, I listened to my father and in 1947 I passed the exams at the Faculty of Architecture of the Cracow University of Technology ... ”- Zdzisław Beksiński.

In 1947, Zdzisław Beksiński began studies at the Faculty of Architecture of the Cracow University of Technology. After graduating, he worked successively in Kraków and Rzeszów, and in 1955 he returned to Sanok with his wife.

In the first years after graduation, he dealt with photography. He took part in exhibitions and sent photos to foreign competitions. It was here that I first encountered Beksiński's works, when I started my adventure with photography at the ŁTF (Łódź Photographic Society) at ul. Piotrkowska 102 and lectures with professors from the Lodz Film School.

"... I want to paint as if I were photographing dreams ..." - Zdzisław Beksiński.

For years I have been fascinated by the photos of Zdzisław Beksiński. I remember a picture of a girl in a bright bathing suit, who lay diagonally on the rails, so that the neck would be cut off and her legs from the knees by a passing train. So evocative that it gives me shivers down my spine, when I think about it today.

At the end of the 1970s, Beksiński moved to Warsaw, where he was already painting, exhibiting in Italy, Germany and Belgium. As the only European, he has a permanent exhibition at the Osaka art museum.


In the imagination of many viewers, he appeared to be a weirdo cut off from the world, immersed in his fantastic visions. He created with music. I remember that several shelves in his studio were full of CDs with the latest recordings. And during my visits to him, there was always music.

Exactly, when I started to fly to Warsaw from New York from the mid-1980s, my plans were to visit Beksiński. I got his phone, landline of course, there was no other one then. But everyone told me that he didn't leave the house often and he rarely invites him home.

I called, the answering machine rang, recorded myself saying that I am from New York, I do photography, I will be short and I want to see him necessarily. He called back the next day, asking me about the photography and photographic equipment I use. I told him I had the best Canon F1 and Leica at the moment… then please come tomorrow noon, I heard. A very complicated entrance, bells, multi-frame skyscraper. It turned out that the photographic equipment decided to make an appointment with me. From this conclusion, it is worth having good photographic equipment. Later, when I came, I would bring him catalogs of the equipment that his collector bought for him in Paris. I remember recording a conversation for him with a small tape recorder, he was delighted, he said he must have it, he made a name for himself.

After talking in the studio, we went out on the balcony, he showed me a distant block with his finger, I keep looking there, because my son lives there, is everything okay ... at the next meeting he told me about his suicide attempts ...

I remember it was warm June. He asked me if you could bring for a can of Coca-Cola, he's in the fridge in the kitchen. I went, the huge fridge, taller than me, was filled with Coca-Cola from top to bottom when I opened it speechless. I wish I had taken a picture. But I photographed and recorded Beksiński all the time when I was with him.

On Christmas Eve 1999, son Tomek Beksiński (1958-1999) committed suicide - it must be added here that it was the third attempt. Tomek, a music journalist and an English translator, wrote in his last letter to his father: "Let's settle it like men. Mother is dead, so I hope you will not mind that I will take my own life."

But let's go back to Beksiński, who lived in Służew in Warsaw, on Sonaty Street, in a long skyscraper. I remember that when, after Jurek Kosiński's suicide (1991), I was telling Beksiński about it, he questioned me with interest. When I finished, he said - come with me and I'll show you something. We went to the balcony, on which I took unique photos of the socialist realist landscape mess during the first meeting in 1986. Now, after the story of Jurek Kosiński's suicide, Beksiński pointed his finger at the distant but visible block and precisely defined the window. I don't remember which one from the top. I would often go out here and see if the light was on for him (Tom's son) - Beksiński started and his face became serious. The son tried to commit suicide twice. I realized that I was unconsciously telling Beksiński in detail about the method of suicide used by Jurek Kosiński, described in the book "Final Exit" recommended by The Hemlock Society in the USA. Anyway, for the third time, Tomek Beksiński successfully committed suicide in 1999, leaving a letter in which he wrote that he had thrown away the packages of pills he had swallowed earlier, so that they would not be saved.

In an extensive interview with Beksiński in 1990, I finally asked if he was creating for immortality? He said: "Yes, but I'm lying to myself. Because you know, if something will last 100 years or if it will last 1000 years, it's still a drop, a person would really like to be immortal. I don't know why Christianity got such a stud in our heads. Salvador Dali, who is already dead, said about his death that he thought that an exception would be made for him and he would not have to die. We all think so. The entire 20th century will be less than half a minute in any number of years. We will become for our successors what the monkeys we come from are for us. Alchemy was once a very important part of knowledge. Today it is known that there was such a thing, but who can say anything meaningful about alchemy? People think it was a home-based gold production method. Only the rumor survived. It will be the same with pictures. Today we all know that the picture is framed, hung on the wall, and that sometimes we pay tribute to it, like a holy cow. It is just such an agreement of cultural people of the second half of the 20th century. And how will the cultural people of the first half of the XXII century behave?


—I interjected - a terrifying vision?

It's hard for me not to have these thoughts, because I painted pictures so that he would survive, and today I know that I will not survive. Not because the paintings will be destroyed in some apartment (although they do), but because everything material will go to hell. No way. Whatever I hold on to, whatever I do, nothing will be left. One can console oneself with metaphysical-mystical constructions about the impermanence of time, etc. But these are constructions that cannot comfort anyone, because we are looking for a naive, simple consolation that we will live forever, and that is what we will not get. Not for art, anyway. I don't believe there will be anything left. "

A few years later, on February 21, 2005, Zdzisław Beksiński was murdered in an apartment at ul. Sonata 6, in which I visited him. Robert K., the son of a painter's friend, confessed to the murder. The funeral took place on March 8, 2005 in Sanok. The remains were buried in the family tomb next to Zofia's wife, Tomasz's son and their ancestors at the cemetery at ul. Rymanowska, designed by Władysław Beksiński.

Zdzisław Beksiński bequeathed his entire artistic output to the Historical Museum in Sanok, where there is a gallery named after him. So for now, Beksiński's terrible prediction that nothing will be left has not come true. May as long as possible.

Decorated by the President of the Republic of Poland, Aleksander Kwaśniewski on March 1, 2005, posthumously with the Commander's Cross of the Order of Polonia Restituta, for outstanding contribution to culture. By the decision of the National Organizing Committee of the Celebrations of the 150th Anniversary of Photography, in recognition of his contribution to the development of photography, Zdzisław Beksiński was awarded the Medal of the 150th Anniversary of Photography, established by ZG ZPAF.

After Beksiński's death, his name was given to the road roundabout in his hometown Sanok, located at the intersection of Rymanowska and Roman Dmowskiego Streets. In the place where the Beksiński house existed in Sanok, Zieleniec Beksiński was established. A well has remained in this place from the former buildings of the Beksiński estate. On November 11, 2005, thanks to the efforts of the Bieszczady District of the League for Nature Conservation, a columned oak was planted there to commemorate the artist. The inscription on the plate reads: In tribute to the great inhabitant of Sanok, Zdzisław Beksiński. Board of the Bieszczady District LOP. Sanok on November 11, 2005. It was unveiled on November 10, 2005. Janusz Szuber, a poet connected with Sanok, wrote a poem entitled Standing in front of the paintings of Zdzisław Beksiński, published in the book of poetry entitled The Sanok Apocrypha and Epitaphs of 1995. In October 2010, in the main hall of the European Parliament building in Brussels, an exhibition of 21 works by the artist was presented at the exhibition entitled "Zdzisław Beksiński - the darkness of the subconscious" (organized by Tomasz Poręba, MEP, PiS). On October 1, 2011, a walking path was opened in Sanok called "Traces of the Beksiński Family", marked out and running through places in the city related to the Beksiński family. There are eleven boards on its route informing about the achievements of family representatives. On May 19, 2012, at the front elevation of the tenement house at ul. Rynek 14, a life-size monument to Zdzisław Beksiński by Adam Przybysz. In January 2006, the Beksiński Foundation started its activity, the aim of which is to protect and popularize the artist's oeuvre, purchase works and donate them to the Historical Museum in Sanok.

Czesław Czapliński IN THE BEKSIŃSK HOUSE New York "Przegląd Polski" October 16, 1986

For several dozen minutes, a taxi driver with a map of Warsaw in his hand wanders among the tangle chaotically, like blocks from a child's play, scattered apartment blocks. After a few doubts, the taxi driver triumphantly indicates the desired street number and name. A short lift ride and the host Zdzisław Beksiński welcomes me at the doorstep, and leads me to his studio, which looks more like an audio recording studio than a painter's workplace. Sound systems, loudspeakers, tape recorders, professional laser playback equipment everywhere. From the ground to the ceiling, the shelves are filled with cassettes, cassette tapes, disks, and of course paintings hang everywhere.

While watching new paintings in Beksiński's studio, I am reminded of a fragment of his statement for "Projekt:

I think of the painting in the same way as I do about a symphonic poem from the end of the 19th century. That is why it does not matter what is painted on the picture - what is important is what I cannot express in words, but I hope I manage to express it in some of the best paintings. Some kind of indescribable, but nonetheless existing, elation, which is most strongly present in post-Wagnerian music… ”, of which - it should be added - Beksiński is her admirer.

I would call my paintings abstracts that represent something, although I hate such a term because, in my opinion, these are non-verbal matters. Perhaps I am weak at formulating thoughts into words, so I express myself better in pictures, but it is not about anything in a strictly discursive or symbolic sense. My painting has some connection with surrealism, but only in the sense of the thinking process; surrealists used a certain automatism of the emergence of associations. In my case, things also arise without asking myself what they mean, and there is a connection with surrealism… ”.

The dominant subject of numerous paintings by Beksiński, which I have seen in the originals and reproductions, is the human being, starting with the face and ending with the tangle of unreal bodies.

"... I like to go out from the human figure, if nothing comes to mind, I start to spin," says Beksiński ... When I sit down in front of the fibreboard, I already have a lot of sketches for a picture, usually much more than I can paint pictures. However, I get discouraged very easily from what I do ... " He points to the painting hanging opposite: “This is an undercoat under a painting, I often abandon it, repaint it. I would like the painting to give the impression of being old, nineteenth-century, and when we look closely, something is wrong, because it is not that nineteenth-century. In his paintings, he solves painting problems, such as the extraction of light, and what is painted is of secondary importance. The whole history of art consists of a few or a dozen or so pictures repeated endlessly by painters: crucifixion, nude, landscape, man on horse, very rarely someone will paint a horse on a man ... ”. Speaking of the beginnings of the artistic career of Beksiński, born in Sanok in 1932, one must go back to his early childhood: "I was called a prodigy child - says Beksiński - who already had an exhibition, a diploma in junior high school. I wanted to be a film director, not a painter. But my father, who believed that Poland was in ruins (1940s) and architects would have a great financial future, tried to make me an architect (Beksiński graduated from the Faculty of Architecture of the Cracow University of Technology). However, I had a promise that after graduating from architecture, I would be able to study at the film school. However, a three-year work order came because those were the Stalinist times. When the warrant was over - my father died and I had to earn a living. This is how film studies were gone. Working as an architect, I devoted all my free time to painting. This continued until sometime in the mid-1960s, when some new economic policy or maneuver caused all the least productive workers to be laid off and I lost my job. I couldn't find a part-time job anywhere, the whole job didn't interest me - I wanted to paint. So my wife went to work and I started drawing.

I knew that I had to rush an exhibition and the only chance I had to survive was to sell something, and surprisingly I sold it. This allowed me to do a second, then third, and somewhere at the turn of 1972/73 fourth exhibition, where I sold everything. Today I know that it was for ridiculous money, but then it seemed to me that Warsaw belongs to me and I will not have to work anymore - I will devote myself exclusively to painting ”. Beksiński's expectations proved correct, the prices for his paintings began to rise, and the number of interested parties is not decreasing, but growing. Since then, Beksiński has exhibited a lot in Poland, West Germany, Italy, and since last year in France, where Piotr Dmochowski took up the promotion of his art. In the case of Dmochowski, propagation is too weak a term, without thinking he can be called a patron of Beksiński's art. Due to the fact that the problem of supporting the artists who create today by wealthy people is still open and, in my opinion, completely marginal when it comes to the Polish environment - it is worth taking a closer look at it. Last year, in October, at the Galerie Valmay in Paris (Latin Quarter), an exhibition entitled 'Hommage ă Beksiński ”(In tribute to Beksiński). The exhibition was accompanied by a large-scale advertising campaign: huge posters in the Paris metro announced the exhibition, screenings of films about the artist - including a film made especially for this occasion, dir. Bogdan Dziworski - advertisements in professional magazines, colorful catalogs, postcards at the exhibition, etc. Behind all of this was Piotr Dmochowski, a lawyer by training at the University of Paris II, and his wife Anna - a model, working for the world's greatest fashion designers (Yves Saint Laurent, Nina Ricci). About the beginnings of the interest of the Dmochowski family, Beksiński writes in the article entitled "Paja" Elżbieta Dzikowska: "... It was in 1975. Piotr Dmochowski was just in Poland. While Walesa with his wife around Łódź, they noticed an eye-catching exhibition at Piotrkowska Street. They were fascinated by the pictures of a man about whom no one could say where he came from, where he lived, you can contact him.

Art, which had not been known a moment before, shocked them. They wanted to buy a painting by Beksiński, but all of them had already been sold to museums or reserved. Despite the passage of time, the Dmochowski family often recalled the works they saw in Łódź. It became their obsession. And here one evening, when they confided their fascination at a dinner with friends, describing the works of an unnamed painter - but Beksiński! the hostess called and invited the guests to the room where three works by the Polish artist were hung. So contact is possible! Piotr Dmochowski flew to Warsaw and managed to purchase two paintings. But no one did wanted for the artist's phone or address. Almost before his departure to Paris, he had an idea - desperate in his opinion: how about looking at the phone book? Beksiński resisted for a long time, but finally agreed to a visit by a devotee ... ”. Since then, the ties between them began to tighten more and more. Dmochowski began to systematically buy Beksiński's paintings and gather related documentation. During my conversation with the artist, when we were unable to establish a date in his biography, Beksiński said: "I must admit that Dmochowski from Paris is a better specialist in my biography than I am. It's best that you contact him before writing everything. Of course, I took the advice Beksiński and I received a lot of excellently prepared information from Paris. About the reasons for his interest in Beksiński, Dmochowski says: "We have wasted Jacek Malczewski for the world art before, let's not do the same with Beksiński ... The most important thing is for the world to get to know Beksiński. It's a genius. A truly original creator. It has no competitors, it is in a class of its own. He combines a great vision with a deep intellect and phenomenal workshop. Therefore, he cannot have school, pupils, or followers. Only he can paint like this… ”.

This year, in October and November, Dmochowski is organizing a second exhibition of 22 new works by Beksiński, also at the Galerie Valmay in Paris. It also intends to organize an exhibition in Germany and the United States in the future.

Returning to the issue of patronage, it must be said that the isolated case of supporting the valuable art of a living artist, when it comes to the Polish community abroad, may become the beginning of a deeper process. One has to be aware today that in order for a creator to appear in the world of art, exhibitions in world centers (New York, Paris) and advertising are necessary - and all this requires money, the acquisition of which exceeds the capabilities of the average person. Buying works of art by contemporary artists, assisting in exhibitions and advertising is often the only chance for artists. And yet the importance of a given national group is evidenced by achievements, including in the field of art. If we consider how many names of Polish artists known in the world of contemporary art can be mentioned - it turns out that frighteningly little. Is it proof that there are no gifted people among Poles?

Czesław Czapliński - I can't believe that there will be anything CAREER New York December 1990

“... Four months ago my wife and I opened at no. 43 on Quincampoix Street, near the Pompidou Center, an art gallery called "Galerie Dmochowski". We inaugurated it with Beksiński's exhibition to which you received an invitation. For the future, we plan to divide the gallery into two parts: - painters - visionaries will be exhibited on the ground floor (we are currently exhibiting the French painter Henricot), among whom we include Starowieyski and Szajna. Later this year, we are also planning a group exhibition entitled "Visionaries: suffering, mysticism, death";

- immediately after the end of Beksiński's exhibition, which occupied the entire gallery for three months, we opened a permanent "Beksiński Museum-Gallery" in its basement, where only his paintings will be exhibited from now on. Some of them will be for sale (hence the title of the word gallery), and some will be a permanent exhibition (hence - a museum). We also established the "Association for the Propagation of the Beksiński Works", created by us in order to deal with this "Beksiński Museum-Gallery" in the future, which will be legally separated from our own gallery and handed over to the "Association". After our death, the "Association" is to take over our collection of this painter in order to popularize them in France and abroad ... "- wrote Piotr Dmochowski, a lecturer at the Sorbonne in Paris, in a letter to me. When I was in Warsaw this year, I managed to persuade Beksiński, who was reluctant to interviews, to talk for CAREER.

—Czesław Czapliński: Are you one of the few painters in Poland who made a global career?

—Zdzisław Beksiński: I don't think so. I have my buyer who buys paintings from me, but I don't know how much he has placed them on the market and I don't really follow. I function independently. Always been like that. I don't even know the Warsaw community. I have my world, my hobbies, my friends and I feel good about it.

—Cz.Cz .: So how do you imagine an artist who made a career in the world?

- Z.B .: As a man who is known among critics (I mean world criticism), he is listed in art almanacs and dictionaries, which has a fixed price for his paintings, buyers. This can be said about me in Poland. If I could operate in terms of a career, I did it in Poland many years ago and it still holds. However, I do not think that my involvement with the Western market would be tantamount to making any career.

- Cz.Cz .: Whose fault is it?

- Z.B .: Dmochowski. He bet on me, maybe he will promote me someday, which I wish him with all my heart, but I don't like the way he organizes exhibitions, even the frames in which he frames my paintings. All this arouses my vehement opposition every time. When we meet, we argue constantly over details.

- Cz.Cz .: So why don't you promote yourself?

—Z.B .: The joke is that I wrote a contract with Dmochowski, believing that it was based on rational premises and that after a year he would get bored of this game. Especially since promoting me in Paris makes as much sense as selling pork in Tel Aviv. I thought he would understand in a year, that it would just be a fleeting affair. Meanwhile, his appetite began to increase with eating, there were better and more difficult moments, I began to feel the burden of this obligation. Especially since I thought it was going in the wrong direction. He's appealing to the wrong audience, not the one I imagine to be mine.

—Cz.Cz .: What audience are you interested in?

—Z.B .: I am interested in collectors, while his wealthy people will pay well for the painting. Money does not always go hand in hand with expertise. I would like my paintings to be in collections, to be mentioned in these collections, to exist as a painter. Dmochowski claims that it will come to this sooner or later, but so far the response from criticism is very small. Besides, he wants to put my best paintings together and create something like the Beksiński Museum, which scares me a bit. When the paintings are in different hands, even if the house burns down, if someone starts shooting at the paintings, it will destroy one or two ... And here, at some point, a fall after Dmochowski, it can be put in some attic or basement, and it will take years for someone to take pity on it.

Dmochowski is greedy, he would like to get all the paintings, and sometimes I would like to leave something for myself. And I suppose in the contract that I can save the 5 best paintings every year, but in the four or five years of our cooperation, there was always a wild war at the end of the year for these five paintings. I always gave in because I'm soft. People are sheep and wolves, and I am sheep.

—Cz.Cz .: And it seemed to me that you were lucky - there was someone for whom painting has become a passion of life.

—Z.B .: At the moment I am sitting on the back seat of the motorcycle that he drives, I am deprived of the possibility of steering. Of course, I am aware that if I jump off this saddle, I will hurt him. And so, from a free, independent person I became addicted. Besides, the awareness that I owe the money I have earned in the last five years to Dmochowski gives me a feeling of psychological dependence. I feel like someone's employee, not a free person, to whom someone came, made an announcement, looked at pictures, chose one, bought one, paid. Nobody forced anyone to do anything. He also has the right to feel forced somehow - he puts on a horse, loads money, so he has to ride it. A situation has just created that is tiring for me personally.

—Cz.Cz .: The last paintings I saw have changed significantly, are they simplified versions of the previous ones?

—Z.B: I eliminated the space, background, perspective. I took care of the human figure, the face, in which I conduct various, let's call them formal games. Recently, for example, I only painted with four colors, except for black and white. Sometimes I like color and then I can't look at it, it starts to offend me. More and more, I would like to get a color from the clash of two dirty paints, such as ocher, black and white, and only use these three colors.

—Cz.Cz .: It's all for immortality?

—Z, B .: Yes, but I'm lying to myself. Because you know, if something will last 100 years, or if it will last 1000 years, it's still a drop, a person would really like to be immortal. I don't know why Christianity got such a stud in our heads. Salvador Dali, who is already dead, said about his death that he thought that an exception would be made for him and he would not have to die. We all think so. The entire 20th century will be less than half a minute in any number of years. We will become for our successors what the monkeys we come from are for us.

—Cz.Cz .: What you are saying is terrifying. If we look at the past, we can see that history, however, selects more important events and people.

—Z.B .: Until some time. Alchemy was once a very important part of knowledge. Today it is known that there was such a thing, but who can say anything meaningful about alchemy? People think it was a home-based gold production method. Only the rumor survived. It will be the same with pictures. Today we all know that paintings are framed, hung on the wall, and that sometimes we pay tributes to it, like a holy cow. It is just such an agreement of cultural people of the second half of the 20th century. And how will the cultural people of the first half of the XXII century behave?

- Cz.Cz .: Terrifying vision.

- Z.B .: It's hard not to have these thoughts, because I painted pictures so that I would survive, and today I know that I will not survive. Not because the paintings will be destroyed in some apartment (although they do), but because everything material will go to hell. No way. Whatever I hold on to, whatever I do, nothing will be left. One can console oneself with metaphysical-mystical constructions about the impermanence of time, etc. But these are constructions that cannot comfort anyone, because we are looking for a naive, simple consolation that we will live forever, and that is what we will not get. Not for art, anyway. I can't believe there will be anything left.



  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon