Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Wojciech Fangor

Aktualizacja: 11 sie 2019




Kolejny rekord na polskim rynku sztuki. I znów Fangor. Obraz "M 39" został sprzedany za 4,72 mln złotych. Zainteresowanie dziełami Wojciecha Fangora jest na świecie duże i ciągle rośnie, szczególnie po śmierci artysty w 2015 r. Malarz, rzeźbiarz, plakacista – badacz przestrzeni, artystyczny eksperymentator z pokolenia Kolumbów. Rodem warszawianin, talentem – obywatel świata. Podczas wojny studiował pr ywatnie u Tadeusza Pruszkowskiego i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego, aby w 1946 roku zdobyć zaocznie medal stołecznej Akademii Sztuk Pięknych. Twórca kanonicznych dzieł epoki socrealizmu nie zatrzymał się jednak na niej w swojej twórczości. Jako jedyny z polskich artystów miał możliwość prezentacji swoich prac w nowojorskim Muzeum Solomona Guggenheima w 1970 r. We wstępie do katalogu The Solomon R. Guggenheim Museum w Nowym Jorku ówczesny dyrektor -Thomas M. Messner -pisał: "... Pierwszą reakcją na prace Fangora jest przyjemność wizuana, emanujqca z witalnie pomalowanej powierzchni, jak również ciekawość dotyczqca srodków technicznych, za pomocą których artysta proponuje intrygujqce reakcje między kolorem a pustq przestrzeniq....". W całej lawinie recenzji czołowy krytyk "The New York Times" - John Canaday napisał: "...Fangor jest wielkim romantykiem op-artu, pracujqcym nie wedlug · wzorców, lecz poprzez połqczenie intuicji i eksperymentów. Odwołuje się nie do rozumu, lecz do naszej tęsknoty za tajemnicą....".



Wydawac by się mogło, że po takiej wystawie Fangor ma wszystkie drzwi otwarte, jednak rzeczywistosc była inna, o czym wspominał w mojej z nim rozmowie w nowojorskim mag. "Kariera"(1992): ... Po wystawie odczułem niechęć artystycznego środowiska nowojorskiego, pewnie dlatego, że wielu zasłużonych amerykariskich artystów powinno mieć wystawę wczesniej niż obcy, który dopiero co przyjechał. Artur Lejwa, który zresztą niedługo potem umarł, nie był w sitwie wielkich rekinów sztuki, nie należał nawet do związku dealerów, chciał być niezależny. W sztukę angażowane były ogromne pieniqdze, a dzisiaj jeszcze większe, gdzie pieniądze, tam tqdza władzy. Na robienie kariery trzeba bylo mieć pozwolenie możnych tego świata, a ja go nie miałem. Malarstwo jest mi bardzo bliskie, ale jesli chodzi o odbiór malarstwa przez wielkie M, to ten odbiór jest zawsze dwojaki, z jednej strony jest przedmiotem handlu i inwestycji, a z drugiej strony jest estetyczną potrzebq bardzo wqskiej grupy ludzi. To, że na wystawach znanych malarzy, np. ostatnio Picassa w MOMA bywajq tlumy ludzi - jest zaslugą reklamy i poprzez reklamę wystawa zaczyna być częścią mody...".

Wojciech Fangor był artystą wszechstronnym, nieomal renesansowym, biorąc pod uwagę dzisiejszą specjalizację artystów. Przeszedł z sukcesami przez malarstwo sztalugowe, robił "environmenty", projekt graficzny II linii warszawskiego metra, konstruował struktury przestrzenne, robił rzeźby, projektował plakaty, rysował dla gazet, współpracował z architektami w projektach wystaw, zajmował się optyką i astronomią. Przez wiele lat członek Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii, zaprojektował i zbudował sam swoje obserwatorium. Dom i otoczenie, w którym mieszkał, traktował zawsze jako przedłużenie swojej działalności artystycznej wkładając w nie wiele pracy, o czym sam mówił: "...Przeróbka piwnicy w SoHo czy wiejskiej posiadłości w Summit jest codziennym procesem modelowania i dostosowania przestrzeni, jej nastroju, obiektów codziennego życia – do własnej osobowości i wrażliwości. Takie transformowanie otoczenia jest działaniem artystycznym i po pewnym czasie, po doprowadzeniu do pełni wyrazowej, krótko mówiąc, po skończeniu dzieła, następuje konieczność oderwania się, opuszczenia dawnego miejsca. Pojawia się konieczność zmiany, znalezienia nowego tworzywa do nowego życia i nowej trnsformacji. Dlatego właśnie w 1989 roku na wiosnę przeniosłem się do Santa Fe, New Mexico...".




W czasie naszej pewnie 30 letniej znajomości z Fangorem, odwiedzałem go wielokrotnie w różnych pracowniach i miejcowościach. Najpierw w nowojorskiej artystycznej dzielnicy SoHo w lofcie, potem w górach w stanie Nowy Jork, aż wreszcie po jego powrocie do Polski w fantastycznie przerobionym młynie na pracownię w Błędowie koło Grójca.

Po krótkiej telefonicznej rozmowie, mocnym głosem, Fangor mówi: – Proszę przyjść do pracowni, to oprócz zrobienia zdjęć zobaczy pan, co teraz robię. To zupełnie coś innego niż to, co pokazywałem w Muzeum Guggenheima. SoHo na początku lat osiemdziesiątych, artystyczna dzielnica Nowego Jorku, idę jej promenadą West Broadway, jedna galeria za drugą: Leo Castelli, Mary Boone, Nancy Hoffman…, skręcam w Grand Street. Pod numerem 96, w fabrycznym budynku z czerwonej cegły, jakich tu pełno, wielki loft, czyli mieszkanie połączone z pracownią malarza Wojciecha Fangora i jego żony, również malarki Magdaleny Shummer-Fangor. Wszystko podporządkowane malarstwu. Na ścianach duże obrazy z cyklu telewizyjnego, którymi w 1981 roku zajmował się Fangor, kiedy po raz pierwszy go odwiedziłem. Powiedział mi wówczas o technice tzw. obrazów telewizyjnych: "...Robie dużo zdjęć ekranu telewizyjnego i później wybieram z nich temat, który przenoszę na obraz. Dlatego niektóre prace przedstawiają popularne twarze telewizji czy reklamy, które tu nazywają się commercials, a które lubię, co są czymś w rodzaju piguły telewizyjnej...".

Innym razem odwiedziłem Fangora w zagubionej w Górach Catskill maleńkiej, na niektórych mapach nie ozaznaczonej miejscowości Summit, kilka godzin jazdy samochodem na północ od Nowego Jorku. Przez okna w suficie wpadają snopy światła, na śnieżnobiałych ścianach rozwieszone obrazy – od kubistycznych martwych natur i portretów, poprzez opartowskie, do pokrytych rastrami olbrzymich ekranów telewizyjnych. Na dużym stole pudło z pędzlami, ołówkami, mazakami, sprayami, tubkami, notatniki i kartki ze szkicami, dziesiątki zdjęć – mimo mnogości, wszystko w nienagannym porządku. Na sztaludze rozpoczęty collage. Pośrodku ogromny żeliwny piec, wyglądający jak wspaniała rzeźba, z długą czarną rurą biegnącą do sufitu. Po jednej stronie kręcone metalowe schodki prowadzą na otwartą antresolę, z której ścian, wycięte z metalu i niezwykle kolorowe, spozierają: koty, psy, małpy, lwy, nietoperze. A po całym wnętrzu przechadzają się dostojnie koty o przedziwnych – i jakże różnorakich – imionach: Zmora, Śliwka, Pipućka, Stalin, Wołek, Piekarz, Frania Kwiatkowska. Obszerny dom, studio i sto akrów pięknego terenu. Znowu goszczę u Wojciecha Fangora i Magdaleny Shummer-Fangor.


Za oknem roztacza się bajkowy widok – błyszczą oczka małych jeziorek oraz ostro kontrastująca z krajobrazem kopułka prywatnego obserwatorium astronomicznego Fangora. I wreszcie górujące nad wszystkim niebo z posępnymi, wróżącymi deszcz chmurami. W takiej scenerii, stworzonej przez Fangora w najdrobniejszym detalu, w czasie dwudniowego pobytu powstały zdjęcia, które stały się artyście bliskie i po otrzymaniu ich napisał: "… Patrząc na swoją podobiznę, mam podobne wrażenie jak przy słuchaniu swego głosu nagranego na taśmie. Wiem, że to ja, ale uczucie i instynkt mówią, że to ktoś inny. Może kuzyn, bo podobny do ojca lub ciotki. To dlatego, że siebie się ma, słyszy i widzi od wewnątrz. Wszystkich innych od zewnątrz. Na nagrany dźwięk i rytm głosu – nie ma rady, ale w portrecie interweniuje pośrednik. Jakość obrazu zależy od stopnia, w jakim artyście udało się powiązać, i zbliżyć widzenie zewnętrzne z wewnętrznym. Kiedy oglądam swój fotoportret autorstwa Czesława Czaplińskiego, wydaje mi się, że zdołał on zredukować dychotomię tych sprzecznych odczuć do minimum...".

Z Wojciechem Fangorem poznaliśmy się na początku lat osiedemdziesiątych w Nowym Jorku. Moje kontakty i przyjaźń z nim są odpowiedzią na często zadawane mi pytanie: Ile czasu potrzeba na wykonanie dobrego portretu? W tym wypadku zabrało mi to wiele lat. W czasie naszych spotkań, zdjęć, napisałem kilka ważnych artykułów o nim w Ameryce i Polsce oraz zrobiłem film dokumentalny.




Oprócz tego, mam swoje zdjęcie zrobione 16 X 1988 r. w Summit w stanie Nowy Jork, jak stoję z aparatem na szyi przy napisie PHOTOGRAPHER, którego autorem jest Fangor. Robiłem Fangorowi zdjęcie w pracowni, a on miał tam taki bardzo stary szyld, który należał kiedyś do fotografa zawodowego, wystawionego przed domem, nieopodal domu Fangora. Fangor opowiadał mi, że go od niego odkupił i nawet przywiózł do Polski po latach. Po dość długim fotografowaniu i przemieszczaniu się, Fangor pewnie aby sie na mnie zemścić, nagle wstał i porwał mi małego Royala, taki niewielki aparacik, i zrobił mi na tle szyldu PHOTOGRAPHER zdjęcie. Od początku wiedziałem, że sytuacja nie jest klarowna, no bo aparat mój, klisza też, ale migawkę nacisnął Fangor. Ten kto naciska migawkę, jest autorem zdjęcia, tak mówi prawo. Aby móc użyć takie zdjęcie z podpisem autora, trzeba mieć zgodę autora. Tylko Beata Tyszkiewicz mnie czasami fotografuje. Jak Fangor żył nie było problemu. Już po śmierci Fangora, kiedy przygotowywałem katalog na aukcje z jego zdjęciami, spotkałem się ze spadkobierczynią, wdową Magdą Fangor. Ustaliliśmy, że zgodnie z prawdą podpiszemy moje zdjęcie "photo by Wojciech Fangor".

Mówiąc o filozofii w sztuce Fangor powiedział: "...Poczułem, że w sztuce nie można starać się dorównać nikomu, że trzeba się podobać sobie, swojemu czasowi, swoim doświadczeniom i odczuciom. Że żyje się dziś i istotne są te sensacje, które wynikają z bieżących doświadczeń, a tęsknota za dawnymi dobrymi czasami to sentymentalna, bezpłodna słabość. Sztuka powinna być eksluzywna, trudna do osiągnięcia, wymagać wysiłku i ochoty...".



  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon