top of page
Szukaj

PORTRET z HISTORIĄ Anna Dębska

Zdjęcie autora: Czesław Czapliński
Czesław Czapliński
6 sty 2020
13 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 16 sie

Kiedy w sierpniu 1983 roku odwiedziłem Los Angeles, natknąłem się na artystkę rzeźbiarkę Annę Dębską, której do katalogu wstęp pisał sam Xawery Dunikowski. To nie lada gratka. Jej opowieści o polskich arabach, skierowały mnie w ich stronę. Zacząłem jeździć do Janowa Podlaskiego, poznałem Andrzeja Krzyształowicza (1915-1998), legendarnego dyrektora, ale to już historia na inną opowieść. Muszę przyznać, że koni się trochę bałem. Kiedy raz zapędziłem się w Janowie na łąkę fotografując je, konie otoczyły mnie ze wszystkich stron. Pomyślałem sobie, że już z tego cało nie wyjdę. Stanąłem bez ruchu, podchodziły do mnie, obwąchiwały i lizały przyjaźnie. Tak zakochałem się w nich.

Anna Dębska ur. 4 sierpnia 1929 r. w Warszawie, zm. 16 maja 2014 w Łazach. Studiowała 1949-1953 na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w pracowniach profesorów Tadeusza Breyera i Mariana Wnuka. Studia ukończyła w roku 1954. Po ukończeniu studiów zajęła się rzeźbą postaci zwierząt, szczególnie koni. Jej rzeźby znajdują się m.in.: na dziedzińcu Prezydium Stołecznej Rady Narodowej w Warszawie, w Pałacu Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, w Parku Zdrojowym w Busko-Zdrój, na Placu Dickensa w Warszawie, w sanatorium w Szczawnicy, na Starym Mieście w Warszawie, w parku Sempione w Mediolanie…

Ale wróćmy do naszego pierwszego spotkania z Anną Dębską.

Opowiadała mi o pierwszej w Polsce prywatnej stadninie koni arabskich czystej krwi, jaką udało jej się stworzyć w socjalistycznej Polsce. Wykupując mające iść do rzeźni konie arabskie.

„…Właściwie najwięcej rzeźbiłam zwierząt – rozpoczyna Anna Dębska – między innymi dlatego, że zwierze nie gra nigdy komedii; jak się je obserwuje, jest takie, jakim jest. Natomiast jak patrzę na człowieka, wydaje mi się, że to jest tylko część prawdy o nim. Moimi ulubionymi zwierzętami są konie. Już od małego dziecka byłam zafascynowana końmi; gdy tylko zobaczyłam jakiegoś konia, dotykałam go i głaskałam. Potrafiłam tak spędzać całe godziny; nie słuchałam nawoływań matki, nie chciałam też potem myć rąk, aby jak najdłużej czuć zapach konia.

Gdy w 1945 roku tabory niemieckie w popłochu opuszczały Polskę i rozszalałe konie bez jeźdźców, niektóre ciężko poranione, biegały po okolicy, nie wytrzymałam, po kryjomu wymknęłam się z domu z postanowieniem złapania jednego z nich. Wyprawa ta omal nie skończyła się dla mnie tragicznie.

Myśl o posiadaniu i hodowli koni nie opuszczała mnie przez okres szkoły i studiów. Nie był to najlepszy okres dla takich marzeń. Nie wiadomo dlaczego konie w Polsce w tym czasie były symbolem czegoś najgorszego, nawet jazda na koniu była źle widziana przez ówczesne władze.

Moja ukochaną klacz arabską, kupiłam dzięki przypadkowi. Trzyletnia wówczas Maciejka biegała na torach wyścigowych. Widziałam ją wielokrotnie, gdy sama jeździłam w kubie Legii. Od znajomego weterynarza dowiedziałam się, że Macieja zachorowała i następnego dnia mają ją oddać do rzeźni miejskiej. Natychmiast zdecydowałam się ją kupić – wtedy jeszcze było to możliwe dla prywatnej osoby. Jeszcze tego samego dnia zabrałam ją do siebie – była spłoszona, ale nic specjalnego jej nie dolegało, według mojej oceny.

Już następnego dnia od samego rana dzwonił telefon. Potem przyjechali do mnie z kontroli, przesłuchiwali mnie, wypytywali, jak nabyłam Maciejkę i dlaczego właśnie ją.

Później okazało się, że Maciejka była specjalnie „spreparowana”, aby łatwiej mógł ją nabyć ustosunkowany facet – miał odebrać ją w ostatniej chwili spod noża. Taki był plan. Ja swoją szybką decyzją pokrzyżowałam wszystko. Ciągle w tym czasie wzywano mnie na różne rozmowy, próbowano różnych sposobów: persfazji, propozycji wymiany na innego konia itp. Nie dałam się przestraszyć pogruszkami. Byłam już w tym czasie znaną rzeźbiarką, miałam za sobą wiele nagród i w końcu powiedziałam, że potrzebuje jej jako modela do rzeźb. Ciągle jednak mnie indagowano, czy nie zamierzam użyć Maciejki do hodowli. Im bardziej się tym niepokojono, tym większej nabierałam ochoty na to przedsięwzięcie.

Maciejka w tym czasie czuła się doskonale, jeździłam na niej dużo.

Z zaprzyjaźnionego klubu jeździeckiego dowiedziałam się, że jest możliwość nabycia ogiera arabskiego, ostatniego syna Witraża – Muharyta. Ogier ten pod imieniem Hetman był od młodości w tym klubie jako własność jednego z generałów. Pewnego razu na przejażdżce Muharyta poniósł generała; właściciel leżał w szpitalu, z połamanymi rękami. Rozżalony i zły na Muharyta, generał wydał rozkaz, aby zgładzić go lub natychmiast sprzedać komukolwiek. Oczywiście, nie zastanawiałam się ani chwili, było to najlepsze połączenie krwi, a jakim mogłam tylko marzyć. Tak zaczęła się moja prywatna hodowla koni arabskich w Polsce.

Pierwszy źrebak Maciejki miał urodzić się zimą 1970 roku. W „zimie stulecia” – jak została ochrzczona. Była to rzeczywiście ciężka zima.

Wszystkie, nawet główne drogi były zasypane śniegiem. Szosy wyglądały jak tunele lodowe, a śnieg nie przestawał padać. Moje gospodarstwo, położone około 70 km od Warszawy, przy bocznej drodze, w głębi lasu, było tak zasypane śniegiem, że nie zdołałam tam dojechać samochodem; został w lesie, a ja przekopałam się do domu pieszo. Zamówiony przedtem weterynarz nie był w stanie dojechać.

Niepokoiłam się bardzo, bo nigdy nie byłam przy źrebiącej się klaczy. Zaprzęgłam mego trzeciego konia do sań, usiłując pojechać po lekarza. Ale zapadliśmy się w tak głęboki śnieg, że ogier o mało w nim nie utonął. Z wielkim trudem udało mi się go w końcu wypchnąć z pułapki. Szarpiąc się z ogierem i ciężkimi saniami w głębokim śniegu, zwichnęłam sobie na dodatek nogę w kolanie. Nie wiem, jakim cudem udało mi się dobrnąć z powrotem. Zabandażowałam bolącą nogę i kuśtykałam o kiju po stajni. Mróz w nocy chwycił straszliwy –32 stopnie Celcjusza. W stajni było jak w lodówce, nie sposób było tam wytrzymać, tym bardziej że w pośpiechu nie zabrałam z sobą dosyć ciepłego ubrania. Jakby jeszcze tego wszystkiego było mało, elektrownia wyłączyła prąd, co często zdarzało się na wsi.

Studiowałam przy świeczce książkę weterynaryjną – nie mogłam już liczyć na nikogo, bo nawet najbliżsi sąsiedzi byli bardzo daleko od mojego domu. Bałam się i denerwowałam okropnie, ciągle mi się zdawało, że coś stanie się z Maciejką i źrebakiem. Mroźne powietrze zapierało dech w płucach, gdy podpierając się na kiju wędrowałam do stajni. Towarzyszył mi tylko mój wierny pies Yeti.

Na szczęście Maciejka urodziła szybko i łatwo, źrebaczek był mokry i sierść zaczęła na nim zanarzać. Zaczęłam gorączkowo rozcierać go sianem, w podnieceniu prawie zapomniałam o spuchniętej i bolącej nodze. Maciejka nie przejmowała się swoim nowo urodzonym dzieckiem. Według instrukcji z książki, próbowałam małemu podwiązać pępowinę, ale właśnie w tym momencie z mojej jedynej latarki elektrycznej wysypały się w słomę baterie i nie mogłam ich teraz w ciemności odnaleźć. Źrebaczek był tak zmarznięty, że już coraz słabiej próbował się podnosić. Zdjęłam z siebie jedyny ciepły sweter i otuliłam go. Próbowałam go podnieść i podstawić do sutki, ale Maciejka kwiczała i kopała, kiedy tylko się do niej zbliżałam.

Mordowałam się tak prawie całą noc. Bez rezultatu. Przewracałam się na ziemię ze źrebakiem i znowu próbowałam. Pot lał się ze mnie strumieniem, mimo że mróz był coraz większy, a źrebaczek marzł nawet w moim swetrze i był coraz słabszy.

Wreszcie ledwo żywa ze zmęczenia, przewracając się któryś raz z kolei, uderzyłam się boleśnie w zwichniętą nogę. Nie miałam już sił się podnieść. Siedząc w boksie, objęłam źrebaczka rękami, przytuliłam się do niego i zaczęłam szlochać rozpaczliwie. Byłam dodatkowo w strasznej depresji, gdyż dowiedziałam się niedawno, że mój mąż, Leonid Teliga, jest śmiertelnie chory. Myśl o samobójstwie prześladowała mnie w tym czasie. Źrebaczek był dla mnie jakby symbolem życia i przetrwania; bezsilna rozpacz zalewała moje serce. Nie potrafiłam już nawet sobie wyobrazić, co zrobię, gdy i on mi umrze.

Nagle poczułam na swoich ustach coś ciepłego, słodkiego. Był to pyszczek szukający mleka. Nowe siły wstąpiły we mnie; podniosłam się i ponownie pdsunęłam go Maciejce. W końcu udało się i źrebak zaczął ssać,

Maciejka dała mi 6 klaczy i jednego ogiera. Ostatecznie Maciejkę sprzedałam na aukcji w Janowie w wieku 18 lat, za 45 tys. dolarów do Stanów Zjednoczonych. Jej córki i wnuki mają już dzieci. Wyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych zostawiłam hodowlę składającą się z 15 arabów…”.

Anna Dębska przyjechała tu w końcu 1979 roku, podobnie jak ja, na zaproszenie multimilionera z Dallas, który widział jej rzeźbę stojącą w Krakowie, i zapragnął podobnej w swojej rezydencji. Dębskiej przydzielono ogromne studio w centrum miasta o otrzymała wiele zamówień komercyjnych. Przez pierwsze lata pracowała i wystawiała w Teksasie. Jednak tęsknota za naturą spowodowała, że mimo wspaniałych warunków przeniosła się do Los Angeles. Kupiła dom poza miastem, otoczony wspaniałą roślinnością, i konia, na którym codziennie jeździ po łagodnych stepowych pagórkach. Mówi: „…Do tworzenia potrzebny mi jest stały kontakt z naturą, Kiedy jestem od niej daleko, to zatracam autentyczność…”.

Pamiętam, jak pod wieczór powiedziała mi, że ma ukrytego w ogrodzie konia, którego ze swojej willi wyprowadzała ukradkiem, gdyż nie można nic takiego mieć i jeździła na prerii. To są te zdjęcia, jakich świat nie widział.

W Stanach Zjednoczonych Dębska kilkakrotnie wystawiała swoje prace rzeźbiarskie, m.in. dzięki pomocy wielkiego miłośnika jej rzeźb i hodowcy koni arabskich, znanego aktora Lorena Greena w Los Angeles. Wystawa była sukcesem artystycznym i handlowym: sprzedano ponad dwadzieścia rzeźb.

Oprócz monumentalnych pomników stojących pod gołym niebem w Polsce, Włoszech i Teksasie, o czym pisałem na początku, wiele mniejszych prac Dębskiej znajduje się w zbiorach muzealnych i prywatnych, też mam jedną małą rzeźbę.

Spotykaliśmy się potem w Polsce z Anią, pamiętam wspólne spotkania z Bogusławem Lustykiem, chyba najlepszym żyjącym malarzem koni, był zapraszany przez organizatorów Kentucki Derby w USA aby pokazywać swoje prace, a spotkaliśmy się w warszawskich Łazienkach na Święcie Koni Arabskich w czerwcu 2011 roku.


PORTRAIT with HISTORY Anna Dębska

When I visited Los Angeles in August 1983, I came across the sculptor Anna Dębska, whose catalogue introduction had been written by Xawery Dunikowski himself. What a find! Her stories about Polish Arabian horses led me in their direction. I began traveling to Janów Podlaski, where I met Andrzej Krzyształowicz (1915–1998), the legendary director—but that is a story for another time. I must admit that I was a little afraid of horses. Once, while I had wandered into a meadow in Janów photographing them, the horses surrounded me from all sides. I thought to myself that I would never get out of there alive. I stood completely still. They approached me, sniffed me, and licked me affectionately. That was how I fell in love with them. 

Anna Dębska was born on August 4, 1929, in Warsaw, and died on May 16, 2014, in Łazy. From 1949 to 1953, she studied sculpture at the Academy of Fine Arts in Warsaw, in the studios of Professors Tadeusz Breyer and Marian Wnuk. She completed her studies in 1954. After graduating, she devoted herself to sculpting animals, particularly horses. Her sculptures can be found, among other places, in the courtyard of the Presidium of the Capital City of Warsaw National Council, at the Palace of Culture and Recreation in Chorzów, in the Spa Park in Busko-Zdrój, at Dickensa Square in Warsaw, at the sanatorium in Szczawnica, in Warsaw’s Old Town, and in Sempione Park in Milan. 

But let us return to my first meeting with Anna Dębska. 

She told me about the first private purebred Arabian horse stud farm in Poland that she had managed to establish in socialist Poland—by buying Arabian horses that were destined for slaughter. 

“I actually sculpted animals most of all,” Anna Dębska began. “Among other reasons, because an animal never puts on an act; when you observe it, it is exactly what it is. But when I look at a human being, I feel that I am seeing only part of the truth about that person. My favorite animals are horses. I have been fascinated by horses since I was a little child; whenever I saw a horse, I would touch and stroke it. I could spend hours that way. I would not listen when my mother called me, and afterwards I did not want to wash my hands, so that I could keep the smell of the horse for as long as possible.” 

“When, in 1945, the German horse-drawn convoys were hurriedly leaving Poland and riderless horses—some of them badly wounded—were running wild through the countryside, I could not resist. I secretly slipped out of the house, determined to catch one of them. The expedition almost ended tragically for me.” 

“The thought of owning and breeding horses stayed with me throughout my school and university years. It was not the best period for such dreams. For reasons I never understood, horses in Poland at that time were a symbol of something extremely negative; even riding a horse was frowned upon by the authorities of the time.” 

“I acquired my beloved Arabian mare, Maciejka, by pure chance. At the time, three-year-old Maciejka was racing at the racetrack. I had seen her many times when I myself rode at the Legia club. From a veterinarian friend I learned that Maciejka had fallen ill and that the following day she was to be sent to the municipal slaughterhouse. I immediately decided to buy her—it was still possible for a private individual to do so. That same day I took her home. She was frightened, but in my opinion there was nothing seriously wrong with her.” 

“The very next morning, the telephone began ringing. Then inspectors came to see me. They interrogated me, asking how I had acquired Maciejka and why I had chosen her in particular.” 

“Later it turned out that Maciejka had been deliberately ‘prepared’ so that a well-connected man could acquire her—he was supposed to take her away at the very last moment, just before she was slaughtered. That was the plan. My quick decision had thwarted everything. I was continually summoned for various conversations, and they tried different methods: persuasion, offers to exchange her for another horse, and so on. I refused to be intimidated by threats. By then I was already a well-known sculptor, with many awards to my name, and eventually I said that I needed her as a model for my sculptures. Yet they continued to question me about whether I intended to use Maciejka for breeding. The more concerned they became about it, the more determined I became to undertake the project.” 

“At that time Maciejka felt perfectly well, and I rode her a great deal.” 

“Through a riding club I was friendly with, I learned that it was possible to acquire an Arabian stallion, the last son of Witraż—Muharyt. This stallion, under the name Hetman, had been at the club since he was young, as the property of one of the generals. One day, while out riding, Muharyt bolted and threw the general; the owner ended up in hospital with both arms broken. Angry and resentful toward Muharyt, the general ordered that he either be put down or immediately sold to anyone who would take him. Of course, I did not hesitate for a moment. It was the finest bloodline combination I could possibly have dreamed of. And so my private Arabian horse breeding program in Poland began.” 

“Maciejka’s first foal was due to be born in the winter of 1970—the ‘winter of the century,’ as it came to be called. It was indeed a terrible winter.” 

“All the roads, even the main ones, were buried under snow. The highways looked like ice tunnels, and the snow simply would not stop falling. My farm, located about 70 kilometers from Warsaw, down a side road deep in the forest, was so completely snowed in that I could not reach it by car. I left the car in the forest and dug my way to the house on foot. The veterinarian I had arranged to come was unable to reach me.” 

“I was extremely worried because I had never been present when a mare gave birth. I harnessed my third horse to a sleigh and tried to go and get the doctor. But we sank into such deep snow that the stallion nearly drowned in it. With enormous difficulty, I finally managed to push him out of the trap. Struggling with the stallion and the heavy sleigh in the deep snow, I also dislocated my knee. I do not know how I managed to make it back. I bandaged my painful leg and hobbled around the stable with a stick. During the night the frost became brutal—minus 32 degrees Celsius. The stable was like a refrigerator, impossible to endure, especially since in my haste I had not brought enough warm clothing. As if all this were not enough, the power station cut off the electricity, something that often happened in the countryside.” 

“I studied a veterinary textbook by candlelight. I could no longer count on anyone, because even my closest neighbors lived far from my house. I was terribly frightened and anxious; I constantly imagined that something would happen to Maciejka and the foal. The freezing air took my breath away as I made my way to the stable, leaning on my stick. The only one accompanying me was my faithful dog, Yeti.” 

“Fortunately, Maciejka gave birth quickly and easily. The foal was wet and its coat was beginning to freeze. I frantically rubbed it with hay, and in my excitement I almost forgot about my swollen, painful leg. Maciejka was not interested in her newborn. Following the instructions in the book, I tried to tie the foal’s umbilical cord, but at that very moment the batteries fell out of my only electric flashlight and scattered into the straw, and I could not find them in the darkness. The foal was so cold that it was becoming weaker and weaker in its attempts to stand. I took off the only warm sweater I had and wrapped it around him. I tried to lift him and bring him to the mare’s teat, but Maciejka whinnied and kicked whenever I came near her.” 

“I struggled like that almost the entire night. Without success. I kept falling to the ground with the foal and trying again. Sweat poured from me despite the increasingly severe frost, while the foal grew colder even inside my sweater and became weaker and weaker.” 

“Finally, barely alive from exhaustion, I fell once again and struck my dislocated leg painfully. I no longer had the strength to get up. Sitting in the stall, I held the foal in my arms, pressed myself against him, and began to sob desperately. I was also in a terrible depression because I had recently learned that my husband, Leonid Teliga, was terminally ill. At that time I was haunted by thoughts of suicide. The foal was, for me, almost a symbol of life and survival; helpless despair overwhelmed my heart. I could no longer even imagine what I would do if he died too.” 

“Suddenly I felt something warm and sweet on my lips. It was a little muzzle searching for milk. New strength surged through me. I got up and brought him to Maciejka once again. Finally, it worked, and the foal began to suck.” 

“Maciejka gave me six mares and one stallion. Eventually, I sold Maciejka at the Janów auction when she was 18 years old, for $45,000 to the United States. Her daughters and grandchildren already have offspring of their own. When I left for the United States, I left behind a breeding farm consisting of 15 Arabians…” 

Anna Dębska eventually came here in 1979, just as I did, at the invitation of a multimillionaire from Dallas who had seen one of her sculptures standing in Kraków and wanted a similar one for his residence. Dębska was given a huge studio in the center of the city and received many commercial commissions. During her first years she worked and exhibited in Texas. However, her longing for nature led her to move to Los Angeles despite the wonderful conditions. She bought a house outside the city, surrounded by magnificent vegetation, and a horse, which she rode every day through the gentle prairie hills. She said:

“I need constant contact with nature in order to create. When I am far away from it, I lose my authenticity…” 

I remember that toward evening she told me that she had a horse hidden in her garden. She would secretly lead it out of her villa because one was not allowed to own anything like that, and she would ride it out on the prairie. These are the photographs the world had never seen before. 

In the United States, Dębska exhibited her sculptures several times, among other things with the help of Loren Greene, a great admirer of her work and a breeder of Arabian horses, as well as a well-known actor in Los Angeles. The exhibition was both an artistic and commercial success: more than twenty sculptures were sold. 

In addition to the monumental outdoor sculptures standing in Poland, Italy, and Texas, which I mentioned at the beginning, many smaller works by Dębska are held in museum and private collections. I also have one small sculpture. 

We continued to meet in Poland. I remember gatherings with Ania and Bogusław Lustyk, probably the finest living painter of horses. He was invited by the organizers of the Kentucky Derby in the United States to present his work. We met in Warsaw’s Łazienki Park at the Arabian Horse Festival in June .

2011.

















 
 
 

Komentarze


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon
bottom of page