Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Andrzej Żuławski

Aktualizacja: 30 paź 2019



“...Często mnie pytają młodzi ludzie, jak to się dzieje, że człowiek staje się reżyserem filmowym i co to jest? Ja odpowiadam: reżyser filmowy to jest ktoś, kto musi okłamać absolutnie wszystkich dookoła prócz samego siebie. Jak zacznie siebie okłamywać, to jest koniec...” — powiedział Andrzej Żuławski.

Andrzej Żuławski - reżyser, scenarzysta, autor wielu książek.

Urodził się 22 listopada 1940 roku we Lwowie, syn pisarza i dyplomaty Mirosława Żuławskiego. Dzieciństwo oraz lata szkolne spędził we Francji. Matura i studia filmowe, oraz studia filozoficzne na Sorbonie, kończył w Paryżu. Zadebiutował na planie filmowym w 1961 roku, jako asystent Wajdy w "Samsonie", a następnie przy "Miłości dwudziestolatków" i "Popiołach". W 1967 roku nakręcił samodzielnie dwa filmy dla telewizji. Pierwszy pełnometrażowy film "Trzecia część nocy", który powstał w 1971 r. był entuzjastycznie przyjęty zarówno przez krytykę , jak i widownię. Następne jego filmy to "Diabeł" i "Na srebrnym Globie", nie mógł ich dokończyć i powędrowały na półkę, a on sam wyjechał z Polski. Od lat mieszkał i tworzył we Francji, gdzie powstały m.in. filmy: "Najważniejsze to kochać", "Opętanie", "Kobieta publiczna", "Narwana miłość",,Moje noce są piękniejsze niż wasze dni", "Borys Godunow", "Błękitna nuta", a po powrocie do Polski, kontrowersyjny film "Szamanka".

O jego twórczości pisano w "Filmie na Świecie": "...Trudno o przykład kina bardziej bulwersującego publiczność aniżeli twórczość Andrzeja Żuławskiego. Jego filmy drażnią, irytują i szokują wielu widzów, ale są wsród nich również tacy, którzy oglądają je nieomal na klęczkach - w ekstazie...".

Film Andrzeja Żuławskiego pt. “Kosmos” został nagrodzony na 68. Festiwalu Filmowym w Locarno – odebrał laur dla najlepszego reżysera, był członkiem komisji Europejskiej Akademii Filmowej EFA.

Był autorem wielu książek: "Lity bór", "Biały sad", "Jonasz", "W oczach tygrysa", "Ogród miłosny", "Nocnik"...aby wymienić kilka.

W 2001 Andrzej Żuławski otrzymał Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, a w 2002 roku francuski Order Legii Honorowej.

“...Ja nie usiłuję robić filmów po to, aby epatować jakąkolwiek formą. Nie chcę epatować tym, co uważałbym za brzydotę estetyczną, etyczną czy moralną. Jeśli są w tych filmach rzeczy trudne i brutalne, czy też filmy te pokazują świat nie zawsze urodziwy i od słonecznej strony, to wszystko po to, żeby przejść przez tunel i dostać się do jakiegoś światła. Jest w tym cel, jest metoda. (…) Celem filmu jest rozruszanie publiki, która przychodzi. Ale rozruszanie uczuciowe, myślowe, nerwowe, zmysłowe pod każdym względem...” - powiedział Żuławski.

Andrzej Żuławski zmarł w wieku 75 lat w Warszawie po długiej chorobie - 17 lutego 2016r., został pochowany w grobie rodzinnym na cmentarzu katolickim w Górze Kalwarii. W ostatniej drodze oprócz rodziny towarzyszyli mu m.in.: Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Janusz Olejniczak i Sophie Marceau.

"...Piszę to czego nie mogę sfilmować, a filmuję to czego nie mogę napisać..." —powiedział Andrzej Żuławski w mojej z nim rozmowie w 1996 r.



– Od ponad dwudziestu lat przebywasz poza Polską, zapytałem Andrzeja Żuławskiego w wywiadzie dla magazynu "Kariera" w 1996 r.?

–Tak, minęło już dwadzieścia lat, gdyż na krótko wyjechałem z Polski w 1974.

– Czy była tego jakaś przyczyna?

–Głównie dlatego, że zatrzymano mi film "Diabły" w 1972. Dali mi paszport, bo uważali, ze będzie lepiej jak będę za granicą niż bym miał w Polsce szumieć. Byli wówczas porządni UB-ecy.

–Jak przyjęto cię na Zachodzie?

–Od razu proponowano mi zrobienie jakiegoś filmu, ponieważ tak się złożyło, że mój film robiony w Polsce "Trzecia część nocy" miał dobrą prasę na Zachodzie Europy, w tym w Paryżu, gdzie się znalazłem. W Polsce natomiast ten film był atakowany przez tzw. partyzantów, faszyzujące elementy w partii komunistycznej. Jednak zaraz po przyjeździe do Paryża nie czułem się na siłach, aby zrobić od razu film o świecie zachodnim, mimo że tam studiowałem na dwóch fakultetach.

–Dlaczego?

–Uważałem to za pretensjonalne podejście do sprawy. Trzeba najpierw trochę pożyć, zobaczyć czym ludzie tam żyją, a nie przenosić swoich polskich zacietrzewień, garbów i sposobu patrzenia na świat, który nie bardzo jest polskim sposobem myślenia zainteresowany.

–Co więc robiłeś?

–Pisałem scenariusze dla innych reżyserów. Po półtora roku powiedziałem sobie, że już coś się nauczyłem i mógłbym spróbować. Zrobiłem film z Romy Schneider. "Jak ważnym jest kochać", który stał się dużym szlagierem artystycznym i handlowym, a ta kombinacja jest coraz rzadsza w świecie zachodnim. Film otworzył mi szerokie wrota do dalszej działalności, ale ja zapalony patriota polski, zmamiony syrenim śpiewem z Warszawy, że skoro taki sukces w Paryżu, to może pan Andrzej coś zrobi w Warszawie. Do tego jeszcze komplikacje w życiu prywatnym, moje małżeństwo w Polsce się rozpadło, o czym zresztą nie wiedziałem. Przyjechałem do Polski na rozmowy i zostałem trzy lata, zrobiłem "Na srebrnym globie".



–Z tego co wiem, film nie został skończony?

–Tak. To była już zupełnie groźna sprawa, pewien sprzedajny intelektualista pan Wilchelmi, zatrzymał film na dwa miesiące przed końcem mimo ogromnych nakładów pieniędzy. Uznał, że to jest film totalnie antyreżimowy, bo opowiadał o tworzeniu się religii, a to był film totalnie fantastyczno-naukowy. W 1977 czy 1978 r. musiałem wyjechać na bardzo długo, a właściwie na do dzisiaj.

Od 1978 liczę czas stałego pobytu na Zachodzie. Ciągle przyjeżdżam po cichu do Polski.

–Co to znaczy po cichu?

–Miałem paszport, który powinienem po każdym przyjeździe oddawać i według przepisów starać się o nowy. Miałem w Polsce rodzinę, z którą byłem sciśle związany, ale nie liczę tych pobytów za ważne, były one tylko rodzinne.

To co ważne zrobiłem na Zachodzie. W ciągu 15 lat zrobiłem 10 filmów i napisałem parę książek.

–Kiedy i w jakich okolicznościach zetknąłeś się po raz pierwszy z Zachodem?

–Mój ojciec był w pierwszej polskiej ambasadzie po wojnie, która nie była jeszcze komunistyczna, a rządy w Polsce mieszane. Wysłano go do Paryża, raz, że znał język, raz że kończył studium dyplomatyczne przed wojną. Był jednym z niedobitych w czasie wojny. Miałem wówczas pięć lat i do pierwszej szkoły poszedłem w Paryżu. Tak, że nauczyłem się litery stawiać po francusku, to trwało krótko, ale gdzieś ziarno języka zostało.

Drugi raz wyjechałem dzięki temu, że ojciec został wysłany do UNESCO, miałem wtedy 16 lat, maturę zdawałem w polsko-francuskim liceum w Paryżu. Było to jedyne liceum obcokrajowe na terenie całej Francji, które miało w pełni prawa francuskiego liceum. Matura w tym liceum liczyła się do studiowania we Francji, ze szkół w Polsce się nie liczyła. Pan Gomułka rozwiązał szkołę w ramach jakichś idiotycznie pojętych oszczędności. W związku z czym, od kultury odpadła duża część Polonii.

Po zdaniu matury poszedłem do francuskiej szkoły filmowej, ponieważ byłem zapatrzony w Wajdy, Munka i całą szkołę polską, ponieważ szkoła francuska była wyłącznie szkołą techniczną. Te studia mają dyplom typu uniwersyteckiego. Udało mi się zrobić je w dwa lata. To były bardzo intensywne i ciężkie studia, z reżyserią robiło się jedną specjalizację, mnie udało się zrobić dwie: montaż i produkcję filmową. Po skończeniu studiów zacząłem być asystentem we Francji, ale bardzo ciągnęło mnie do Polski. Pojechałem do Polski, gdzie byłem u Wajdy asystentem przy trzech jego filmach.

–Kiedyś wspominałeś, że Polański w tym ci pomógł?

–Tak. Romek Polański, który w tym czasie przeżywał ciężkie czasy w Paryżu, nikt go nie chciał. Interesowali się nim wyłącznie dlatego, że był żonaty z śliczną Basią Kwiatkowską, a jego odpędzali i szybko znalazł się w tarapatach finansowych. Romek z żoną jadał u moich rodziców trzy posiłki dziennie i dzięki temu gdy Wajda przyjechał do Paryża, przedstawił mnie Wajdzie na tarasie kawiarni. Dla mnie to było wielkie przeżycie, bo pisałem pracę dyplomową o Wajdzie. Romek powiedział Wajdzie - to jest twój nastypny asystent -wskazując na mnie. I tak się stało. Ale ponieważ te filmy nie powstawały jeden po drugim, a ja czułem się wysoce niewykształconym człowiekiem, w tym czasie studiowałem, robiąc magisterium z filozofii na Sorbonie. Jednocześnie pisałem recenzje dla pisma "Film" w Polsce, zadebiutowałem jako poeta w czasopiśmie "Współczesność" gdy mialem 19 lat. Tak, że właściwie obrastałem w pióra, a ciągle uważałem, że nic nie wiem, nic nie umiem i że gąbka musi się dobrą treścią nasycić.

Tak naprawdę, zachciało mi się robić filmy, gdy miałem już trzydzieści lat, mimo że zrobiłem dwa filmy dla telewizji wcześniej, aby udowodnić, że potrafią, takie były przepisy. Nie przywiązuję do nich żadnej wagi, bo to były tematy narzucone. Z jednego z nich chciałem zrobić klasyczny kicz stylistyczny, trochy pod Przybyszewskiego, a z drugiego zrobić sprawne ćwiczenie z dobrym aktorstwem. O dziwo, jeden z nich doszedł do Oscara telewizyjnego, czego się zupełnie nie spodziewałem.

Gdy skończyłem trzydzieści !at, poczułem, że gąbka jest wystarczająco dobrze nasycona i dosyć tłuczenia się po świecie i studiowania. Zrobiłem wówczas pierwszy film "Trzecia część nocy".

–Rozumię, że twój tata napisał do niego scenariusz?

–To nie zupełnie tak było. Dzieje moich rodziców w czasie okupacji były osobliwe. Ojciec był karmicielem wszy we Lwowie, co długo trzeba tłumaczyć ludziom za granicą, że oddawał swoją krew wszom zatrutym ryketsjami tyfusu. Z tego powstawała szczepionka. Dzięki temu nie było tyfusu w czasie II wojny światowej w Europie. A wszystko to było płaszczykiem do intensywnej działalności we Lwowie, gdzie ojciec kierował całą prasą AK-owską na Wschodzie Polski, matka też była w AK. Nie wiedzieli o tym, gdyż była konspiracja, dowiedzieli się kiedyś przypadkowo. I jeszcze wpadł im głupi pomysł do głowy, by mieć dwoje dzieci. Byli bardzo młodzi, więc to była wielka miłość. Moja siostra nie wyżyła z zimna i głodu, a ja byłem trochę silniejszy i przeżyłem.

Kiedy miałem robić pierwszy film, pomyślałem sobie, że trzeba zrobić film bardziej o nich niż o sobie, o polskich korzeniach. A poza tym, czułem żal, należąc do formacji, która nazywa się intelektualna, może gdybym był z proletariatu, myślałbym inaczej. W czasie, kiedy robiłem film, formacja intelektualna, była systematycznie zakłamywana, że wojnę wygrali partyzanci z PPR, GL, AL i Bóg wie jacy jeszcze. Natomiast, to co się działo naprawdę, było przemilczane. Zrobiłem film o młodych intelektualistach w mieście podobnym do Lwowa, bo nie mogło być we Lwowie, robiliśmy w Krakowie, w mieście zupełnie paralelnym. Wzbudziło to' straszliwy atak, ze strony ciemnych sił partyjnych, którym mówiłem, jak to młodzi piękni AK-owcy giną.

–Czy ten film wytrzymał próbę czasu?

–Bardzo lubię go do dziś, mimo, że na pewno filmy robione w tym czasie w Polsce różniły się od zachodnich, wolnym rytmem, ale przecież żyliśmy w innym czasie. Do dziś film polski rozpoznaję po tym, że wszystko dzieje się bardzo wolno.

–To ciekawe, mam podobne wrażenie, jak przyjeżdżam z Nowego Jorku do Warszawy, to pierwszą rzeczą jest wolne poruszanie się ludzi na ulicach.

–Tak jest ze wszystkim. A mimo to, wracając do filmu, jest dla mnie istotnym, ważnym. Wajda mi powiedział, gdy zacząłem robić filmy, parę rozsądnych myśli. Między innymi to, że pierwszy film robi się czasem dlatego, iż trzeba zrobić film, bo ma się szansę i okazję. To jest najgorsze co można zrobić, bo pierwszy film karbuje człowieka raz na zawsze. To jest głęboka prawda.

Mojemu synowi studiującemu w szkole filmowej w Łodzi jedyna mądra rzecz jaką umiałem przekazać na temat robienia filmów - to było to, żeby uważał jaki robi pierwszy film. Obejrzałem jego własny film i chyba jest w porządku, myśli zdrowo i czysto.

–W tym czasie, kiedy zaczynałeś robić filmy, były one wówczas jednym z elementów walki z systemem i czymś, co Zachód mógł zobaczyć jako polską kulturę?

–Trochę wchodziła już muzyka, plastyka w tym szczególnie plakat, ale bez wątpienia film miał największe oddziaływanie. Trzeba było wymierzać margines możliwości do realizacji, przeciw temu co się działo w Polsce. Mnie się tylko raz udało dobrze wymierzyć, przy

"Trzeciej części nocy" strasznie oberwałem. Zrobili tylko parę kopii, ludzie stali całymi nocami po bilety, to było wzruszające. A już dwa następne nie wymierzyłem dobrze, władza okrzepła i uderzyli mnie w łeb z całej siły.

Gdy mnie pytają czy chciałbym być Andrzejem Wajdą, odpowiadam zawsze, że niezupełnie, bo jesteśmy bardzo różni. Jako postać bardzo go wielbię, bo to człowiek przy którym się dużo nauczyłem, ale w sensie rozumienia kina, że coś komuś się przekazuje, niż coś innego. Wajda jest człowiekiem ważnym w naszej kulturze.

–Widziałeś ostatni film Wajdy?

–Tak w telewizji i mogę powiedzieć, że wydaje się między Bogiem a prawdą - to jest okrutne słowo - być nieco niepotrzebny. Przesłanie jest głęboko niejasne, robota filmowa mętna, dlatego, że nie jest to frapujące aktorstwo, tylko jakieś cienie czegoś. Poza tym w filmie jest cytat z samego siebie, dlatego nie jest to chyba to, co tygrysy lubią najbardziej, w tym przypadku ja. Natomiast uważam, że po tym, co ten człowiek zrobił dla kultury polskiej, niech robi filmy, ale niech te filmy znajdują sale filmowe, czy ludzie pójdą czy nie, to jest nie tyle dług wdzięczności, co prawdziwy dług, dla tego wszystkiego co on zrobił. Dzięki jego nazwisku Polska istniała w wielu miejscach na świecie. Mnie martwi, że z wielką łatwością można wszystko zdyskredytować. Są ludzie tacy jak Bergman, Kurosawa, Wajda, którzy zasłużyli sobie na to, że jeśli nawet nas lekko nudzą pod koniec życia, to my i tak powinniśmy zdjąć czapkę i ukłonić się, mówiąc zasłużyłeś sobie. Problem leży w czym innym, czy przyjaciele powinni dopuścić, czy on taki film powinien robić, czy nie, należało mu wytłumaczyć. Problem leżał u podstawy. W końcu w Polsce robi się tyle głupstw, że ten arcypolski film, w obliczu zalewu Coca-Coli ma dla mnie wartość sentymentalną. Nie przejmujmy się tu filmem, ale sprawą polską, bo tak już jestem skonstruowany historycznie.

–Czy to nie jest w ogóle kryzys kina?

–Formacja ludzi, uważająca, że kino jest sztuką, chodziło przez kilka generacji do kina. Z drugiej strony wiadomo, że kino jest masowym widowiskiem w którym można ludzi troszeczkę pociągnąć za rączkę dalej, wyżej, lepiej, można ich poruszyć, rozśmieszyć, doprowadzić do łez, starać się ich jak ziemię obruszyć pługiem, coś wbić do głowy. A nie tylko, iść po to do kina, aby zjeść waniliową leguminkę.

–Czym jest według ciebie kino?

–Kino w sensie spektaklu wymyśliło kilku bezrobotnych Żydów w Nowym Jorku, którzy potem przenieśli się do Los Angeles, dla ogromnej masy bezrobotnych ludzi, których nie stać było na coś innego. Kiedy był wielki kryzys w Ameryce w końcu lat 20-tych, paczka papierosów, prostytutka i bilet do kina kosztowały tyle samo - 10 centów.¬

–Więc, dla kogo to była sztuka?

–Dla ludzi biednych, którym czysto było chłodno i wchodzili za 10 centów do kina, oglądali komedie czy dramaty. Tego nie wolno zapomnieć, ale na szczęście kino się rozrosło. Kto pobił Chaplina w tym co robił, nikt do dziś. Czyli sztuka splatała się z rozrywką. W cieniu masowego, taniego kina, tak jak w cieniu wielkiego drzewa wyrastało dużo innych przedsięwzięć bardziej artystycznych. Kino artystyczne brało pieniądze z masowych produkcji. Ta sama wytwórnia potrafiła robić filmy rozrywkowe i ambitne. Istnienie komercji pozwala artystom robić rzeczy ambitne. W Polsce oczywiście było inaczej, bo wszystko było w monopolu państwa, czyli należało tylko państwo oszukać. Opowiadać, że się robi jedno, a się robiło troszeczkę inaczej, już ten margines wystarczył, aby się porozumieć z publicznością. Mamy kilku reżyserów inteligentnych , ale to margines. Mnie martwi jedno, że ta niby artystyczna produkcja, to niby ślicznie i cacy, ktoś napisał dobrą recenzję, ale o dziwo po takich filmach jak i po innych jeszcze raz nie idzie się do kina.

-A Agnieszka Holland, której film zrobił w Stanach 5 mln dolarów?

–Ogromnie się z tego cieszę, ona z nas wszystkich poza Polańskim była najlepsza do zaadoptowania się, zwłaszcza, że ona robi na Zachodzie od pewnego czasu filmy w tzw. temacie dziecinnym, a oni nie mają reżyserów od tego. Oni mają reżyserów od filmów bardzo gwałtownych i groźnych. W filmach "Europa, Europa" czy "Olivier, Olivier" znalazła swój temat z czego bardzo się cieszę, ponieważ uważam ją za wspaniałą babę. Uważam, że im więcej jest sukcesu dla nas i dla kina, tym jest lepiej dla świata i ludzi. Sam pójdę i obejrzę, a tak siedzę w domu i się nudzę.

Zrobiłem około dziesięciu filmów na Zachodzie starając się z większym lub mniejszym powodzeniem przeplatać filmy bardzo osobiste, o których wiedziałem ze względu na gwałtowny swój charakter że mogą nie przynieść dużej kasy, ale starałem się zrobić budżet, aby nikt na tym nie stracił. Co drugi film starałem się robić taki, aby autentycznie był kasowy, bo to pozwala robić filmy.

–Jeśli się o tym zapomni, to nie dostanie się następnej propozycji.

–Absolutnie tak i dlatego zaraz po "Posesion" zrobiłem "Kobietę publiczną", która była wielkim szlagierem również w Japonii i Korei, aczkolwiek nie jest pójściem z głębokiego artyzmu, w głęboką komercję. Zawsze uważałem, że jedynym ratunkiem dla kina jest to, że ma dwie nogi. Jedna noga musi rozumieć jeżeli noga może rozumieć - kino jest wehikułem dla mas, a druga noga nie może zapomnieć, że jest to środek, nie powiem do ulepszania ludzkości, bo brzmiałoby idiotycznie, ale do wstrzyknięcia czegoś co nowe,. artystyczne, wartościowe, świetnie zrobione, na ostrzu noża. Jednak tam musi być coś z tego lepszego świata. Chodzi też o to, że ma być piękne czy dobre, bo człowiek woli być piękny, niż paskudny. Tak samo jest z aktorami. Jeśli już masz ten przywilej, że jesteś na ekranie, to daj wszystko co masz najlepszego. Tak, jak sportowiec, jak biegnie przez płotki na 100 metrów, to nie biegnij ostatni, biegnij pierwszy, bo to wtedy jest godne obejrzenia. Wychodząc z tego punktu widzenia, zawsze się starałem mieszać jedno z drugim, rozumiejąc, że czasem są tematy same dla siebie i jeszcze dla paru milionów ludzi na świecie, znajdzie się do mnie podobnych. Są filmy mniej komercyjne dlatego, że się zwracają do ludzi nie koniecznie takich, aby nimi trzęsiono i którzy idą do kina, aby odetchnąć. Jeśli robię filmy bardziej artystyczne, to staram się robić taniej, w mniejszym zakresie. Tak było z filmem "Noce są piękniejsze..." ponieważ to był bardzo osobliwy film. Powiedziałem producentowi, którego bardzo lubię - robiłem z nim jeden film - nie chcę cię zrujnować, zrobię film w30 dni z 15 osobową ekipą, licząc na ciebie w tej ekipie. I nakręciliśmy film w 30 dni, niezwykle tanimi środkami, bo mi zależało, aby zrobić film w którym wszyscy na początku mówią prozą, a kończąc wszyscy mówią wierszem. Ten producent spotyka mnie kiedyś niedawno na ulicy i mówi, że w kinach poszła na ten film grupa ludzi, która chodzi też na Kieślowskiego, nieco bardziej inteligentna, co w warunkach produkcji francuskiej, też jest dobrze. Ale on mówi słuchaj, to jest jeden z największych przebojów w sprzedaży i wynajmie kaset, dużo zarabiam i jestem ci winien - tu wypisał czek. Ponieważ jest przyzwoitym człowiekiem, to mi to powiedział, mógł mi tego nie powiedzieć i bym się nigdy o tym nie dowiedział.

–Ale co jest z kinem dziś, wracam ponownie do tego pytania?

–Nie wiadomo gdzie się inteligencja schowała, może poszła w technologię. Jak ogląda się filmy Spielberga, to widzi się efekty specjalne.

–Czy ten film jest inteligentny?

–Nie. Natomiast użyta technologia jest błyskotliwa.

–Kto to robi? Głupi?

–Nie. Trzeba strasznie dużo wiedzieć, aby to robić.

Kiedyś było tak. Bergman stał przed swoim kinem i mówił - zapraszam cię do kina, pokażę ci swój osobliwy świat, bardzo piękny i wstrząsający. Obok stał Wajda i mówił chodzcie do mnie ja warn pokażę osobliwy świat, na który składa się Polska, itd. Dalej, ktoś inny. Dzisiaj takiej możliwości nie ma. Jeżeli ktoś dziś tak powie, że pokażę ci swój świat, to oni mówią nie. Ty pokazuj nam taki świat, by móc go sprzedać w Indiach, na Biegunie Północnym, w Polsce, w Australii i aby wszyscy to zrozumieli. To musi być Coca-Cola, każdy chce się napić, gdziekolwiek się jest na świecie. Filmy Spilberga można pokazywać na całym świecie, każdy go zrozumie i to jest specjalny sposób widzenia sztuki filmowej. Można powiedzieć, że tak było również za czasów Chaplina. Z tym, że gdyby wyjąć z filmów Chaplina, samego Chaplina, nie byłoby to do oglądania.

–Co to jest kino?

–Kino to jest spektakl w ograniczonym czasie i to co dziś jest spektaklem, czy jest spektakularne dziś, to efekty specjalne. Natomiast kiedyś spektakularny był mały człowiek z wąsikiem pod nosem i laseczką, to było ludzkie. Dziś jest ludzkie o tyle, że robią to ludzie. W tym wszystkim nie ma inteligencji. I kiedy przychodzę ze swoim kinem i mówię, nazywam się Żuławski, a ludzie powiedzą, my nie chcemy ciebie, bo żyjemy w świecie Coca-Coli. A proszę mi powiedzieć jak nazywa się człowiek, który produkuje Coca-Colę, nikt nie wie. Ja akurat wiem do kogo to należy, ale ilu takich ludzi jest.

–Czy nie próbowałeś robić filmów w Ameryce?

–Chciałem robić, ale na swoich zasadach, a oni chcieli abym zrobił na ich zasadach. Mogę tu opowiedzieć anegdotę, która przydarzyła mi się w Ameryce. A mianowicie przesłali mi scenariusz z kupionych praw z TV audycji Mike Wallace "60 Minuts". Znaleźli faceta pod Nowym Jorkiem w New Jersey, małej enklawie białych ludzi, która wygląda jak Szwajcaria, trawniki, wszyscy się kłaniają, chodzą do kościoła, przemieszane włosko-holenderskie towarzystwo. Dookoła jest kilkadziesiąt tysięcy koszmarnej biedy murzyńskiej, która żyje w wypalonych domach, tzw. projects (blokach), gdzie nie ma szyb, gazu, elektryczności, nigdy nie mieli pracy, żyją z zasiłku, są bardzo niebezpieczni.

Ponieważ ci biedacy chcą czasem coś ukraść od tych bogatych, to jeden sklepikarz, olbrzymi facet, założył milicję, która patroluje samochodami ich miasteczka. Jak złapią Murzyna, to wsadzają go do wanny i podłączają do prądu elektrycznego. Policja powiedziała, że to jest nielegalne. Powstał konflikt. A teraz dlaczego ten facet ze sklepu to robi? Bo mu Murzyn zabił matkę na progu sklepu, była staruszką, pociągnął ją po jezdni, rąbnęła głową i zginęła na miejscu. Skąd mają samochody do patrolowania? Okazuje się, że dostają od mafii, która też tam mieszka. Na domiar złego żona mu ucieka do Murzyna, aby stanąć po ich stronie. Czyli wspaniały materiał na film. Sam wykryłem, że ten facet był mistrzem w strzelaniu z łuku, gdy mu zabrano broń, to chodził po osiedlach murzyńskich w nocy i szył z łuku. Genialny materiał. Ale w scenariuszu nie ma Murzynów, wzięli normalnego rzezimieszka. Pytam ich dlaczego kłamiecie, kiedy jest wspaniały temat. Na co oni - o Jezu, czy ty wiesz, co by się tu działo, gdybyśmy wzięli Murzyna, demonstracje rasowe. Skontaktowałem się Geane Hackmanem, który wówczas był na samej górze, spotkaliśmy się w Hotelu Plaza, powiedział mi, że jak przekonam producentów, to on będzie grał w filmie za pół stawki. Widząc, że film może być szalenie dobry. Zaczęliśmy pisać scenariusz i w połowie, producent powiedział, że trzeba wszystko przerobić, bo przed kinami będą pikiety Murzynów. Nie zgodziłem się na to, bo zepsuję sobie genialny temat.

–Jak się potoczyły losy filmu?

–Wyjechałem. W dniu kiedy wyjeżdżałem, rano miałem im dać odpowiedź, wszystko już było gotowe, dekoracje, tylko trzeba było zmienić scenariusz. 0 ósmej rano poszedłem aby powiedzieć, że nie. Nie domknąłem drzwi, po powrocie do hotelu wszystko mi ukradli. Wróciłem do Paryża Concordem w podkoszulku i jeansach. To gwoli anegdoty.

–Nie dało się ich pokonać?

–W tym czasie przyjaźniłem się w Nowym Jorku z Jurkiem Kosińskim, który bardzo mnie popierał, ale tego nie dało się przebić.

Można zrobić wspaniałe filmy, które będą i komercyjne, czyli widowiskowe, i nie głupie. A ponieważ oni nie chcieli, to zrezygnowałem, wzięli innego reżysera. Odchodząc powiedziałem im, że zrobię ten film i nic z niego nie będę mieli ani sławy, ani kasy, ani festiwalu. Zrobili, film istnieje, była wielka klapa.

Ale co z tego, że miałem rację? Wierzę w kino widowiskowe, które lubię oglądać. Dla mnie wspaniałym reżyserem jest Kurosawa.



–Czy to, że nie miałeś ostatnio większych propozycji filmowych zacząłeś pisać?

–Nie. Po zrobieniu ostatniego chyba w moim życiu ściśle artystycznego filmu o Chopinie. Bardzo kocham Chopina i nie tylko muzykę, ale postać. Uważam, że jest on zamieniany na landryny, przez polską szkołę grania Chopina, to jeden wielki skandal, przepraszam, że tak mówię. To była muzyka, która naprawdę wprowadziła rewolucję w muzyce, ogromna zmiana, nie tylko artystyczna, o czym przez pewien czas pamiętano, a potem zaczęto robić landrynę do kawiarni. Jego postać też była wspaniała, to był film zrobiony dla niego. Jestem niemądrym człowiekiem, uważam, że jak kogoś kocham, to robię film, tak było z pierwszym filmem dla rodziców i z filmem dla Chopina. Ale to był film, który nie miał szans na tzw. dużą kasę, bo żaden film o muzyce nie ma takiej szansy. W związku z czym powiedziałem producentowi, że zarobiłeś kiedyś dużo pieniędzy na czymś innym, to teraz możesz trochę stracić, a może nie, zróbmy taki ładny film. Okazało się, że film szedł dobrze, ale był to mój ostatni film n a tej scieżce i przez dwa lata chciałem się zastanowić. Napisałem dwie książki przez dwa lata, teraz wychodzi ostatnia bardzo gruba. W związku z tym, że nie mam propozycji do Hollywoodu, że tak powiem, to się wycofałem. Jak się wszystko dobrze ułoży, to niedługo zaczynam film, którego silą będzie aktorstwo w dużym stopniu. Będzie to być może widowiskowe przez to, że w filmie jest reżyser, który ma znaleźć dziewczynę do filmu, okazuje się, że on również szuka dziewczyny do własnego życia. Co się w tym życiu kłębi, to takie dosyć frapujące ćwiczenie, które jeśli będzie prawdziwie nakręcone, to dotknie bardzo różnych rzeczy, erotyki, talentu.

Wszystkich fascynuje jak to się dzieje, że jedne są wybierane, a inne nie.

–Jak traktujesz pisarstwo?

–Ponieważ wychowywałem się w rodzinie piszącej, to wydawało mi się bezpieczniejsze robienie filmów, jak również mój temperament na to mi pozwalał. Po dwóch latach pisania książek rozrywa mnie, nie mogę dłużej usiedzieć. To jest kwestia fizjologiczna, kino to aktorzy, plener, słońce, deszcz, tłumy, wymaga to dosyć dużych sił fizycznych. Jeszcze mam sporo siły i bardzo kocham kino. A poza tem nie widzę żadnej sprzeczności między filmem a literaturą, ponieważ to są nurty bardzo równoległe i czerpiące z siebie. Przecież to co kino przyniosło w sensie montażu, to czyta się w literaturze, weszło w nurt. Zdolność patrzenia, to tak jak zdolność pisania i równoległość, współgranie tych dwóch nurtów ze sobą jest dla mnie w pełni oczywiste. Nie wierzę aby malarz potrafił zrobić dobry film, aczkolwiek wielu z nich wychodzi z malarstwa. Natomiast powinien umieć pisać człowiek robiący filmy. Dla mnie jest tak, że to co piszę, to jest to, czego w żaden sposób nie można sfilmować.

–Traktujesz pisanie poważnie?

–Bardzo, może się zaśmiejesz, ale ja piszę na Nobla. W sensie tym, że głęboko w to wierzę. Oczywiście Nobla nie dostanę, to był żart. Z tego co piszę nie da się zrobić filmu, przynajmniej ja nie mogę. Natomiast moich filmów nie można napisać. Można skodyfikować jako scenariusz, ktoś powiedział, że najlepszy scenariusz to sam dialog, a gdzie się dzieje, to już trzeba na kręcić. Przy filmie Spilberga byłoby to bardzo trudne, bo sam dialog jak ktoś mówi do dinozaura, nic nie znaczy. Piszę to czego nie mogę sfilmować, a filmuję to, czego nie mogę napisać. Tego się dziś nie lubi, gdyż jest wąska specjalizacja, tak jak nasi romantycy, którzy rysowali jeszcze i grali na fortepianie, gdyż ich tego uczono.

–Czy zamierzasz dalej pisać?

–Teraz chcę zrobić jeden, dwa, może trzy filmy. A potem może wrócę do pisania, będę się starzał, energia do robienia filmów będzie się wyczerpywać i chętniej będę siadał przy stole i pisał, może proporcje się odwrócą. Pomiędzy filmami, a książkami. Dwa lata bez filmu to dużo.

–Czy uważasz, że zrobiłeś karierę?

–Zrobiłem dokładnie taką jaką chciałem. Jeżeli ktoś mi mówi, że mu się życie nie udało, to go pytam, a jakie chciałeś. Mam na przykład takiego brata, który jest nieszczęśliwy, a robi w życiu dokładnie, to co chce. Taką chciał żonę, ma, taką chciał pracę, bo się boi ryzyka, taką ma. Dlaczego on mi mówi o nieudanym życiu? Odpo­wiem inaczej, w skali filmowej, bezwzględnej, tak - że tłumy walą, mam miliardy w Hollywoodzie - to nie. Ani przez sekundę do tego nie zmierzałem. Mówię to, nie z jakąś kokieterią, to jest ścisła prawda, bo albo bym się do tego nie nadawał zupełnie, albo bym w tym bardzo cierpiał. Mnie się udało w życiu jedno, nigdy nie cierpiałem. Jestem absolutnie wolnym człowiekiem, mam pieniądze na to, aby żyć

tak jak mi się podoba. A mnie się podoba żyć, pośród dobrych obrazów, częściowo w Paryżu, częściowo w Warszawie. Czy chciałbym jeszcze zrobić film w Hollywoodzie - tak, ale nie ten, który mi oni proponują. Jeżeli Agnieszka Holland potrafiła to zrobić, a na pewno zrobiła film szczery, to tylko jej przyklasnąć. Ale to też nie jest miara bezwzględna. Czy Romek Polański zrobił karierę, jemu się zdaje, że nie.

–Ale wielu mu zazdrości?

–Tak i to jest właśnie względność całej sprawy, w przypadku kiedy nazwisko Polańskiego naprawdę jest znane. Moje filmy zdobyły ponad piędziesiąt nagród na świecie, mam jakieś ordery. Tonie jest kokieteria, że nie spodziewałem się tego, ale muszę przyznać, że trochę się spodziewałem. Jak gdzieś jadę z zoną, gdzie wyświetlano moje filmy, to mnie proszą na uniwersytet, i okazuje się, że są seminaria na temat mojej twórczości. Zastanawiające, czy to nie jest dziwny świat? Co to jest za kariera? Osobliwa. Zastanawiając się nad tym myślę, że może zabrakło mi zdrowego rozsądku, aby przekalkulować inaczej. Troszeczkę wynika to też z tego, że była wojna, gdzie umarła moja siostra, wyszliśmy w trójkę i już to uważam za wspaniałe. Dlatego umiem być biedny, kiedy byłem asystentem zarabiałem 1300 zł, od dziewiętnastego roku życia nie biorę ani grosza od rodziców, a potem bywałem w pałacach. Dopóki będę uważał, że to jest wspaniała przygoda w której jestem w pełni uczciwy i mogę coś dać, to jestem szczęśliwy. Co nie przeszkadza nam, że każdy z nas jest próżny, ale można żyć bez wielu rzeczy.



  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon