top of page
Szukaj

PORTRET z HISTORIĄ Kurt Vonnegut

Zdjęcie autora: Czesław Czapliński
Czesław Czapliński
4 lut 2020
13 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 16 sie

"…W rzeczywistości jestem dużym i silnym pięćdziesięciodwuletnim mężczyzną, który jako chłopiec dużo pracował na farmie i dobrze sobie radził ze sprzętem. Wychowałem sześcioro dzieci, troje własnych i troje adoptowanych. Wszyscy wyszli na ludzi. Dwoje prowadzi firmy. Jestem weteranem drugiej wojny światowej i dostałem Order Purpurowego Serca. Wszystko co posiadam zawdzięczam ciężkiej pracy. Nigdy nie byłem aresztowany ani pozwany za cokolwiek do sądu. Cieszę się na tyle dużym zaufaniem młodych ludzi, by wykładać na Uniwersytecie Stanowym Iowy, Uniwersytecie Harvarda i nowojorskim City College. Każdego roku otrzymuję przynajmniej tuzin listów z prośbą o wygłoszenie przemówienia na uroczystości nadania tytułów naukowych w college’u lub szkole średniej. Z moich książek korzysta się w szkołach częściej niż z książek jakiegokolwiek innego z powieściopisarzy amerykańskich…” – „Niedziela Palmowa” – list Kurta Vonneguta do przewodniczącego rady szkoły w Drake w Dakocie Północnej, gdzie dyrektor szkoły rozkazał spalić 32 egzemplarze jego powieść „Rzeźnia numer pięć” z powodu wulgarnego języka uznając ją za szkodliwą dla uczniów.

Kurt Vonnegut Jr. (ur. 11 listopada 1922 w Indianapolis, zm. 11 kwietnia 2007 w Nowym Jorku) – pisarz i publicysta.

Vonnegut urodził się w bogatej rodzinie, jako najmłodszy z trójki rodzeństwa, syn architekta Kurta Vonneguta Sr. i Edith Lieber. Obydwoje rodzice byli pochodzenia niemieckiego.Krach na giełdzie w 1929 r. zmusił Vonnegutów do zmiany stylu życia, zwolnienia służby i wyprowadzenia się z drogiego mieszkania. Vonnegut uczęszczał do Orchard School, a następnie do Shortridge High School, gdzie pisał do szkolnej gazety „The Shortridge Echo”. W 1940 r. poszedł na Cornell University na chemię. Tam był zaangażowany w działalność uniwersyteckiej gazety – „The Cornell Daily Sun”. Nie radził sobie z naukami ścisłymi i w 1942 r. opuścił uniwersytet.

W 1943 r. Vonnegut wstąpił do wojska i został oddelegowany na studia do Instytutu Technologii w Carnegie, a następnie na Uniwersytet w Tennessee, po czym wysłano go na front do Europy, gdzie został przyłączony do 106. dywizji piechoty. W grudniu 1944, w czasie ofensywy w Ardenach, został wzięty do niemieckiej niewoli i osadzony w Dreźnie. Ponieważ znał język niemiecki, wybrano go na tłumacza. Nocą był przetrzymywany w podziemiach starej rzeźni. 13 lutego 1945 przeżył bombardzowanie miasta przez aliantów. Wydarzenia te stały się główną inspiracją dla jego powieści – Rzeźni numer pięć. Kilka miesięcy później Armia Czerwona wyzwoliła Vonneguta z niewoli. Pisarz wrócił do Stanów i został odznaczony orderem Purple Heart.

Po powrocie do USA w latach 50. Vonnegut zaczął publikować swoje pierwsze opowiadania, m.in. w magazynie Collier’s, a zyski z publikacji pozwoliły mu w 1950 r. porzucić pracę w GE, by przenieść się do Cape Cod i pracować wyłącznie jako wolny strzelec. Pierwszą powieść, zatytułowaną Pianola, wydał w 1952 r. Mimo że jego uznanie w środowisku literackim wciąż rosło, pisarz był zmuszony do szukania alternatywnych źródeł dochodu.

Od 1965 r. wykładał w Hopefield School, a w latach 1965-1971 prowadził warsztaty pisarskie na uniwersytetach Iowa i Harvard.

Vonnegut był pisarzem prowokującym. Bezustannie bawił się formą, prowokował czytelnika, wciągał go w literackie pułapki i kpił z niego. Swoje powieści ozdabiał czasem własnoręcznie wykonanymi rysunkami.

Istotnym nurtem w twórczości Vonneguta był surrealizm. Pisarz fascynował się science fiction, co najwyraźniej zaznaczył w powieści Syreny z Tytana i pisarskiej kreacji swojego alter ego – Kilgore’a Trouta.

Lista wybranych adaptacji filmowych utworów Kurta Vonneguta jest długa wspomnę o: Rzeźnia numer pięć (1972) reż. George Roy Hill, Matka noc (1996) reż. Keith Gordon, Śniadanie mistrzów (1999) reż. Alan Rudolph.

Główne jego powieści: Syrena z Trytona (1959), Rzeźnia numer pięć (1969), Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku (1973), Sinobrody (1987), Trzęsienie czasu (1997).

Krótko mówiąc, Kurt Vonnegut Jr. był legendą. Przez długi czas nie śmiałem nawet marzyć o tym, żeby go sfotografować. Po pierwsze, nie sądziłem, że do niego dotrę, po drugie, wiedziałem, że sporo od niego młodsza żona Jill Krementz jest fotografem. I to budziło mojąnajwiększą obawę – nie miałem pojęcia, czy dopuszcza do męża innych fotografów.

W dotarciu do Vonneguta pomógł mi jednak Jerzy Kosiński, który był nie tylko znanym i cenionym pisarzem, lecz także przez dwie kadencje prezesem amerykańskiego Pen Clubu. Z wieloma pisarzami (a dobrze znał to środowisko) po prostu się przyjaźnił. Z Kurtem Vonnegutem również.

Po rekomendacji Jerzego, Vonnegut zgodził się na sesję i zaprosił mnie do swojego mieszkania na Manhattanie 19 czerwca 1985 r. Mieszkał w typowym brownstonie, dwu albo trzypiętrowym na 228 East 48 Street. Kiedy wszedłem do jego apartamentu, stał przy telefonie i rozmawiał. Bardzo chciałem mu zrobić zdjęcia podczas tej rozmowy, ale nie zdecydowałem sięjeszcze wyciągnąć aparatu – legenda otaczająca Kurta Vonneguta mnie onieśmielała. Jak mam aparat na wierzchu, to nic mnie już nie zatrzyma, ale tu cały czas miałem schowany w torbie.

Po paru minutach skończył rozmowę i przywitał się ze mną.

– Bierzmy się do pracy – mówi Kurt Vonnegut, patrząc mi w oczy i uśmiechając się życzliwie.

– Do jakiej pracy? – Pytam, szybko wyciągając aparat. – Ja chciałem tylko kilka zdjęć zrobić.

– Do pracy, do pracy. Przecież wiem, że to jest praca. I to niełatwa. Niektórym się wydaje, że wystarczy nacisnąć guziczek i jest zdjęcie. Ale to nie tak.

Słowa wielkiego pisarza są niczym miód na moje serce. Zabieram się zatem do pracy z ogromnym zapałem.

Gdy wychodziłem, Kurt Vonnegut przypominał, że koniecznie mam przesłać mu zdjęcia, że chce je jak najszybciej zobaczyć. Muszę przyznać, że bardzo długo zwlekałem ze spełnieniem jego prośby. Zajęło mi to kilka miesięcy. Jakoś nie miałem śmiałości. Pokazałem zdjęcia Kosińskiemu i zapytałem, czy słać. – Ślij, ślij, są świetne – odpowiedział Jerzy. – Kurt będzie zachwycony.

Kosiński miał rację. Otrzymałem od Vonneguta list, w którym m.in. napisał: „Dziękuję za to, co wydaje mi się bardzo dobrą fotografią”, taka opinia, to więcej niż pieniądze.

Ponowny kontakt z Vonnegutem miałem kilka lat później, po samobójczej śmierci Kosińskiego 3 maja 1991 r. Wszyscy wiedzieli, że byliśmy przyjaciółmi z Kosińskim przez dziesięć lat, robiąc wspólnie wiele projektów. Latem 1991 r. byłem w Muzeum Sztuki w Łodzi, rodzinnym mieście Jerzego Kosińskiego i moim. Ówczesny, legendarny dyrektor Ryszard Stanisławski, zaproponował mi wystawę fotograficzną i międzynarodowe seminarium, pokazujące Kosińskiego w pierwszą rocznicę śmierci w maju 1992 r. Zwróciłem się do wielu wybitnych osób, którzy znali Kosińskiego, aby napisali wspomnienie, Kurt Vonnegut, którego poznałem przez Kosińskiego, pięknie napisał jako jeden z pierwszych – New York, 7 października 1991, a jego tekst znalazł się w książce – Jerzy Kosiński „Twarz i maski”:

„…Znałem Jerzego Kosińskiego od przynajmniej 14 lat: spotkaliśmy się po raz pierwszy, kiedy na moje 54 urodziny podarował mi malowanego ptaka, a było to właśnie 14 lat temu. Tydzień jego śmierci przekazałem ptaka wdowie Jerzym. Być może zgodzi się wypożyczyć go na waszą wystawę. Jest to ptak wielkości kanarka. Kiedy go jej przekazywałem, oboje nie mogliśmy powstrzymć się od łez. To wielka szkoda – powiedziała mi – że Jerzy nigdy nie dowiedział się, jak wiele osób go kocha.

Mniej więcej sześć lat temu, podczas mojego pobytu w Polsce, pytałem o opinię, jaką Jerzy Kosiński cieszy się w tym kraju. Otrzymywałem zawsze jednakową odpowiedź, bez względu na to, jak bardzo wykształcony był mój rozmówca: „To aktor". Mówili to z pewnością pod wrażeniem jego wspaniałej gry w filmie Reds. Lecz ten człowiek był naprawdę aktorem wtedy, kiedy rozmawiał - zarówno z nieznajonymi, jak i z najbliższymi przyjaciółmi. Jeśli ktoś miał zamiar przebywać z nim dłużej, musiał się do tego przyzwyczaić. Nieustannie grał, starając się wywołać u słuchaczy uczucie zdziwienia i niedowierzania, nigdy zaś litości. Choć wiele z tego, co o sobie i o swoim życiu opowiadał, było szokujące lub groteskowe, by nie powiedzieć: niemożliwe, cel tych działań był w oczywisty sposób przyjazny - zatrzymać naszą uwagę i bawić nas za każda cenę.

Na waszej wystawie powinien znaleźć się egzemplarz nowojorskiego tygodnika „The Village Voice”, w którym około dziesięciu lat temu pewien dziennikarz postawił sobie za cel zniszczenie reputacji, jaką cieszył się w literackim świecie Jerzy Kosiński. Twierdził bowiem, że jego książki napisane zostały nie przez niego, lecz przez wynajętych pisarzy. Nie mogę sobie przypomnieć, aby jakikolwiek amerykański autor (a Jerzy był amerykańskim autorem) został tak niespodziewanie i brutalnie zaatakowany. Zarzuty, wkrótce odparte przez wydawców Jerzego (wśród których znalazło się kilka osób współpracujących wcześniej ze mną), były z pewnością najokropniejszym doświadczeniem, jakie spotkało Jerzego w Ameryce. Niedługo po tym wydarzeniu zapytał mnie, czy wiem, dlaczego właśnie jemu uczyniono taką rzecz. Odpowiedziałem mu: "Bo jesteś Dylem Sowizdrzałem”. Chodziło mi o to, że Jerzy, który chciał być po prostu zabawny, w oczach niektórych ludzi jawił jako oszust niczym legendarny Dyl Sowizdrzał, który w głębi duszy kpi sobie z osób darzących go szacunkiem. Wydaje mi się, że jest to wyjaśnienie równie dobre jak inne.

Jerzy nadal gra rolę Dyla Sowizdrzała. Dwa miesiące po jego śmierci otrzymałem list od kogoś, kto, nie mając najmniejszych podstaw, wierzy święcie, że Jerzy upozorował swoje sanobójstwo – co jest niemożliwością w Nowym Jorku, gdzie prasa i policja są niezwykle dociekliwe - i że pojawi się gdzieś ponownie, aby znów zadrwić sobie z nas wszystkich.

Odpwiedziałem mu na to, że Jerzy, który jako dziecko przeżył koszmar Holokaustu, mógł w skrytości ducha żywić przekonanie, że życie to parszywy interes. Jego atletyczne ciało kazało mu choć trochę pokochać to życie: na trasach narciarskich i w końskim siodle. Kiedy ciało zaczęło szwankować, słabła również jego i tak krucha tolerancja wobec życia. Popełnił więc samobójstwo.

Brakuje mi go. Bardzo go lubiłem. Wierzę, że był niezwykle ważnym amerykańskim pisarzem…”.Myślę, że ten tekst Vonneguta o drugim pisarzu, mówi dużo o nim samym. Coraz mniej takich ludzi?


PORTRAIT with HISTORY Kurt Vonnegut Jr.

"…In reality, I am a big, strong fifty-two-year-old man who, as a boy, worked hard on a farm and was good with machinery. I raised six children, three of my own and three adopted. They all turned out well. Two run businesses. I am a World War II veteran and was awarded the Purple Heart. Everything I own I owe to hard work. I have never been arrested or sued for anything. I am trusted enough by young people to teach at Iowa State University, Harvard University, and City College of New York. Every year I receive at least a dozen letters asking me to give a speech at a college or high school commencement ceremony. My books are used in schools more often than those of any other American novelist…"— Palm Sunday — Kurt Vonnegut's letter to the chairman of the school board in Drake, North Dakota, where the school principal ordered 32 copies of his novel Slaughterhouse-Five to be burned because of its vulgar language, considering it harmful to students. 

Kurt Vonnegut Jr. (born November 11, 1922, in Indianapolis; died April 11, 2007, in New York City) was a writer and essayist. 

Vonnegut was born into a wealthy family, the youngest of three children, the son of architect Kurt Vonnegut Sr. and Edith Lieber. Both parents were of German descent. The stock market crash of 1929 forced the Vonnegut family to change its lifestyle, dismiss their household staff, and move out of their expensive apartment. Vonnegut attended Orchard School and later Shortridge High School, where he wrote for the school newspaper, The Shortridge Echo. In 1940, he entered Cornell University to study chemistry. There, he became involved with the university newspaper, The Cornell Daily Sun. He struggled with the sciences and left the university in 1942. 

In 1943, Vonnegut joined the Army and was assigned to study at the Carnegie Institute of Technology and later at the University of Tennessee. He was then sent to the European front, where he was attached to the 106th Infantry Division. In December 1944, during the Battle of the Bulge, he was captured by the Germans and taken prisoner in Dresden. Because he spoke German, he was selected to work as an interpreter. At night, he was held underground in an old slaughterhouse. On February 13, 1945, he survived the Allied bombing of the city. These events became the main inspiration for his novel Slaughterhouse-Five. Several months later, the Red Army liberated Vonnegut from captivity. He returned to the United States and was awarded the Purple Heart. 

After returning to the United States, in the 1950s Vonnegut began publishing his first short stories, among them in Collier’s magazine. The income from his publications enabled him, in 1950, to leave his job at GE, move to Cape Cod, and work exclusively as a freelance writer. He published his first novel, Player Piano, in 1952. Although his reputation in literary circles continued to grow, the writer was still forced to seek alternative sources of income. 

Beginning in 1965, he taught at Hopefield School, and from 1965 to 1971 he conducted writing workshops at the universities of Iowa and Harvard. 

Vonnegut was a provocative writer. He constantly played with form, challenged the reader, drew him into literary traps, and made fun of him. He sometimes embellished his novels with drawings he made himself. 

Surrealism was an important current in Vonnegut's work. He was fascinated by science fiction, most clearly expressed in his novel The Sirens of Titan and in the creation of his literary alter ego, Kilgore Trout. 

The list of film adaptations of Kurt Vonnegut's works is a long one. I will mention Slaughterhouse-Five (1972), directed by George Roy Hill; Mother Night (1996), directed by Keith Gordon; and Breakfast of Champions (1999), directed by Alan Rudolph. 

His major novels include The Sirens of Titan (1959), Slaughterhouse-Five (1969), Breakfast of Champions, or Goodbye, Black Monday (1973), Bluebeard (1987), and Timequake (1997). 

In short, Kurt Vonnegut Jr. was a legend. For a long time, I did not even dare to dream of photographing him. First, I did not think I would be able to reach him; second, I knew that his much younger wife, Jill Krementz, was a photographer. And that was my greatest concern—I had no idea whether she allowed other photographers to photograph her husband. 

However, Jerzy Kosiński helped me get to Vonnegut. Kosiński was not only a well-known and highly respected writer, but had also served two terms as president of the American PEN Club. He was simply friends with many writers, and he knew the literary world very well. He was friends with Kurt Vonnegut as well. 

On Jerzy's recommendation, Vonnegut agreed to a photo session and invited me to his Manhattan apartment on June 19, 1985. He lived in a typical brownstone, a two- or three-story building, at 228 East 48th Street. When I entered his apartment, he was standing by the telephone, talking. I very much wanted to photograph him during that conversation, but I did not yet dare take out my camera—the legend surrounding Kurt Vonnegut intimidated me. When I have my camera out, nothing can stop me, but this time I kept it hidden in my bag. 

After a few minutes, he finished his conversation and greeted me. 

“Let’s get to work,” Kurt Vonnegut said, looking me in the eyes and smiling warmly. 

“What work?” I asked, quickly taking out my camera. “I just wanted to take a few photographs.” 

“Work, work. I know this is work. And it isn't easy. Some people think all you have to do is press a button and there’s a photograph. But that’s not how it is.” 

The words of the great writer were like honey to my heart. So I got down to work with enormous enthusiasm. 

As I was leaving, Kurt Vonnegut reminded me that I absolutely had to send him the photographs, that he wanted to see them as soon as possible. I must admit that I delayed fulfilling his request for a very long time. It took me several months. Somehow, I did not have the courage. I showed the photographs to Kosiński and asked him whether I should send them. “Send them, send them. They’re great,” Jerzy replied. “Kurt will be delighted.” 

Kosiński was right. I received a letter from Vonnegut in which, among other things, he wrote:  “Thank you for what seems to me to be a very good photograph.” Such an opinion was worth more than money. 

I came into contact with Vonnegut again several years later, following Kosiński's suicide on May 3, 1991. Everyone knew that Kosiński and I had been friends for ten years and had worked together on many projects. In the summer of 1991, I was at the Museum of Art in Łódź, the hometown of both Jerzy Kosiński and myself. Its legendary director at the time, Ryszard Stanisławski, offered me a photographic exhibition and an international seminar devoted to Kosiński, to be held on the first anniversary of his death in May 1992. I approached many prominent people who had known Kosiński and asked them to write a remembrance. Kurt Vonnegut, whom I had met through Kosiński, was one of the first to respond, writing beautifully on October 7, 1991, in New York. His text was later included in the book Jerzy Kosiński: Faces and Masks: 

“…I had known Jerzy Kosiński for at least 14 years: we first met when, on my 54th birthday, he gave me a painted bird, exactly 14 years ago. The week after his death, I gave the bird to Jerzy’s widow. Perhaps she will agree to lend it for your exhibition. It is a bird about the size of a canary. When I gave it to her, neither of us could hold back our tears. ‘It is such a shame,’ she told me, ‘that Jerzy never knew how many people loved him.’

About six years ago, while I was in Poland, I asked people what reputation Jerzy Kosiński enjoyed in that country. I always received the same answer, regardless of how educated the person I was speaking with was: ‘He’s an actor.’ They were certainly saying this under the impression created by his wonderful performance in the film Reds. But this man was truly an actor whenever he talked—both with strangers and with his closest friends. If someone intended to spend more time with him, they had to get used to it. He was constantly acting, trying to provoke in his listeners a feeling of astonishment and disbelief, never pity. Although much of what he told us about himself and his life was shocking or grotesque, not to say impossible, the purpose of these actions was clearly friendly—to hold our attention and entertain us at any cost.

Your exhibition should include a copy of the New York weekly The Village Voice, in which, about ten years ago, a journalist set out to destroy the reputation Jerzy Kosiński enjoyed in the literary world. He claimed that his books had not been written by him but by ghostwriters. I cannot remember any American author—and Jerzy was an American author—being attacked so suddenly and brutally. The accusations, soon rejected by Jerzy’s publishers, several of whom had previously worked with me, were certainly the most terrible experience Jerzy had ever faced in America. Not long after this happened, he asked me if I knew why this had been done to him. I answered: ‘Because you are Till Eulenspiegel.’ By this I meant that Jerzy, who simply wanted to be funny, appeared to some people to be a trickster, like the legendary Till Eulenspiegel, who secretly mocks those who respect him. It seems to me that this is as good an explanation as any.

Jerzy is still playing the role of Till Eulenspiegel. Two months after his death, I received a letter from someone who, without the slightest basis, firmly believed that Jerzy had staged his own suicide—which is impossible in New York, where the press and the police are extremely thorough—and that he would reappear somewhere, once again making fools of all of us.

I replied that Jerzy, who had survived the horrors of the Holocaust as a child, may secretly have believed that life was a rotten deal. His athletic body made him love life at least a little: on ski slopes and in the saddle. When his body began to fail him, his already fragile tolerance for life weakened as well. So he committed suicide.

I miss him. I liked him very much. I believe he was an extremely important American writer…”

I think Vonnegut’s text about another writer says a great deal about Vonnegut himself. Are there fewer and fewer people like this?

 
 
 

Komentarze


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon
bottom of page