Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Zbigniew Rybczyński

Aktualizacja: sty 30


„…Wymyślono film, aby zarejestrować świat. Ale zauważono, że gdy się nagra więcej klatek, a potem odtworzy je z normalną szybkością, zobaczymy świat w zwolnionym tempie. Kamera, która miała tylko odtwarzać rzeczywistość, zaczęła widzieć o wiele więcej niż my widzimy…” – Zbigniew Rybczyński „Podróżnik do krainy niemożliwości” (2000).

Zbigniew Rubczyński – urodził się 27 stycznia 1949 r. w Łodzi. Ukończył liceum plastyczne w warszawskich Łazienkach. Przed rozpoczęciem studiów na wydziale operatorskim w PWSFTviT w Łodzi przez rok pracował w Studiu Miniatur Filmowych w Warszawie (1968). Od początku lat 70. współpracował jako operator m.in. z Andrzejem Barańskim, Piotrem Andrejewem, Grzegorzem Królikiewiczem, ale po dyplomie zajął się przede wszystkim animacją. W Studiu Małych Form Filmowych Se-Ma-For w Łodzi zrealizował kilka autorskich projektów m.in. „Plamuz” (1973, I Nagroda w kategorii filmów muzycznych na „Jazz Film Saloon”, Wrocław 1985), „Zupę” (1974, m.in. Golden Badge na MFF w Chicago, 1978), „Nową książkę” (1975, m.in. Nagroda Główna MFFK w Oberhausen), „Lokomotywę” (1976, „Brązowe Koziołki” na Festiwalu Filmów dla Dzieci w Poznaniu, 1977), „Święto” (1976, Nagroda Publiczności na Przeglądzie Filmów Krótkich DKF „Zygzakiem” w Warszawie 1977).

W 1980 r. powstało „Tango”, najważniejszy obraz w dorobku artysty. Jego nowatorstwo w formie i w sposobie narracji znakomicie oddają słowa Ryszarda Ciarka – „pamięć pokoju po jego lokatorach”. „Tango” obsypane nagrodami w 1981 r. (m.in. Grand Prix i Nagroda Publiczności na MFFA w Annecy, Nagroda Specjalna Jury na MFFK w Hueska, Nagroda FIPRESCI i Nagroda Klubów Filmowych FICC na MFFF w Oberhausen).

Film „Tango” – jest ośmiominutową niemą opowieścią o międzyludzkich zależnościach (do jednego pomieszczenia stopniowo wprowadza się 25 osób), będącą sumą matematycznych wyliczeń i niezwykłej wizji. Film sprawia wrażenie wytworu komputera, jest jednak w pełni dziełem rąk autora – kolejne sekwencje filmowane były klatka po klatce, wycinane i nakładane. Film obsypany został nagrodami w Europie i trafił za ocean.

The Oscar goes to...11 kwietnia 1983 r., podczas 55. gali wręczenia Academy Awards w Los Angeles wśród takich sław, jak Meryl Streep czy Ben Kingsley, padło nazwisko: Rybczyński.

Jak wiadomo, gala rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej popularnie zwanych Oscarami transmitowana na cały świat z Kodak Theatre to jeden z największych show na świecie. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Nie ma miejsca na żadną prowizorkę. Pamiętam, że kiedyś Jerzy Kosiński miał wręczać nagrodę w jednej z kategorii. Na dwa tygodnie przed godziną zero stawił się na próbie. Wyszedł na scenę i przeczytał swoją kwestię z promptera. Po chwili wpadł zdenerwowany reżyser imprezy.

– Proszę pana, w jakim języku pan to powiedział? – Po angielsku – odpowiada odruchowo zdumiony Kosiński. – Ale całkowicie niezrozumiale – cedzi coraz bardziej zirytowany

reżyser. – Ale ja nie raz występowałem w telewizji – nie ustępuje Jurek. – Nie, nie proszę pana, to jest całkowicie niezrozumiałe. To są

Oscary. Albo pan to przeczyta tak, żeby cały świat pana zrozumiał, albo mamy problem.

I Jurek, chcąc nie chcąc, musiał ćwiczyć. No niestety, tam nie było przebacz. „To są Oscary”, to jest Hollywood Dream. Trzeba się podporządkować. Każda sekunda na wizji jest bezcenna – bo widzi cię cały świat. Gwiazdy u progu kariery zrobiłyby wszystko dla kilku sekund na wizji podczas rozdania Oscarów.

Każda z osób, które są nominowane do nagrody, wcześniej przygotowuje się do uroczystości, na wypadek, gdyby została laureatem. Transmisja nadawana jest z kilkunastosekundowym opóźnieniem – w razie nieprzewidzianych w scenariuszu problemów. Daje to możliwość przykrycia obrazu z jednej kamery innym – z drugiej kamery.

Zbigniew Rybczyński, nominowany w 1983 roku za znakomity krótkometrażowy film animowany Tango, również został poinstruowany, jak ma się zachować na wypadek wygranej. Mówili mu to, co wszystkim: – Stary, masz tyle i tyle sekund, schodzisz ze sceny, jak ten i tamten dadzą ci znak. Jak tego nie zrobisz, będzie problem.

Zbigniewowi udało się wspomnieć o Lechu Wałęsie i "Solidarności".

To jednak nie koniec historii – kiedy zdenerwowany Zbigniew wyszedł z Kodak Theatre zapalić papierosa, zapomniał zaproszenia. Nie wziął też statuetki. Po skończeniu papierosa chciał wrócić. Na jego drodze stanęło kilku rosłych ochroniarzy.

Trudno się zresztą tym facetom dziwić. Jak by nie patrzeć, do najpilniej chyba w tym momencie strzeżonego budynku na świecie usiłował wejść facet bez przepustki, bez zaproszenia, mówiący w jakimś niezrozumiałym języku i krzyczący „Oscar, Oscar!” "I have Oscar, I speak German and Polish".

Finał był taki, że został powalony na ziemię, założone zostały mu kajdanki, bronił się kopiąc i laureat Oscara wylądował w więzieniu. I pewnie trochę by tam posiedział, póki sprawa by się nie wyjaśniła, gdyby nie Yola Czaderska-Hayek, propagatorka kultury polskiej w Stanach. W posiadłości Belvedere należącej do Yoli i jej męża (a kiedyś do samego Rudolfa Valentino!) zatrzymywała się masa osób z Polski w drodze po amerykański sukces. A Yola im tej gościny nie odmawiała.

To właśnie Yola towarzyszyła Zbigniewowi na gali. Kiedy długo nie wracał z papierosa, zaczęła się niepokoić. Okazało się, że Rybczyński znalazł się w więzieniu, w którym spędził noc, a wyciągnął go wujek Jan Rybczyński, który zapłacił 1000 dolarów bail bond, a Yola ... puściła tę wiadomość do publicznego obiegu. Nie ukrywajmy – bardzo to Zbigniewowi się przysłużyło. Yola wiedziała, co robi.

Kto by tam zwrócił, prócz Polaków oczywiście, uwagę na laureata w tak niepopularnej kategorii. Tego wieczoru Oscary za pierwszoplanowe role odbierali: zjawiskowa Meryl Streep za Wybór Zofii i Ben Kingsley – za brawurowo zagranego Gandhiego. To głównie o nich pisała prasa. No może jeszcze o E.T. A tak – dzięki nietypowemu zakończeniu wieczoru – nie na bankiecie, lecz na komisariacie – pisała również o Rybczyńskim. Sytuacja oczywiście była bardzo niezręczna, Zbigniew został natychmiast wypuszczony z aresztu i przeproszony, ale Bogiem a prawdą – znalazł się tam przecież nie bez powodu.

Oczywiście, nagrodę dostał też nie bez powodu. Tango jest fenomenalne. W dodatku wyprzedza swoją epokę – to, co potem robiono za pomocą technik komputerowych (nakładanie wielu obrazów na siebie), Zbigniew zrobił metodą analogową!

Również przekaz Tanga był genialny w swojej prostocie. Nie zdajemy sobie sprawy, że miejsce, w którym jesteśmy – jest również miejscem na mapie setek innych ludzi. Pomysł i forma, w jakiej Zbigniew to pokazał, były strzałem w dziesiątkę. Oscar, tak jak przed wszystkimi laureatami tej nagrody, otworzył przed Zbigniewem wiele drzwi. Zrealizował (już przy użyciu technik komputerowych) znakomite filmy – m.in. Orkiestrę, za którą otrzymał wiele nagród (wśród nich Emmy). Stał się cenionym reżyserem teledysków – współpracował ze światowymi gwiazdami, m.in. z Mickiem Jaggerem, Yoko Ono, Simple Minds oraz Pet Shop Boys.

Zdjęcia z Oscarem zrobiłem Zbigniewowi kilka dni po ceremonii. To była jego pierwsza sesja zdjęciowa po otrzymaniu nagrody. Jeszcze było widać ślady po bójce – Zbigniew starannie przykrywał opuchnięte oko włosami. I to zadziorne zbuntowane spojrzenie. Nadal był zbulwersowany tym, że nie pozwolono mu powiedzieć tych słów o Solidarności. Całe to wydarzenie trochę można podsumować słowami – polska, ułańska fantazja na rozdaniu amerykańskich nagród filmowych.

Oscar dał Rybczyńskiemu prestiż i możliwość życia w USA. Do kraju wrócić nie mógł, ponieważ po wywiadzie udzielonym Wolnej Europie, w którym potępił system komunistyczny, został oskarżony o zdradę Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i skazany na karę więzienia. W Austrii otrzymał azyl polityczny.

Kilkanaście lat mieszkał w Nowym Jorku, gdzie kręcił kolejne, nagradzane na świecie krótkie metraże i teledyski (współpracował m.in. z Mickiem Jaggerem, Yoko Ono, Lou Reedem, Rush itd.). To właśnie on jest twórcą słynnego clipu do „Imagine” Johna Lennona. Od roku 1972 jako operator, scenarzysta, reżyser, kompozytor obrazu, Rybczyński zrealizował kilkadziesiąt filmów.

Popularność przyniosły mu wideoklipy realizowane od 1984 r. m.in. dla Chuck Mangione, Pet Shop Boys, Lou Reeda, a także do anglojęzycznej wersji „Mniej niż zero” Lady Pank (1985), „Let’s work” Micka Jaggera (1987) i „Imagine” Johna Lennona (1986, m.in. Srebrny Lew za najlepszy teledysk na MIDEM w Cannes 1987). W roku 1987 otworzył pod Nowym Jorkiem własne studio (Zbig Vision Studio), w którym oprócz wideoklipów i filmów reklamowych powstały kolejne artystyczne obrazy m.in. „Schody” (1987, Premio Internazionale Leonardo za wkład do sztuki wideo w Mediolanie, 1989) oraz zrealizowane w systemie HD: „Orkiestra” (1990, m.in. Grand Prix na Festiwalu A.V.A. w Tokio 1991),

W latach 1994 – 2001 mieszkał w Niemczech, współtworząc międzynarodowy eksperymentalny ośrodek filmowy w Berlinie (CBF). Był wykładowcą uczelni w Kolonii, Nowym Jorku i Tokio. W 2001 r. wrócił do USA.

W latach 2009-2013 był dyrektorem artystycznym Centrum Technologii Audiowizualnych CeTA we Wrocławiu, po konflikcie z dyrekcją w CeTA i ministrem kultury Bogdanem Zdrojewskim, gdzie znakomicie zapowiadający się projekt, skończył się w sądzie. W 2015 roku Rybczyński ponownie wyjechał do USA.

Kiedy w 1993 r. zapytałem Rybczyńskiego – dokonałeś w Stanach wielu rzeczy. Czy uważasz swoje związki z Ameryką za trwałe?

Ameryka stała się moim domem. Nabieram kompleksu amerykańskiego. Kiedy gdzieś wyjeżdżam, myślę: o, u nas w Ameryce takich rzeczy nie ma, a tu są. Zaczynam bronić Ameryki. Cztery lata żyłem w Austrii, ale nigdy bym nie powiedział, że stałem się austriackim patriotą. A tu, po iluś latach, mogę to stwiedzić, jakkolwiek brzmi to dziwnie dla mnie samego.

Zaczęłem lubić Amerykę, łącznie z jej anomaliami. Czasem zadziwia mnie głupota, czy dziecinada tego kraju, ale to właśnie tworzy ciekawą sytuację „kulturową” – łatwo w tej rzeczywistości znaleźć dla siebie cel. Gdyby wszystko było wspaniałe, byłoby gorzej. Czuję się jak w Polsce. Problemy są zupełnie takie same. A równocześnie mam świadomość dostępu do najwyższej technologii. Z jednej strony nie mam więc poczucia, że jestem poza Polską. Z drugiej strony – wiem, że nigdzie indziej poza Ameryką nie mógłbym zrezalizować tego, co zamierzam.


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon