Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Wilhelm Brasse

Aktualizacja: 4 dni temu



Wilhelm BRASSE (1917-2012)

Wpadłem przypadkowo w archiwum TVP na film dokumentalny "Portrecista" (2005), który mną wstrząsnął. Film opowiada historię Wilhelma Brasse - przedwojennego fotografa - portrecisty, uczestnika i świadka najtragiczniejszych rozdziałów historii XX wieku.

"Portrecista" to historia fotografa, którego praca stała się w okresie wojny przekleństwem i wybawieniem jednocześnie. Fotografia była życiową pasją Wilhelma Brasse, a jej tajniki techniczne i artystyczne poznał przed wojną. Pracował w dużym atelier przy głównej ulicy Katowic, gdzie słynął z pięknych portretów. Wtedy nawet nie przypuszczał, że niebawem będzie robił po kilka tysięcy portretów miesięcznie. Brasse trafił do specjalnego komando rozpoznawczego Wydziału Politycznego, zwanego obozowym gestapo. Tu pod okiem SS prowadził fotograficzną dokumentację obozu od jego powstania do

ewakuacji. Fotografował to, co mu kazano: pracę więźniów, prywatne spotkania oficerów SS z ich rodzinami, doświadczenia medyczne, a przede wszystkim robił policyjne portrety więźniów do kartotek. Wilhelm Brasse jest autorem wielu zdjęć znanych z podręczników historii na całym świecie. W filmie bohater opowiada o kilku, wybranych zdjęciach i opisuje związane z nimi historie. Mówi o oprawcach, którzy wsławili się bestialstwem, i o zwykłych ludziach, z którymi zetknął się w pracowni fotograficznej w ich drodze na śmierć.

Młody Brasse najbardziej pamięta oczy. Setki tysięcy oczu wyrażających niedowierzanie w to, czego są świadkami, strach, przerażenie i beznadzieję. Do dziś widzi je wszędzie, nawet we śnie. Nigdy po wojnie nie był w stanie wziąć aparatu do ręki.

Sam tytuł "Portrecista" już był przewrotny, bo czy można nazwać portrecistą, człowieka który robi zdjęcia ludziom idącym na śmierć? Zaczęłem zastanawiać się, czy główny bohater filmu, żyje czy to jakaś historia z przeszłości. Odszukałem, że żyje, postanowiłem go poszukać i spotkać się. Znowu przypadek, albo to może już nie jest przypadek? Na jedną z moich wystaw w Łazienkach Królewskich w Warszawie przyszła Agata Steczkowska (ze słynnej rodziny Steczkowskich). Podeszła do mnie i mówi – proszę pana widzę, że robi pan ciekawe rzeczy, a ja mam taki temat, który może pana zainteresować. Wernisaż to zawsze trudny czas na rozmowy, umówiliśmy się następnego dnia i Agata zaproponowała mi, byśmy coś razem zrobili, a propos Wilhelma Brasse, którym byłem bardzo zainteresowany. Agata pracowała przy filmie "Portrecista" – skomponowała muzykę i dyrygowała orkiestrą. Od słowa do słowa i okazało się, że poznała Brassa, zresztą pochodził z jej rodzinnych stron, z Żywca. Powiedziałem, że chętnie bym go poznał, zadeklarowała, że postara się zorganizować spotkanie.


Do takiego spotkania lubię być przygotowany, wiedza na temat fotografowanej osoby bardzo pomaga w nawiązaniu kontaktu. Zaczęłem czytać o Brasse, który urodził się jako wnuk Alberta Karola Brasse, pochodzącego z Alzacji, pracującego jako ogrodnik u właścicieli browaru w Żywcu. Matka Brassego była Polką, a ojciec wielkim patriotą, uczestnikiem wojny z bolszewikami w 1920 r. Zawodu fotografa nauczył się pracując od 1935 w atelier „Foto-Korekt” w Katowicach przy ul. 3 Maja, należącym do jego ciotki.

Po wybuchu II wojny światowej i zajęciu Żywca przez Niemców, odmówił podpisania Volkslisty przysługującej mu z uwagi na germańskie pochodzenie oraz wstąpienia do armii niemieckiej. Niedługo potem wyjechał do Krynicy, gdzie pracował w fotolaboratorium. Chciał przedostać się do Francji, aby wstąpić do wojska polskiego. Ktoś z miejscowych Łemków zdradził jego plany i po aresztowaniu trafił 31 sierpnia 1940 do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Podczas transportu do obozu, w Tarnowie po raz kolejny Niemcy zaproponowali mu podpisanie Volkslisty, a Brasse po raz kolejny odmówił. W obozie dostał nr 3444 i od 1940 do 45 był jego więźniem. W obozie skierowano go początkowo do komanda kopiącego fundamenty nowych budynków oraz budującego drogi od krematorium do dworca, gdzie szybko awansował na tłumacza kapo. Następnie pracował w komandzie przeładowującym węgiel i koks, a potem w kartoflarni.


Gdy Niemcy dowiedzieli się o jego zdolnościach – został głównym fotografem obozowym. Od 5 lutego 1941 był zatrudniony w specjalnym komandzie rozpoznawczym Wydziału Politycznego (Gestapo), którym kierował Bernhard Walter. Wykonywał tam portrety nowo przybyłym więźniom, przeznaczone do kartoteki obozowej. Brasse każdemu więźniowi robił serię trzech zdjęć: w nakryciu głowy, pod kątem, a potem z profilu. Zdarzało się, że przez noc robił ich tysiąc, albo więcej, bo nad ranem przyjeżdżał następny transport. Oprócz tego fotografował wszystko: od pracy więźniów przez prywatne spotkania Niemców z rodzinami i doświadczenia medyczne. Jak sam szacuje wykonał ok. 50 tys. zdjęć. Był szanowany przez Niemców pracujących w obozie, bo zależało im na ładnych zdjęciach wysyłanych rodzinom. Poznał Josefa Mengele – osławionego „Anioła Śmierci". Podczas ewakuacji obozu nie wykonał rozkazu spalenia wszystkich zdjęć, dzięki czemu ocalało ponad 40 tys. fotografii, które były dowodami w procesach hitlerowców. Po wyzwoleniu przez Amerykanów otrzymał po raz trzeci propozycję zmiany obywatelstwa – „Zostań tu. Tam są już bolszewicy. Jak zechcesz, będziesz Niemcem, Anglikiem albo Amerykaninem”. Pomimo to powrócił do Żywca. Chciał wrócić do zawodu fotografa, ale zrezygnował po kilku próbach – gdy na kogoś patrzył przez obiektyw aparatu, widział zawsze więźniów z obozu, powracały koszmary, już nigdy nie wziął do rąk aparatu fotograficznego. O swojej pracy obozowego dokumentalisty nie wspominał nikomu przez sześćdziesiąt lat. Został rzemieślnikiem, nikt nie znał jego przeszłości.

W końcu umówiliśmy się na spotkanie ze Steczkowską i Brasse. Najpierw miał być Żywiec, ale nalegałem na Auschwitz, twierdząc, że to spotkanie tylko wtedy ma sens. 17 lipca 2011 roku, najpierw pojechaliśmy do Międzynarodowego Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście, gdzie Brasse po niemiecku opowiadał młodzieży z Niemiec, co działo się w obozie w czasie wojny, swoje słowa popierał zdjęciami. Brasse robi na uczniach wielkie wrażenie, którzy słuchają go z zapartym tchem, ze swoją wyrazistą, zdeformowaną przeżyciami twarzą, powykręcanymi, spracowanymi rękami. Niezwykłe jest to, że po tak strasznych rzeczach, teraz możemy siedzieć i rozmawiać o tym - my i Niemcy.


Ale najważniejszą rzeczą jest obóz, do którego myślę sobie, musimy wejść – jedziemy pod słynną bramę, a tam stoją strażnicy z bronią i mówią, że nie ma takiej możliwości by wejść, filmować i fotografować bez odpowiednich zgód. Delegacje rządowe, ścisła ochrona i koniec. Ale gdzie diabeł nie może… wysyłam Agatę Steczkowską i po kilku minutach przekraczamy bramę Arbeit Macht Frei. Do dziś nie wiem, jak ona to załatwiła. Wczoraj z nią rozmawiałem na Messengere i ona również nie wie jak to się stało, że udało nam się tam wejść.

Brasse jedzie na wózku inwalidzkim, obserwuję jak zmienia się jego wyraz twarzy. Zdjęcia, które tam robiłem, gdy patrzył na znajome bloki są najbardziej wstrząsającym momentem – co on musiał czuć. Wyobrażam sobie, co tam widział w trakcie wojny, te badania na kobietach, wycinanie im macicy, on to wszystko fotografował. Robił zdjęcia badań na ludzkim żywym organiźmie. A on jedzie do Oświęcimia, konfrontuje się z tym, co tam przeżył. Co można było wyczytać z jego twarzy dobitnie świadczą zdjęcia. Co chwila zakrywał twarz, nie chciał patrzeć – mam takich kilka dramatycznych zdjęć. To było jakbym jego oczami zobaczył to piekło. Opowiedział mi, że po wojnie spotkał w autobusie osobę, która pracowała w tamtejszym (obozowym) burdelu, bo i takie przybytki były. Ona też go rozpoznała, chciał coś powiedzieć, ale ona go uprzedziła, położyła mu palec na ustach w wymownym geście, żeby nic nie mówił.

Widziałem podczas tego spotkania w Oświęcimiu ciężar tej całej sytuacji, który on musiał nieść przez tyle lat. Później dowiedziałem się, że gdy kręcono "Portrecistę", czasami zamierał jak posąg i nie mógł się przemóc, żeby zacząć mówić, tak strasznie traumatyczne, to było przeżycie. Opowiadał mi,że uchronił od zniszczenia negatywy, bo jak już wkraczali sowieci, to Niemcy kazali mu to wszystko spalić, żeby nie zostawić śladów. Udało mu się ocalić negatywy, a mnie wizerunek Wilhelma Brasse, który rok po naszym spotkaniu w Oświęcimiu, zmarł. Pozostały zdjęcia i nagrania filmowe.

PORTRAIT with HISTORY Wilhelm Brasse (1917-2012) I accidentally ran into the TVP archive for the documentary film "Portraiture" (2005), which shocked me. The film tells the story of Wilhelm Brasse - a pre-war photographer - portraitist, participant and witness to the most tragic chapters of 20th century history. "Portraiture" is the story of a photographer whose work became a curse and salvation at the same time. Photography was Wilhelm Brasse's life passion, and he got to know its technical and artistic secrets before the war. He worked in a large atelier on the main street of Katowice, where he was famous for beautiful portraits. At the time, he never thought that he would soon be making several thousand portraits a month. Brasse was sent to a special reconnaissance commando of the Political Department, called the Gestapo camp. Here, under the watchful eye of the SS, he kept photographic documentation of the camp from its inception to evacuation. He photographed what he was told: prisoners' work, private meetings of SS officers with their families, medical experience, and above all, he made police portraits of prisoners for files. Wilhelm Brasse is the author of many photos known from history textbooks around the world. In the film, the hero talks about several selected photos and describes the stories associated with them. He talks about the torturers who became famous for their bestiality, and about the ordinary people he met in the photo studio on their way to death. Young Brasse remembers his eyes the most. Hundreds of thousands of eyes expressing disbelief in what they are witnessing, fear, terror and hopelessness. To this day, he sees them everywhere, even in a dream. He was never able to take the camera in his hand after the war. The title "Portraitist" was already perverse, because can one be called a portraitist, a man who takes pictures of people going to death? I began to wonder if the main character of the movie is alive or is it a story from the past. I found him alive, decided to look for him and meet him. Again, or maybe it's not an accident anymore? Agata Steczkowska (from the famous Steczkowski family) came to one of my exhibitions in the Royal Łazienki Park in Warsaw. She came up to me and says - sir, I can see that you do interesting things, and I have a topic that may interest you. The vernissage is always a difficult time for talks, we arranged the next day and Agata suggested that we do something together, by Wilhelm Brasse, whom I was very interested in. Agata worked on the film "Portraiture" - she composed music and conducted the orchestra. From word to word and it turned out that she met Brass, moreover, he came from her hometown, from Żywiec. I said that I'd love to meet him, she declared that she would try to organize the meeting. I like to be prepared for such a meeting, knowledge about the person photographed helps a lot in making contact. I started reading about Brasse, who was born as a grandson of Albert Charles Brasse, from Alsace, working as a gardener with the owners of the brewery in Żywiec. Brasse's mother was Polish, and his father a great patriot, a participant in the war with the Bolsheviks in 1920. He learned the profession of photographer by working from 1935 in the "Foto-Korekt" atelier in Katowice at ul. May 3, belonging to his aunt. After the outbreak of World War II and the occupation of Żywiec by the Germans, he refused to sign Volkslist due to Germanic descent and to join the German army. Shortly afterwards he went to Krynica, where he worked in a photo lab. He wanted to get to France to join the Polish army. Someone from the local Lemkos betrayed his plans and after his arrest he was arrested on August 31, 1940 in the German Auschwitz concentration camp. During transport to the camp in Tarnów, once again the Germans offered him to sign the Volkslist, and Brasse refused once again. He was given prisoner number 3444 in the camp and from 1940 to 45 was his prisoner. At first, he was directed to a commando digging the foundations of new buildings and building roads from the crematorium to the station, where he was quickly promoted to a kapo interpreter. Then he worked in the coal and coke commando, and then in the potato shop.

When the Germans learned of his abilities - he became the main camp photographer. From February 5, 1941, he was employed in a special intelligence commando of the Political Department (Gestapo), headed by Bernhard Walter. He made portraits of newly arrived prisoners there, intended for the camp record. Brasse took a series of three photos for each prisoner: in his headgear, at an angle, and then in profile. It happened that he made a thousand or more of them overnight, because in the morning the next transport arrived. In addition, he photographed everything from prisoners' work to private meetings of Germans with families and medical experience. As he estimates, he made around 50,000 images. He was respected by the Germans working in the camp, because they wanted nice photos sent to their families. He met Josef Mengele - the notorious "Angel of Death". During the evacuation of the camp, he did not carry out the order to burn all the photos, thanks to which more than 40,000 photographs survived, which were evidence in the Nazi trials. After the liberation by the Americans, he received the third time a proposal to change citizenship - "Become here. There are already Bolsheviks. If you want, you will be German, English or American. "Nevertheless, he returned to Żywiec. He wanted to return to the profession of photographer, but gave up after a few attempts - when looking at someone through the camera lens, he always saw prisoners from the camp, nightmares were returning, he never took the camera again. He never mentioned the work of the camp documentary filmmaker for sixty years. He became a craftsman, no one knew his past.

In the end we agreed to meet with Steczkowska and Brasse. First it was supposed to be Żywiec, but I insisted on Auschwitz, arguing that this meeting only makes sense. On July 17, 2011, we first went to the International Center for Education about Auschwitz and the Holocaust, where Brasse told German youth in Germany what had happened in the camp during the war, he supported his words with photos. Brasse makes a great impression on students who listen to him with bated breath, with their expressive, deformed face experiences, twisted, weary hands. It is amazing that after such terrible things, now we can sit and talk about it - we and Germany. But the most important thing is the camp, which I think we must enter - we go to the famous gate, and there are guards with weapons and say that there is no way to enter, film and photograph without proper consent. Government delegations, strict protection and the end. But where the devil can't ... I send Agata Steczkowska and after a few minutes we cross the Arbeit Macht Frei gate. To this day, I don't know how she did it. I talked to her at Messengere yesterday and she also doesn't know how it happened that we were able to enter it. Brasse is in a wheelchair, watching his facial expression change. The photos I took there when he looked at familiar blocks are the most shocking moment - what he must have felt. I imagine what he saw there during the war, these studies on women, cutting their uterus, he photographed it all. He took pictures of research on a human living organism. And he goes to Oświęcim, confronts what he experienced there. What could be read from his face is clearly demonstrated by the pictures. Every now and then he covered his face, he did not want to look - I have such a few dramatic photos. It was like seeing hell through his eyes. He told me that after the war he met on the bus a person who worked in a local (camp) brothel, because such shrines were also there. She recognized him too, he wanted to say something, but she warned him, put a finger to his lips in an eloquent gesture so that he would not say anything. I saw during this meeting in Oświęcim the burden of this whole situation which he had to bear for so many years. Later I found out that when the "Portraitist" was shot, he sometimes died like a statue and could not argue to speak so terribly traumatic, it was an experience. He told me that he saved negatives from destruction, because as the Soviets entered, the Germans told him to burn it all so as not to leave traces. He managed to save the negatives, and for me the image of Wilhelm Brasse, who died a year after our meeting in Oświęcim. Still pictures and video recordings.

  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon