Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Tadeusz Kantor

Aktualizacja: 11 sie 2019


Nie trzeba go przedstawiać, ale trudno w jednym zdaniu napisać, kim był. Reżyser, scenograf, aktor, malarz, rzeźbiarz w jednej osobie, a zarazem skomplikowany i trudny w bezpośrednich kontaktach człowiek. Przez długi czas śledziłem jego nietuzinkową twórczość i bardzo chciałem go spotkać. Postanowiłem spróbować w maju 1982 r., kiedy Kantor przyjechał do Nowego Jorku, jak zawsze do awangardowego teatru "La MaMa ETC" z przedstawieniem "Wielopole, Wielopole". Skontaktowałem się najpierw z jego asystentem, a zarazem rzecznikiem prasowym, Krzysztofem Miklaszewskim, który powiedział, że postara się mnie przedstawić. Dodał jednak, że za efekt owej próby nie odpowiada. Wszystko zależy bowiem od samego Tadeusza Kantora. Dodał, że nie powinienem być zdziwiony, jeśli w ogóle nie będzie chciał ze mną rozmawiać. O umówionej porze wejściem dla aktorów wszedłem do teatru "La MaMa ETC", który znajduje się na Manhattanie, w dzielnicy East Village. Krzysztof Miklaszewski powitał mnie słowami: – Teraz albo nigdy! Proszę za mną. Z wąskiego korytarza wychodzimy bezpośrednio na scenę, połączoną z widownią. Proste, drewniane dekoracje: stół, krzesła, drzwi, okno, krzyże… wszystko na czarnym tle. – Wymarzona sceneria do zdjęć – myślę.


Widzę Kantora siedzącego w pierwszym rzędzie widowni, przechodzącego w senę i przeglądającego kartki. Miklaszewski zostawia mnie sam na sam z mistrzem, wycofując się na zaplecze. Podchodzę bliżej. Nie chcę mu przeszkadzać. Po kilkudziesięciu sekundach, kiedy Kantor zerka w moją stronę, mówię – Dobry wieczór! – Pan mówi po polsku? – pyta ze zdziwieniem. – Tak, jeszcze nie zapomniałem – odpowiadam z uśmiechem. – Jak długo pan tu mieszka? – Trzy lata. – Przed panem namęczyłem się z dwoma dziennikarzami, którzy nic nie rozumieli z tego, co robię. Widząc, że nadszedł znakomity moment, mówię: – Ja chciałbym tylko zrobić panu kilka zdjęć. – Zdjęć – powtórzył w zamyśleniu Kantor. – To niech pan robi.


Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Zrobiłem kilka ujęć Kantora siedzącego w pierwszym rzędzie, na tle pustej widowni. Podczas spektaklu taka sceneria byłaby niemożliwa – wszystkie bilety, jak zawsze zresztą, wykupiono na wiele tygodni przed przedstawieniami. Cały czas jednak zastanawiałem się nad tym, co zrobić, aby Kantor wszedł na scenę, która znajdowała się na wyciągniecie ręki. A właściwie jest to teatr, gdzie widownia jest połączona ze sceną. Pamiętałem ciągle, że każdy „nierozważny” krok z mojej strony może przerwać tę sesję bezpowrotnie. Nie widząc jednak innej możliwości, zdecydowałem się na "atak". – Czy mógłby pan wejść na scenę? – zapytałem niepewnie. Kantor bez słowa podniósł się z fotela, obciągnął marynarkę i majestatycznym krokiem wszedł pomiędzy rekwizyty. Uszczęśliwiony zacząłem go fotografować, zmieniając aparaty i obiektywy. Po tak dobrym początku, w ferworze pracy, zacząłem Kantora przesuwać z jednej strony sceny na drugą, z krzesła między krzyże… Sam nie wiem, ile to trwało. W pewnej chwili Kantor odwrócił się na pięcie, mówiąc: – Przepraszam, ale muszę jeszcze coś załatwić. I powłóczystym krokiem poszedł za scenę.



Kiedy odwróciłem się w stronę widowni, zobaczyłem Miklaszewskiego, w towarzystwie dwu aktorów, patrzących na mnie ze zdumieniem. – Co się stało? – spytałem nie mniej zdziwiony. – Czy przypadkiem nie popełniłem jakiegoś faux pas? – Raczej nie! – rozpoczął Miklaszewski. – Ale… – Jakie ale? – przerwałem mu zdenerwowany. – Nieczęsto zdarza się, że Kantor godzi się na półgodzinną sesję i na takie dyrygowanie – dodał już spokojnie Miklaszewski. Przekonałem się o tym przy następnej wizycie Kantora w Nowym Jorku, gdy przyjechał ze sztuką "Niech sczezną artyści". Otrzymałem zgodę na fotografowanie podczas premiery. Na pewno pomogła mi w tym sesja, którą opisałem wyżej. Kantor był bardzo z tych zdjęć zadowolony, które oczywiście mu wysłałem. Premierę fotografował również fotoreporter z „The New York Times”. Pracowaliśmy bezszelestnymi Leicami. W pewnym momencie fotoreporter NYT zaczął się zbyt gwałtownie poruszać. Zawsze obecny na scenie z aktorami Kantor rzucił w jego stronę spojrzenie, w którym czaiły się gromy. Jednak bez rezultatu. Przy następnym gwałtownym poruszeniu, Kantor krzyknął do niego:


– Proszę natychmiast opuścić teatr! Ja, nieomal w bezruchu, dalej dokumentowałem. Kiedy w lipcu 1989 roku cała prasa światowa i polska (ta ostatnia – triumfalnymi tytułami artykułów "Centrum Pompidou było nasze") pisała o Kantorze – postanowiłem skorzystać z zaproszenia i go odwiedzić. Jest to bowiem wypadek bez precedensu w historii sztuki, a teatralnej na pewno, że za życia artysty największe autorytety teatralne organizują na jego cześć cały festiwal i sympozjum naukowe "Wpływ Kantora – malarza, człowieka teatru i artysty na sztukę XX wieku". Do tego trzeba dodać, że Festiwal Kantorowski, bo taką nazwę nosił, był połączony z niezwykle uroczystymi obchodami dwustulecia rewolucji francuskiej, którym patronował minister kultury Francji Jacques Langa.



"...Ale żeby nie było tylko tak dobrze – powiedział Kantor – to była nieprzyjemna historia z Janem Kottem. Jan Kott – najpoważniejszy krytyk polskiego pochodzenia w Stanach Zjednoczonych, nie pozwolił skończyć wypowiedzi prof. Michałowi Kobiałce, również ze Stanów Zjednoczonych. Ja się szalenie zdenerwowałem, a przecież Kott jest moim przyjacielem, pamiętam go jeszcze z okresu stalinizmu. Zwróciłem się do Kotta, że ja sobie życzę, aby Kobiałka dokończył swój referat, gdyż właśnie mówił o niezwykle istotnej strukturze teatru Cricot 2. Kott się zasłaniał tym, że Kobiałka przekroczył czas 20 minut, przewidziany na wystąpienie. Poprosiłem Kobiałkę, aby mówił dalej. Kiedy po chwili, Kott przerwał mu po raz drugi, uniosłem się i krzyknąłem: „Janek, nie używaj starych metod stalinowskich.” Podchwyciła to prasa pisząc, że nazwałem Kotta stalinowcem, co jest nieprawdą. Ja właściwie, wedle zwyczaju teatru Cricot 2 powinienem na środku postawić trumnę i sam się tam ułożyć, wówczas można by bezpiecznie wszystko o mnie mówić. Chciałbym jednak coś jeszcze zrobić...". W paryskim Palais Chaillot dał Kantor cztery przedstawienia: "Umarła klasa", "Wielopole, Wielopole", "Niech sczezną artyści" i "Nigdy tu nie powrócę". W Centrum Pompidou odbyło się sympozjum, w którym wzięli udział światowej klasy naukowcy, historycy teatru, krytycy, muzycy, reżyserzy, aktorzy z Europy, Ameryki i Japonii. Pokazywano obrazy Kantora, wyświetlano filmy o artyście.


Odwiedziłem Mistrza w Ośrodku Teatru Cricot 2 przy ulicy Kanonicznej w Krakowie we wrześniu 1989 r. Kantor, jak zwykle w czarnym garniturze, śnieżnobiałej koszuli i długim czarnym szaliku wokół szyi, przyjął mnie wyjątkowo serdecznie. Niezwykły czar Kantora przyćmił szybko wszystkie legendy dotyczące jego trudnego charakteru i utwierdził mnie w przekonaniu, że wszystkie ostrzeżenia, które na jego temat słyszałem, były przesadzone. Przez całą rozmowę i długą sesję zdjęciową zachowywał się ujmująco, błyskotliwie, tryskał wręcz humorem. Co nie znaczy wcale, że jeśli coś mu się nie podobało lub nie było po jego myśli, nie reagował gwałtownie, jak bezkompromisowy artysta. W pewnym momencie zaczął mówić z goryczą w głosie o sytuacji w Polsce, nawet go o to nie pytałem: "...Już od dziesięciu lat wyjeżdżamy poza kraj, aby przygotowywać spektakle. Za granicą dają nam najlepsze warunki przestrzenne do pracy. A ja bym chciał pracować zawsze w domu, gdyż potrzebna mi jest atmosfera Krakowa, w którym spędziłem całe życie. Nie odpowiadają mi tylko, i to od dłuższego czasu, władze. Po ogromnym sukcesie "Umarłej klasy" nikomu z tzw. decydentów nie przyszło do głowy, że należy dać nam jakieś miejsce i warunki do pracy! Gdyby nie Florencja, dokąd zaproszono nas na siedem miesięcy, nie powstałoby "Wielopole, Wielopole". Następny spektakl "Niech sczezną artyści" mógł powstać w Krakowie, gdyż tu zacząłem, gdyby nie ignorancja władz. Powiedzieli, że my lubimy jeździć za granicę. A prawda jest taka, że gdyby nie Norymberga, Paryż i Mediolan, to spektakl by nie powstał. Ostatnia realizacja "Nigdy tu więcej nie powrócę" powstała, gdy zdenerwowałem się na jednego urzędnika. I znów gdyby nie Mediolan, gdzie mieliśmy próby w Pałacu Królewskim, na jlepsz ym miejscu w mieście, nie byłoby spektaklu. Teraz myślę o nowym przedstawieniu, może będzie to moje ostatnie przedstawienie, bo już mam dużo lat. Spektakl "Nigdy tu nie powrócę" prezentowany był sto razy: Nowy Jork, Paryż… ale z Polski nikt nas nie zaprosił. Publiczność na różnych przedstawieniach pyta, dlaczego nie przyjeżdżamy do Polski. A przecież my jesteśmy w Polsce. Nie chodzi o to, że nie chcemy. Opinia jest taka, że jesteśmy osobami, które wolą pracować za granicą niż w kraju. To nieprawda. Zresztą cała prasa światowa uważa, że robię spektakle supernarodowe i prezentuję narodową kulturę polską. (…) Nigdy nie miałem zamiaru podróżować. Zawsze, kiedy pakuję walizki, przeklinam jedną z moich teorii: życie i sztuka to podróż. Lubię siedzieć na miejscu. Nigdy również nie chciałem być człowiekiem teatru. Byłem malarzem. Jako malarz chciałem zrobić karierę. Może zrobiłem, nie wiem. Jako człowiek teatru – nie. Wyjawiłem intymną stronę mego życia: chciałem zrobić karierę jako malarz. To tkwiło w moich działaniach. Pojechałem do Par yża, gdzie miałem dwie wystawy, trzecią w Nowym Jorku i tam zaczęła się kariera. Po czym w 1965 roku mój marszand, wielki milioner, musiał uciekać do Amer yki Południowej i na tym na szczęście moja kariera się zakończyła. Od tego czasu maluję już tylko dla siebie. Jeśli chodzi o teatr, to nigdy mi przez głowę nie przeszło, że będę robił karierę jako reżyser. To jest moje hobby, moja najbardziej intymna sprawa i dlatego pierwsze spektakle: "Mątwa", "Wariat i zakonnica", "W małym dworku" były moją prywatną działalnością. Robiliśmy je w Krzysztoforach, w takiej dziurze i nigdy mi do głowy nie przyszło, że wyjedziemy z tym gdziekolwiek.


Ostatnio napisałem, że istnieje powszechna historia teatru i prywatna historia teatru. Ja jestem elementem mojej osobistej, prywatnej historii teatru, a że ona stała się powszechna, to już nie był mój zamiar...". Rok później, po naszym ostatnim spotkaniu, planowaliśmy następne. Jednak, jak to w życiu bywa, wszelkie plany zmienia bezwzględny los. 8 grudnia 1990 roku w Krakowie, podczas prób sztuki "Dziś są moje urodziny" zmarł na zawał serca Tadeusz Kantor. Jego śmierć zakończyła pewną epokę w teatrze. Skończył się również teatr Cricot 2, mimo że po śmierci Kantora, odbyła się wcześniej zaplanowana premiera w paryskim Centrum Pompidou, a później teatr pojechał dalej do Niemiec, Włoch, Stanów Zjednoczonych. Aktorzy teatru Cricot 2 uważają, że z pustego krzesła na scenie, Kantor w dalszym ciągu kieruje swymi przedstawieniami. Ponoć nie ma ludzi niezastąpionych. Prawdę tę często potwierdza życie, ale w tym wypadku jest całkowicie inaczej. Tadeusza Kantora nie może zastąpić nikt… Człowiek, który na zawsze zmienił oblicze polskiego i światowego teatru. Z wykształcenia malarz, absolwent ASP, w czasie wojny twórca podziemnego teatru eksperymentalnego. Eksperyment – zarówno w teatrze, sztuce, jak i rzeźbie – to jego drugie imię. Aby móc swobodnie realizować własne założenia, stworzył w 1956 roku teatr Cricot 2. Był nie tylko reżyserem swoich sztuk, lecz także aktorem, wkraczającym na scenę podczas przedstawień i inscenizującym je na żywo. W pewnym sensie zainscenizował również swoją śmierć, która nastąpiła w teatrze podczas próby przedstawienia "Dziś są moje urodziny".



  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon