Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Marek Nowakowski

Aktualizacja: sty 2


Marek Nowakowski urodził się 2 kwietnia 1935 r. w Warszawie. Do 1953 r. mieszkał w podwarszawskich Włochach, nasępnie w Warszawie.

W 1958 r. ukończył wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W 1957 r. debiutował na łamach Nowej Kultury opowiadaniem „Kwadratowy”; rok później wydał pierwszy tom opowiadań — „Ten stary złodziej”. Autor licznych tomów opowiadań, kilku powieści; pisze również słuchowiska radiowe, scenariusze filmowe, utwory dla młodzieży. Poczynając od 1969 r. swoje utwory poublikuje również w pismach emigracyjnych, głównie w paryskiej Kulturze (w latach siedemdziesiątych pod pseudonimem Seweryn Kwarc). W ostatnich latach swoje książki ogłaszał jedynie w krajowych wydawnictwach niezależnych i wydawnictwach emigracyjnych.

Laureat nagród literackich: Fundacji im. Kościelskich (1968), Nagrody Wolności francuskiego Pen-Clubu (1983), Nagrody Kulturalnej „Solidarności” (1982), „Pulsu” (1982), Związku Polskich Pisarzy na Obczyźnie (1984), Fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego (1984). Od 1969 należy do Związku Literatów Polskich na Obczyźnie, od 1979 r. do czasu likwidacji Związku w 1984 r. był członkiem Prezydium Zarządu Głównego, od 1989 — członkiem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Od połowy lat siedemdziesiątych był sygnatariuszem licznych, kierowanych do władz apeli w sprawie przestrzegania swobód obywatelskich i twórczych. W 1977 r. został jednym z założycieli niezależnego kwartalnika literackiego Zapis. Od marca do czerwca 1984 r. więziony pod zarzutem „szkalowania PRL i ustroju socjalistycznego (…) we współpracy z zagranicznymi ośrodkami dywersyjnymi”.

Raport o stanie wojennym”, opublikowany w dwóch tomach przez Instytut Literacki w Paryżu w latach 1982-1983, był kilkakrotnie wydawany w kraju przez oficyny niezależne, m.in.: Niezależną Oficynę Wydawniczą „NOWA”, Warszawa 1982; Bibliotekę Wolnej Myśli, Kraków 1984; Bibliotekę Obserwatora Wojennego, Kraków 1984. Część utworów składających się na tę książkę została opublikowana w 1982 r. przez Białostocką Oficynę Wydawniczą (Marek Nowakowski, Kazimierz Orłoś, „Opowiadania wojenne”).

Raport” został przełożony na dziesięć języków (angielski, francuski, hiszpański, holenderski, japoński, niemiecki, norweski, serbski, szwedzki, węgierski) i uznany na Zachodzi za najbardziej rzetelne literackie świadectwo tego okresu dziejów Polski.

„…Mniej więcej wiadomo, jak się buduje powieść. Po staremu dobra i trafna wydaje się definicja powieści jako worka, który wszystko zmieści. Ale pojęcia nie mam, jak się robi opowiadanie albo nowelę. W wypadku Marka Nowakowskiego to chyba opowiadanie. Tu nie ma czasu, musi to chwytać od razu, dziać się na poczekaniu. Wszystkie składniki przyszłych napięć winny być zakodowane jut z brzegu. Słowem trzeba do tego zdecydowanej ręki, jak w technice akwarelowej, która spóźnionej refleksji nie znosi. Nowakowski ma, jak się mówi, swoich czytelników już od lat dwudziestu. Jednak myślę o czymś innym, o gatunku czytelnika-krótkodystansowca, umiejącego zachwycać się formą ‘short story’…”— pisał Zbigniew Florczak w miesięczniku Nowe Książki.

Najpierw zetknąłem się z „Raportem o stanie wojennym", który wydany przez Giedroycia w paryskiej Kulturze stał się na Zachodzie najbardziej wstrząsającym opisem stanu wojennego w Polsce.

Po raz pierwszy spotkałem Marka Nowakowskiego w czasie pamiętnego zebrania w 1988 r., kiedy to po długiej przerwie reaktywował się polski Pen Club w PKiN w Warszawie. Jako jedyny fotografujący, byłem wpuszczony przez Artura Międzyrzeckiego. Zrobiłem Markowi Nowakowskiemu wówczas serię zdjęć, które eksponowane były na mojej wystawie „Twarzą w twarz" w warszawskiej Zachęcie w 1989 r., w związku ze 150.leciem wynalezienia fotografii.

Od tego czasu, spotykaliśmy się wielokrotnie, szczególnie na Pl. Konstytucji w kawiarni, gdyż niedaleko mieszkaliśmy, odwiedzałem go w domu na ul. Sniadeckich w jego gabinecie, gdzie pisał.

Pamiętam spotkanie z 1991 r. w kawiarni na Starym Mieście w Warszawie, gdyż mam to nagrane, odruchowo włączyłem magnetofon. Właściwie nie umawialiśmy się, że będzie to wywiad. Kiedy nagrany materiał przepisałem, okazał się niezwykle ciekawy. Przy następnym spotkaniu pokazałem mu i zaproponowałem, że bez większych poprawek zamierzam to opublikować w Nowym Jorku, co nadało całości żywy i autentyczny charakter. Marek po krótkim wahaniu zgodzi się oraz obiecał napisać specjalnie na tę okazję opowiadanie. Powstał, dziś właściwie nieznany, osobisty tekst Marka o pisarstwie.

— Kogo czytasz?

— Mój drogi, ja czytałem setki książek. Bardzo lubiłem i lubię Stryjkowskiego, to była moja przygoda pisarska w polskiej literaturze. Mówię o moich przygodach ze Stryjkowskim sprzed lat, taką były „Głosy w ciemności" i następne książki, czyli taki tryptyk Żydowski: „Głosy w ciemności", „Austeria" i „Sen Azrila". Wspaniale, on jest starym człowiekiem, ma 85 lat i parę lat temu skończył właśnie „Echo” — znów powrót do dzieciństwa „Echo" zaczyna się w tym miejscu, gdzie się kończą „Głosy w ciemności". Zaczyna się „Echo", jak Aronek do szkoły idzie. Ta pamięć starego człowieka mnie zafascynowała, pamięć dzieciństwa, właściwie już tak przysypanego popiołem czasu. Obrzędy, ludzie, wesela, rytm małego miasteczka, świat, który już w ogóle nie istnieje.

— To, co i Singer opisuje?

— Tylko że Singer w powieściach jest marny, on jest za bardzo romansopisarz. Powieści „Spuścizna",

Dwór", czytałeś? Natomiast bywa wspaniałym nowelistą, czasami, jednym z najwspanialszych nowelistów współczesnych, takich jakich ja cenię. Cenię nowelistów ze szkoły żydowskiej, gdzie jest dużo starej mądrości. dużo wielkiej wiedzy o życiu i ludziach, kopalnia wprost! Tak jak u Babla: Benia Krzyk mówi mało, ale smacznie. Singer w opowiadaniach tak pisuje, ale chyba najciekawszą książką jest jego autobiografia, która wyszła stosunkowo późno. U nas była drukowana w odcinkach w „Odrze". Szczególnie ta część autobiografii, gdzie opisuje swoją Warszawę. Wyjechał w roku 35 jako prawie trzydziestoletni człowiek piszący w języku jidisz. Jego brat też był wspaniałyrn pisarzem. Izrael Jozua Singer. Autor powieści „Josie Kołb".

— Kto jeszcze poza Stryjkowskim?

— Był taki pisarz, późno zaczął pisać świetne opowiadania, był powieściopisarzem, poetą: Julian Wołoszynowski. Zetknęłeś się z takim?

—Nie.

— Radzę go przeczytać. Jako stary człowiek zaczął pisać opowiadania podolskie, bo on z Podola, z takiej starej szlacheckiej rodziny. Wspaniałe opowiadania z Podola. Wracał w nich do przeszłości nie tylko swojej własnej, do początków wieku, ale również zasłyszanej, do tego, co mu nianie mówiły, ojciec, dziadek. On był już znany przed wojną jako poeta, powieściopisarz, pisał o panu Twardowskim, powieść o Juliuszu Słowackim. Giedroyć wydał mu taką przedwojenną książkę w latach osiemdziesiątych, literacką historię Polski, ale to nie jest to, co mnie interesuje. Dwa cienkie tomiki

napisał i umarł. Właściwie jest bardzo mało znany. Ogółem mało stworzył. Ale to jest czarodziej przeszłości, sennych widziadeł, klechd ukrainnych, zaklęć kozackich.

Tak jak Schultz, coś podobnego...

— Schultz wspaniały!

Podobnie?

— To jest co innego, bo Wołoszynowski nabożniejsze zrobł w późnych latach, dwa tomy opowiadań. To jest taki rodzaj odkrycia, ja go odkryłem. Cieszę się, że go poznałem osobiście, nawet darzyliśmy się swego rodzaju sympatią, taki dziwny pan z innej epoki. Wysoki, chudy, laseczka bambusowa, emanacja przeszlości biła z niego. Buty golfy, wyczyszczone zawsze do lustrzanego połysku — styl przedwojennych ludzi. Był mężem znanej bardzo aktorki. Był jej mężem i ją kocha niezwykle, a była starsza od niego. Dedykował wszystkie książki swojej żonie Marii Dulęba. Nie Marii Dulębie, tylko Marii Dulęba Nie odmieniał.

Jeszcze taki był pisarz polski, mało znany, zapomniany, niewiele książek, ale bardzo dobre. Stanisław Rembek. Przed wojną zasłynął dwiema powieściami z dwudziestego roku. Batalistyczne książki. Nie chodzi o ideowość. Politykę, był żołnierzem. Wojna 20. roku widziana z pozycji kompanii, okopy, zima, ten czas martwego frontu, nad Dźwiną ten

front gdzieś stanął. Zostały teraz wznowione. Giedroyć jedną wydał w 56: „W polu". Napisał też bardzo ciekawą książkę po wojnie, o okupacji: „Wyrok na Franciszka Kłosa". Niezwykły rodzaj okupacji, szary, plugawy, ludzie nie tacy heroiczni, jednoznaczni, jak to ludzie — mieszani. Nietypowy jest bohater — kolaborant, granatowy policjant. Studium kolaboracji i alkoholizmu, świetna książka. Potem zbadałem wszystko, co się działo autentycznie, odkryłem ludzi, którzy znali Kłosa, bo był człowiek o takim nazwisku w Grodzisku Mazowieckim; on tego nie zmienił.

— To jest dobry pisarz, interesujący.

A Stachura?

—To był bardzo ciekawy pisarz, zaczynał bardzo po swojemu, oryginalnie, taką odmienną prozą, mówię o latach 59-60-61, był to wesoły chłpak i coś go zmieniło. Śpiewał, taki wędrowiec na szlaku, w dżinsach, śpiewał i grał na gitarze przyjaziołom, a potem już swoje piosenki wykonywał publicznie. Swego czasu bardzo interesował się Meksykiem, przekładał poetów francuskich. Zresztą urodzłi się we Francji. Kiedyś bardzo lubiem jego wczesną prozę, znaem go dobrze, mam nawet zegarek od Stachury. Mój się popsuł, a on był pokerzystą, miał słabość do hazardu. Wygrał kiedyś wszystkie pieniądze od graczy i jeszcze fanty mu dawali, żeby się wypłacić. Wtedy ja nie miałem zegarka i powiedział: chcesz? I mam zegarek Delbana, stary bardzo. Byłem w tym mieszkaniu, gdzie on się powiesił, w przedpokoju. Ostatni tekst „Pogodzić się z życiem" pisał już lewą ręką, bo wszedł na elektrowóz, na szczęście ten go odrzucił i ścął mu tylko palce prawej ręki. Zaczął się uczyć pisać lewą ręką i napisał piękny tekst, czysty, spokojny. Był w szpitalu i wydawao się, że jakaś normalność wróciła do niego, pogodzenie wtaśnie. Uciekł jednak stamtąd i wtedy dokonał ostatniego dzieła. Tam była jakaś tragiczna rzecz. Coś się stało. To pisanie jego ostatnie, takie dziwne, jakby nawiedzone, jakby objawienie wiary, jakby on głos słyszał, jakby był przekazicielem czegoś z góry. Zostawmy go z tym.

A co sądzisz o Redlińskim, czy zaliczasz go do swoich?

— Trudno powiedzieć, on napisał jedną książkę, więc co tu można mówić o pisarstwie, to nie jest jeszcze mnie literatura jako świat. Natomiast „Konopielka" była udaną książką, interesującą, dobrą językowo i fabularnie; stworzył język z pogranicza polsko-białoruskiego.

A Głowacki?

— Też interesujący. To jest ryzyko podbijać Nowy Jork swoją sztuką, tam jest dużo takich, co o tym marzą, tysiące, a ilu się z tych anonimów przebije, ilu zostanie — na palcach można policzyć. Pewno w tych małych pokoikach na Brooklynie siedzi pełno takich twórców, demiurgów, geniuszów przy stołach.

— A ty siedzisz w Polsce i jednego dnia znajduję w księgarni cztery twoje książki.

— Te książki są stare, wydawane w podziemi 81-87, również u Giedroycią a potem, kiedy upadł komunizm, (co jest błędne, bo on dopiero upada), zaczęli wydawać ci oficjalni wydawcy, państwowi i prywatni.

W tej Polsce wyzwolonej powstała moda, żeby wydawać książki autorów z podziemia, że to na pewno będzie chodliwe, dzięki tej aurze nieistnienia w obiegu oficjalnym dotychczas. Zaczęto wyrażać chęć wydawania tego i tamtego i tak to się zbiegło, bo teraz șię obniżyły ceny papieru i widocznie produkcja się jakaś bardziej gładka i szybka zrobiła, więc książki się zbiegły w stado. To nie jest bardzo fortunne, jak jednego autora jest za dużo. Nazywam to zbiegiem okoliczności, bo to nie jest żaden dowód, jak mówisz, popularności, ot przypadek — wydały mnie w jednym czasie cztery różne wydawnictwa. Chyba byłem czytany zawsze. Mam takązasadę, że piszę dla ludzi, chcę mieć czytelników, to moja potrzeba, ta siła mojego pragnienia jest dosyć wyraźna, takie przesłanie wyrażam w podtekście; Czytajcie mnie! Może to działa.

— Nad czym teraz pracujesz?

— Mam teraz ochotę zabawić się tym, co się wokół dzieje, znaleźć jakąś fabułę, która zmieściłaby ten niby kapitalizm z silną pozostałością komunizmu jednocześnie. Niby wszyscy wolni, niby się już czują Zachodem, a są Wschodem. To nie musi być z polskim tragizmem, koturnem i patosem, to musi być zgrywa, gdzie byłby humor, wartka fabuła i coś z oddechu, nie duszne, stłamszone, ciągle pod tym szarym niebem.Także powinna to być parodia. Parodystyczny styl, sparodiowana rzeczywistość.

Zbiór opowiadań?

— Nie wiem. Napisałm jedno opowiadanie, z którego jestem trochę zadowalony, z jego klimatu, to chciałbym ciągnąć. Opowiadanie dość długie jak na gazetę, bo drukowałem w Gazecie Wyborczej — „Trzech z planem Marshalla". Potem w sobotnio-niedzielnei Gazecie Wyborczejopowiadanie „Nakamura".

Kiedy zacząłeś?

— Poważnie traktować pisanie zacząlem w latach 57-58. Pierwsze opowiadanie wydrukowałem w Nowej Kulturze, tygodniku, który po Październiku nabrał oddechu literackiego i otwartości w stosunku do poprzedniego czasu, zamkniętego, stalinowskiego. Skończyła się ta „odwilż" szybko, jak zwykle. Tak się zaczęło moje pisanie. Potem debiut w 59, pierwsza książka „Ten stary złodziej", opowiadania o złodziejskim przedmieściu, bo to był mój świat, ja byłem w tym głęboko zanurzony.

— Chodziłeś i penetrowałeś to?

— Gdybym chodził, byłoby to frajerskie. Ja w tym byłem, ja tam żyłem!

Nie powiesz mi, że byłeś złodziejem, bandytą itp.

— Zostawmy to jako sprawę otwartą, siedziałem wtedy w więzieniu.

Wyrok?

— Jaki wyrok?! Nie mówimy o konkretach, faktem jest, że w więzieniu bylem, czyli znałem więzienia tamtych czasów, już nie istniejące więzienie Gęsiówka na ulicy Mordechaja Anielewicza, dawniej Gęsiej. Widziałem z okien swojej celi pomnik bohaterów Getta, a z innego okna widziałem jakiś blok na Muranowie, jakiś balkon i na nim suszyła się różowa bielizna damska, to wtedy był kolor tradycyjny babskich majtek, niebieski, różowy. Myśleliśmy tylko jaka to nosi klacz, młoda czy stara, to powodowało u nas pod celą (bo nie mówi się w celi) duże ożywienie.

Aje za długo chyba nie byłeś w tei celi?

— Starczyło, poznałem smak.

I to opisałeś w pierwszej książce?

— Poniekąd. Miałem także przyiaciół, kolegów z tych rewirów. Do tej pory się pojawiają, teraz spotkałem po 20 latach kolegę z tamtych czasów. Jakieś książki podpisywałem, on usłyszał nazwisko i mówi: ten Marek czy nie ten. Przyszedł i żeśmy się znów po latach zobaczyli. Taki warszawski chłopak, teraz stary chłop, urodzony też w ciekawym miejscu opiewanym przez warszawskie piosenki — U Joska na Gnojnej. Mój kolega urodził się wiaśnie na Gnojnej i tam mieszkał, to na terenie dawnego Getta, dawnej dzielnicy żydowskiej. Josek na Gnojnej miał słynny przed wojną bar, gdzie ludzie ze świata artystycznego po nocy w Adrii o świcie jeszcze do niego na kielicha szli. Tak to jest z pisaniem. Zaczyna się od przygód, dziwnych wydarzeń, później chce się to opisać. Tak się u mnie zaczęło. Impuls bezwarunkowy: napisać! Bez myślenia, co dalej. Pisanie to musi być osobista sprawa, nieważne, dla kogo się pisze. Trzeba zaczynać od potrzeby i dalej pisać z potrzeby. Nieważne, że czytelnik, wydawca, pieniądze, bo wtedy nie jest to pisanie, tylko handel, komercja, pisanie pod publikę. Teraz w ogóle komercializm ogarnął świat. Polacy szczególnie w tym zapóźnieni, więc nadrabiają. Jeden udziela elekciarskich wywiadów, niby jakiś wieszcz, co najmniej Tomasz Mann, drugi kombinuje tak, trzeci inaczej, czwarty czytelnika zbulwersować pragnie jakimś seksem, szokiem politycznym czy innym, to nie literatura, to jest kram z towarami.

Normalne, ale to nie jest wzorzec dla mnie i nie będzie nigdy. Pierwsza rzecz to dla siebie, potem mieć czytelników. Jeśli myślę, jak tu mieć czytelników, to nie jestem pisarz tylko gówniarz pisarski. Pisarz to jest zresztą słowo, które siedzi obok dużych dwuznaczności: bo jest pisarz, pisuar i piskorz.

A jak została przjęta proza Kosińskiego po wydaniu w Polsce?

— Był tu bardzo popularny, wzbudził duże ożywienie, ale jak słyszăłem z jakiegoś wieczoru autorskiego, młodzież fascynowało głównie, jak on karierę zrobił. Jak gdyby pozaliteracka fascynacja, że przybył ktoś z topu pisarskiego Ameryki, Polak, nasz człowiek, więc jak on to zrobił. Biznes teraz zaczyna dominować. Zresztą nie znam twórczości Kosińskiego, tylko jedną książkę czytałem, więc nie mogę się wypowiedzieć wartościująco. Czytałem tylko „Kroki".

— Ale idźmy dalej.

— Dalej to się dzieje tak: pisanie zaczyna przeważać nad życiem czynnym, znaczy stół i papier zaczyna się robić najważniejszą sprawą. Mówiono o tym pisaniu tyle, jak to się zaczyna i jak się kończy, często niestety klęską ambitnych pragnień, nie warto o tym mówić, każdy coś innego o tym powie, i tak to nie będzie prawdą. To jakaś choroba, nałóg. Może obsesja, może kompleksy. Papierosy, narkotyki, wódka, kobity, pisanie...

— Jeden z nałogów?...

— Może. Także czsto podawano przyczyny poczciwe: dawać świadectwo widzialnemu światu, wymierzać sprawiedliwość, być świadkiem swego czasu, takie zdrowe społecznie takie moralnie krzepiące, ale nie wiem, czy to jest prawda.

A w twoim przypadku?

— Nie mam pojęcia.

Czy to nagle nastąpiło?

— Tak, u mnie początek był nagły, rodzaj takiej eksplozji, szybko i łatwo na początku pisałem, ale na ogół jest to żmudna pisanina, nie wierzmy, że to dzieje się na skrzydłach. Ja lubię język, cenię język. Język określa człowieka. Nie taki język zobiektywizowany, wytarty, bezosobowy, ale własny. Wtedy człowiek ma zdolność komunikowania się ze światem, nie ulega stereotypom operując jakimś językiem konwencjonalnym, ogólnym, powielanym. W jakiś sposób wyraża siebie.

Niektórzy mówią, że wszystko stanie się komercjalne, upadnie...

Myślę, że jest to bolesny okres, przez który musi przejść literatura, okres nadmiernej, często wulgarnej komercjalizacji. Będzie przez jakiś czas zalew literatury typu sensacja i porno, czego brak było i musi się to wyrównać, to będzie śmieszne, i będzie to wypierało literaturę lepszą ale może i dobrze. Może skróci nadmierną wielosłowność, pusty patos i narcyzm polskiej literatury. Pisarz nie interesował się dalszymi losami książki, podobnie wydawnictwa. Może się zmieni. Wszystko jest teraz przejściowe. To jest budowanie z niczego.

Czy bieda nie spowoduje, że ludzie będą mniej kupować?

Na pewno czeka nas parę lat biednych. Pozostał w dodatku z dawnych czasów brak aktywności, gorycz, zmęczenie, pesymizm. Typowe choroby ludzi przez tyle lat zniewolonych, zatrutych. Wyleczyć się z tego, odtruć, wynormalnieć. To ciężka i trudna droga. Ale przecież trzeba próbować. Mieć nadzieję.

Inaczej wszystko straci sens.

Powstała niezwykle prestiżowa Nagroda Literacka im. Marka Nowakowskiego, która corocznie od 2017 r. jest przyznawana przez Kapitułę w porozumieniu z Jolantą Zabarnik-Nowakowską wdową po Marku Nowakowskim.


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon