Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Jerzy Ficowski


„…Poezja nie jest zajęciem. To odświętne chwile. Wiersz się zdarza...“ –Jerzy Ficowski. Jerzy Ficowski (ur. 4 września 1924 w Warszawie, zm. 9 maja 2006 w Warszawie, pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie) – poeta, eseista, autor tekstów piosenek, prozaik, tłumacz.

Podczas II wojny światowej był więźniem Pawiaka (1943), walczył w powstaniu warszawskim jako żołnierz pułku AK „Baszta”. Absolwent Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Warszawskiego (filozofia i socjologia) 1950.

Debiutował w 1948 tomikiem Ołowiani żołnierze. W latach 1948–1950 wędrował razem z taborem cygańskim. Przełożył i opublikował pieśni cygańskiej poetki Papuszy. Był znawcą ludowej poezji żydowskiej (opublikowanej w tomie Rodzynki z migdałami, 1964) oraz odkrywcą i poularyzatorem twórczości Brunona Schulza. Przetłumaczył wiersze młodego Leśmiana z rosyjskiego na polski (Pochmiel ksieżycowy: wiersze rosyjskie, Czytelnik, 1987).

Od 1960 roku pisał też teksty piosenek, które zyskały popularność. Śpiewali je m.in. tacy artyści, jak: Anna German, Halina Kunicka, Jerzy Połomski, Maryla Rodowicz, Irena Santor, Jarema Stępowski.


Na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie otrzymał II nagrodę za piosenkę Woziwoda (1961) i III nagrodę za Jadą wozy kolorowe (1970), a na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu zdobył wyróżnienie za Balladę cygańską (1963).

W 1977 dostał nagrodę polskiego Pen Clubu. Po podpisaniu w 1975 listu 59, został objęty zakazem druku do 1980. Członek KOR. Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Nagrody i odznaczenia: Nagroda Fundacji Alfreda Jurzykowskiego w Nowym Jorku (1983), Nagroda Literacka Izraela (1986); Krzyż Walecznych 1944, tytuł Człowieka Pogranicza (nadany przez Fundację Pogranicze Sztuk, Kultur, Narodów 1999), Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (2004).

Autor ponad 40 książek (poezja, proza, eseje etnograficzno-historycznego o Cyganach, prace literacko-biograficzne poświęcone B.Schulzowi, opracowania edytorskie dzieł B.Schulza, literatura dla dzieci); utwory oryginalne: baśnie cygańskie „Gałązka z drzewa słońca” 1961, monografia „Cyganie na polskich drogach” 1965, szkice o B.Schulzu „Regiony wielkiej herezji” 1967, opowiadania fantastyczne „Czekanie na sen psa” 1970, poezje: „Odczytanie popiołów” 1979, „Śmierć jednorożca” 1981, „Wszystko to czego nie wiem” 1999; przekłady utworów poetyckich z języków: rumuńskiego, rosyjskiego, jidysz, cygańskiego. Jego książki tłumaczone były na język: angielski, francuski, włoski, niemiecki, szwedzki, japoński, hebrajski.


Autor poezji: Ołowiani żołnierze (1948), Zwierzenia (1952), Po polsku (1955), Moje strony świata (1957), Makowskie bajki (1959), Amulety i defilacje (1960), Pismo obrazkowe (1962), Ptak poza ptakiem (1968), Odczytanie popiołów (1979), Errata (1981), Śmierć jednorożca (1981), Przepowiednie. Pojutrznia (1983), Inicjał (1994), Mistrz Manole i inne przekłady (2004), Zawczas z poniewczasem (2004), Pantareja (2006).

Pierwsze portrety Jerzego Ficowskiego zrobiłem 18 września 1988 r. w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, gdzie odbyło się niezwykłe zebranie pisarzy i poetów PEN Clubu, bo czas był niezwykły, przywracające pEN Club do życia. Przyleciałem akturat w tym czasie z Nowego Jorku do Warszawy, spotkałem się z Arturem Międzyrzeckim i on dał mi jako jedynemu zgodę na zdjęcia w tym czasie i miejscu. Pierwszy portret Jerzego Ficowskiego, właśnie tam zrobiony, znalazł się na mojej wystawie pt. TWARZĄ w TWARZ w Galerii Norodowej Zachęta w Warszawie, na rocznicę 150.lecia wynalezienia fotografii. Jerzy Ficowski przyszedł na wernisaż do Zachęty 13 stycznia 1989 r.


Po latach, już na prawdziwą sesję 14 października 2001 r., odwiedziłem Ficowskiego w jego niezwykłym mieszkaniu przy placu Inwalidów 4/6/8 w Warszawie, gdzie mieszkał z żoną Elżbietą. Muszę powiedzieć tak, byłem w wielu niesamowitych wnętrzach, ale mieszkanie Ficowskiego, to zjawisko. Oprócz portretów Ficowskiego w tym właśnie wnętrzu, gdzie powstawały książki, które potem podbijały świat, zrobiłem niezliczoną ilość zdjęć samego wnętrza. Kilka w załączeniu, ale myślę, że będzie kiedyś szansa pokazania większej ilości na wystawie.

Po wszystkim wymieniliśmy się książkami, napisał wówczas „Mistrzowi Czesławowi Czaplińskiemu model z podbitym okiem – czyli wdzięczny Jerzy Ficowski (podpis) Warszawa 14 paźdz. 2001” napisał na książce „Gałązka z Drzewa Słońca”.


Dwa miesiące później, otrzymałem do Nowego Jorku odpowiedzi na zostawione pytania, które po raz pierwszy zamieszczam teraz.

—Czesław Czapliński: Pierwsze zapamiętane wspomnienie?

Jerzy Ficowski: Domyślam się, że w temacie, który mi został zadany, kryje się sens taki: wspomnienie z najdawniejszych moich lat, zachowane do dziś w pamięci.

Letni poranek, a może wiosenny? Kiedy to było? We wczesnym dzieciństwie, więc poza czasem, w olśnieniu zanurzonym w wiekuistości — bez początku i bez końca. Są przy mnie dwa zjawiska: jedno bardziej moje niż ja matka spoczywająca w pościeli, w jej objęciach ja, więc w samym ośrodku zacisznej i bezpiecznej przytulności; drugie to objawienie nigdy chyba wcześniej tak nie widzianego świtania, ogarniającego niebo za oknem truskawkową barwą i słodyczą. Nie znałem takiego początku dnia, takiego cicho tryumfującego wschodu, któremu zaczyna wtórować wielogłos ptaków.

Byłem wtedy śpiochem (co pozostało mi do dziś) i w letnie ranki oglądałem otwierając oczy dzień już zazwyczaj w innych kolorach, niebo często pogodne, ale ostygłe ze swych najwcześniejszych różowości. Gdybym częściej miał okazję uczestniczyć w takich olśniewających spektaklach pewno zapomniałbym o tym pierwszym. Ale on pozostał mi w pamięci jako jedyny, niepowtarzalny.

Matka moja pierwsza miłość, świt — moje pierwsze olśnienie. Dołączyłem wtedy — malec — do chóru dziękczynnego ptaków — i zaśpiewałem jak one, bez słów, których jeszcze nie znałem. Tego wokalnego szczegółu nie ocaliłem w pamięci samodzielnie, przypomniała mi go Matka. Tak uczestniczyłem wówczas po swojemu w modlitwie przebudzonego świata, w jedynej dostępnej mi modlitwie.

Zresztą wspomnienia, używane zbyt często, zmieniają się z czasem, stają się wspomnieniem wspomnienia, później — wspomnieniem wspo anych wspomnień... I mimo to do dziś świecą swoim pierwotnym blaskiem, który oby do końca zechciał mi rozświetlać mnożące się wokoło ciemności.


—Cz.Cz.: Niespełniona miłość?

—J.F.: Każda niespełniona miłość jakoś się spełnia ukradkiem, więc nieco inaczej niż było w zamiarze czy w nadziei, ale jednak się spełnia. Mam na myśli taką miłość, która u zamkniętych bram do Ogrodu Spełnień sieje pod jego bokiem sąsiedzkie ogródki, czerpiąc z siebie zapał na nieco odmienne ale pokrewne pragnienia, na wcielanie ich w życie.

Taki były moje trochę sterowane z zewnątrz — próby i zamysły pod znakiem Muz, głównie tych, co patronują muzyce i malarstwu. Miałem wg Ojca zostać czymś w rodzaju Jacka Malczewskiego, jeśli nie Matejką, a wg Matki Chopinem, Carusem albo co najmniej Paderewskim. Te życzenia i wróżby były głównie rodem z marzeń i zachcianek rodziców, ale i ja miałem w tym swój udział, wypróbowując własne zdolności i jeszcze bardziej własne lenistwo, aby w końcu odrzucić tamte pokusy i wybrać poezję.

Kuzyn Ojca, student malarstwa i rzeźby, który znad poleskiej Prypeci przyjechał tutaj, uczył mnie, dwunasto-trzynastolatka rysowania z modelu ołówkiem, pastelami, węglem — podobizny muszli morskiej, której nie pozwoliłem zdegradować do rangi popielniczki; portretu mojej lewej dłoni; wizerunku samowara z powyginaną jak w krzywym lustrze twarzą autora odbitą w lśniących krzywiznach, wypukłościach i wklęsłościach; konterfekt „starej Gonerkowej” po odpuszczeniu memu dziadkowi grzechu, że „chłopu szlachecką ziemię sprzedał”; białego kota, zdobnego w rzucik czarnych pcheł...

To był najpierw przymus, te zajęcia, ale rychło zaczął się przemieniać w miłostkę, a ta — w miłość, dopóki nie położyła kresu tym kolorowym igraszkom i zalotom eksplozja o świcie, która okazała się początkiem drugiej wojny światowej. A podobno byłem obiecująco zdolny.

Tak też skończyły się muzyka, śpiew, nauka gry na pianinie, które Matka kupiła dla mnie i mojej Siostrzyczki, zarabiając po nocach pisaniem na maszynie. Mojej dojrzewającej miłości do muzyki sprzyjał mój „słuch absolutny”, pamięć muzyczna i dusza małego melomana. Nie starczyło zapału, czasu i środków; skończyły się lekcje, odeszła Panna Zofia, Anioł Stróż naszych gam, palcówek i pierwszych etiud, a we wnętrzu pianina zaczęły się lęgnąć złote mole.


Wreszcie i tu wojna roztrzygnęła sprawę ostatecznie, a nieco wcześniej motyle, chrząszcze, cuda entomologii zarezerwowały mój wolny od szkoły czas dla siebie. Śpiewałem swoim donośnym niegdyś głosem coraz rzadziej i ciszej, aby nie płoszyć motyli.

Tak oto, nie chroniczny brak wzajemności ze strony sztuk, do których się zbliżałem, przesądził o niespełnieniu tych miłości, usilnie we mnie zaszczepianych.

Cóż zostało? Gdzie te sąsiedzkie ogródki, obsiewane tuż przy zamkniętym Ogrodzie Spełnień? Powstały moje książki o boskim malarzu, Witoldzie Wojtkiewiczu, o genialnym Brunonie Schulzu. Moja nie wygasła miłość do muzyki, do malarstwa.

Zostałem poetą. Tylko jedna miłość może się w życiu spełnić. Nie mnie mówić o tym, ile muzyki wystukiwanej przed tylu-tylu laty na domowym pianinie odezwało się echem w moich wierszach, ile kolorów z pierwszych rysunków w nich się znalazło. Ta miłość, pełna i wierna, żadnych niespełnionych konkurentek się nie wypiera.


—Cz.Cz.: Czym jest dla mnie przemijanie?

—J.F.: To zależy, co przemija. Jeśli ból — choćby tylko zęba — to niech przemija. Jeśli cierpienie ponad moje siły — niech nie zwleka i przemija choćby razem ze mną.

My, malarze, muzycy, fizycy, poeci, fotograficy, filmowcy, biologowie zabiegamy o trwałość nietrwałego świata. Wiemy, że nic nie wynika z prób zatamowania czasu, nic dobrego ani złego. Całe Pompeje wiedzą o tym. Ale my, nie przyznając się do tego grzechu, ukrywamy w sobie postanowienie nieśmiertelności.

I choć przemijanie znosi nas swoim nurtem do jezior niebytu i niepamięci, z nich wyłaniają się nowe przedmioty przyszłych przywiązań. Czas jest tyleż stwórcą, co mordercą, żywiołem dobra i zła zarazem. Bo nieprawda, że mija to, co zasłużyło na ten los, a pozostaje, co jest godne ocalenia. Nic nie jest godne, nic nie zasługuje. Narodziny i śmierci są w równej mierze napędem tego świata. Nieprzemijalność, niewyobrażalna, nazywa się też Końcem Świata. I tego, przed którym chcielibyśmy się skryć, i tego, za którym tęsknimy.

Te lęki właśnie, smutki i ten strach, a i to wszystko na co czekamy zachwyt, miłość, piękno — to są nieodzowne składniki tego naszego świata, tak odwiecznego, a tak dla każdego z nas krótkotrwałego jak my. Nie z czegokolwiek innego, ale właśnie z tych nadziei i beznadzei - rodzi się sztuka, a w niej — najbliższa mi, najniezbędniejsza — mało komu potrzebna, poezja — córa wyrodna przemijania.


Już po śmierci Jerzego Ficowskiego 20 sierpnia 2006, razem z wdową Elżbietą Ficowską, odwiedziłem przepiękny dom letni w Wildze, gdzie Ficowski jeździł w ciszy pracować. Miał obok swojego domu wóz cygański, pięknie ozdobiony. Muszę powiedzieć, że wnętrze również niczego sobie. Zmieniło to moje pojęcie o wędrujących Cyganach, k†rymi właśnie zajmował się Ficowski i pisał we wstępie do książki „Cyganie w Polsce” : „…Wśród grup etnicznych przebywających od stuleci w Polsce Cyganie stanowią element najbardziej egzotyczny i intrygujący, a zarazem najmniej znany otoczeniu i badaczom folkloru. Ich zamknięte przed światem zewnętrznym szczepowe i rodowe wspólnoty, kultywujące swe tradycyjne obyczaje, rządzące się własnymi prawami, porozumiewające się sobie tylko znanym językiem – przetrwałym w żywej mowie – nie dopuszczają do wtajemniczeń w sekrety swego bytowania. Ich kontakty z przedstawicielami obcego im świata ograniczają się przede wszystkim do prac zarobkowych i zabiegów mających na celu zdobywanie środków do życia. Tej cygańskiej izolacji i odrębności strzegą – z dwóch stron niejako – ich własna, uzasadniona doświadczeniami nieufność oraz nierzadka niechęć otoczenia, wyrosła z zabo- bonnych jak i realnych obaw, a także ze zwykłej ksenofobii. (…)

Osobliwy to lud, kontynuujący swoje odwieczne koczownictwo w środku cywilizowanej Europy, w dobie rewolucji przemysłowej. Nie tylko on zapomniał o swej przeszłości. Również historia jak gdyby przeoczyła go i nie udzieliła nam nawet odpowiedzi na takie zasadnicze pytanie, jak, skąd i kiedy Cyganie przebyli, gdzie była ich praojczyzna. I oto sami Cyga- nie już wkrótce po wejściu do obcych dotychczas sobie krain próbowali niejako rozproszyć tę powszechną niewiedzę baśnią-legendą o pochodzeniu z Egiptu. I choć znacznie później historii przyszło w sukurs językoznawstwo porównawcze, by całkiem odmiennie i wreszcie bezspornie ustalić na mapie świata kolebkę tego ludu i szlaki jego wielkiej wędrówki, w nazewnictwie pozostał trwały ślad owej egipskiej baśni: choćby nazwa angielska – Gypsies, hiszpańska – Gitanos, francuska – Gitanes, słowa o przejrzystej etymologii. (…) „Demoniczna” – wyrosła w lęku przed „siłą nieczystą”, widzi w Cyganach plemię czarnoksiężników wyposażonych w nadprzyrodzone moce i budzących zabobonny lęk. „Przestępcza” – traktująca społeczność cygańską jako zespół zorganizowanych grup zawodowych kryminalistów. „Operetkowa” – ckliwo-sentymentalna, przypisująca Cyganom cechy romantycznych wędrowców żyjących muzyką i umiłowaniem natury. Zazwyczaj mamy do czynienia z mieszanką wszystkich wymienionych wyobrażeń, połączonych w różnych pro- porcjach, ale z reguły nacechowaną całkowitą nieznajomością prawdziwego oblicza tego ludu…”.



Właśnie w tym domu letnim w Wildze, gdzie Ficowski pojechał, umarł 9 maja 2006 r. Pani Elżbieta Ficowska z którą chodziłem po domu i otoczeniu, powiedziała mi, że kilka godzin przed śmiercią Jerzy zadzwonił i powiedział, że chodzi po lesie i czuje się znakomicie. Kiedy nie odbierał telefonu i zaniepokojona pojechała do Wilgi, znalazła martwego męża. Powiedziała, że koło łóżka i nocnej lampki, był mały notes z ważnymi adresami. Otworzyłam notes – powiedziała Ficowska – była jedna wizytówka – niech pan zgadnie czyja? Nie mam pojęcia? Pana.


PORTRAIT with HISTORY Jerzy Ficowski "... Poetry is not a job. These are festive moments. A poem happens ... "- Jerzy Ficowski. Jerzy Ficowski (born on September 4, 1924 in Warsaw, died on May 9, 2006 in Warsaw, buried in Aleja Zasłużonych at the Military Cemetery in Powązki in Warsaw) - poet, essayist, songwriter, prose writer, translator. During World War II he was a prisoner of Pawiak (1943), he fought in the Warsaw Uprising as a soldier of the Home Army regiment "Baszta". A graduate of the Faculty of Humanities at the University of Warsaw (philosophy and sociology) 1950.  He debuted in 1948 with the volume of Lead Soldiers. In the years 1948–1950 he wandered along with the Gypsy fleet. He translated and published songs of the gypsy poet Papusza. He was an expert on Jewish folk poetry (published in the volume of Raisins with almonds, 1964) and a discoverer and poularizer of the work of Bruno Schulz. He translated the poems of young Leśmian from Russian to Polish (Pochmiel moon: Russian poems, Czytelnik, 1987). From 1960, he also wrote song lyrics that became popular. They sang them such artists as: Anna German, Halina Kunicka, Jerzy Połomski, Maryla Rodowicz, Irena Santor, and Jarema Stępowski. At the International Song Festival in Sopot, he received the 2nd prize for the song Woziwoda (1961) and the 3rd prize for Jada colored carts (1970), and at the Polish Song Festival in Opole he received an honorable mention for the Gypsy Ballade (1963).


In 1977 he received the Polish Pen Club award. After signing in 1975 letter 59, he was banned from printing until 1980. Member of KOR. He was a member of the Polish Writers' Association. Awards and distinctions: Alfred Jurzykowski Foundation Award in New York (1983), Israel Literary Award (1986); The Cross of Valor 1944, the title of Borderlander (awarded by the Borderland of Arts, Cultures, Nations 1999 Foundation), the Commander's Cross with the Star of the Order of Polonia Restituta (2004). Author of over 40 books (poetry, prose, ethnographic and historical essays on Gypsies, literary and biographical works on B. Schulz, editorial works of B. Schulz, children's literature); original works: Gypsy fairy tales "The Glazed Tree of the Sun" 1961, monograph "Gypsies on Polish roads" 1965, sketches about B. Schulz "Regions of the Great Heresy" 1967, fantastic stories "Waiting for the dog's dream" 1970, poetry: "Reading the ashes" 1979, "Death of a Unicorn" 1981, "Everything I Don't Know" 1999; translations of poetic works from the following languages: Romanian, Russian, Yiddish, and Gypsy. His books have been translated into English, French, Italian, German, Swedish, Japanese and Hebrew. Author of poetry: Lead soldiers (1948), Animals (1952), Polish (1955), Moje Strony świata (1957), Makowskie fairy tales (1959), Amulets and defilations (1960), Picture writing (1962), Bird outside the bird ( 1968), Reading of ashes (1979), Errata (1981), Death of a unicorn (1981), Prophecies. Pojutrznia (1983), Inicjł (1994), Master Manole and other translations (2004), Zawczas z poniewczasie (2004), Pantareja (2006). I made the first portraits of Jerzy Ficowski on September 18, 1988 at the Palace of Culture and Science in Warsaw, where an extraordinary meeting of writers and poets of the PEN Club took place, because the time was extraordinary, bringing the pEN Club back to life. I arrived at the time from New York to Warsaw, I met with Artur Międzyrzecki and he gave me the only permission for photos at that time and place. The first portrait of Jerzy Ficowski, made there, was on my exhibition entitled FACE at FACE at the Zachodni Gallery in Warsaw, for the anniversary of the 150th anniversary of the invention of photography. Jerzy Ficowski came to the vernissage to Zachęta on January 13, 1989.


After years, for a real session on October 14, 2001, I visited Ficowski in his unusual apartment at 4/6/8 Inwalidów Square in Warsaw, where he lived with his wife Elżbieta. I have to say yes, I was in many amazing interiors, but Ficowski's apartment is a phenomenon. In addition to Ficowski's portraits in this interior, where books were created that later conquered the world, I took countless photos of the interior itself. A few attached, but I think there will be a chance to show more at the exhibition someday. After all, we exchanged books, he wrote then to "Master Czesław Czapliński a model with a black eye - grateful Jerzy Ficowski (signature) Warsaw 14 Oct. 2001 "he wrote on the book" Gałązka z Drzew Tree Sun ". Two months later, I received answers to the questions left to New York, which I am posting for the first time.


—Czesław Czapliński: The first remembered memory?

—Jerzy Ficowski: My guess is that in the topic I was asked there is a sense: a memory from the earliest of my years, preserved to this day. Summer morning or maybe spring? When was it? In early childhood, so beyond time, in dazzle immersed in eternity - without beginning and without end. There are two phenomena with me: one more mine than me, my mother resting in bedding, I embrace her, so in the very center of a quiet and safe cosiness; the second is the revelation of a never-seen-before dawn, embracing the sky outside the window with strawberry color and sweetness. I did not know the beginning of the day, such a quietly triumphant sunrise, which is echoed by the polyphony of birds. At that time I was a sleepyhead (which remains to this day) and watched in the summer mornings opening the day usually already in different colors, the sky often sunny, but cool with its earliest pinks. If I had the opportunity to participate in such dazzling performances more often, I would definitely forget about the first one. But he remained in my memory as the only one, unique. Mother my first love, dawn - my first dazzle. At that time - the boy - I joined the choir of birds thanks - and sang like them, without words I didn't know yet. I did not save this vocal detail on my own, my mother reminded me. That is how I participated in my own prayer in the awakened world, in the only prayer available to me. Besides, the memories, used too often, change with time, become memories of memories, later - memories of memories ... And yet they still shine with their original splendor, which I would like to light up the multiplication of darkness to the end.


—CzC .: Unrequited love?

—J.F .: Every unfulfilled love is somehow fulfilled surreptitiously, so slightly different than it was intended or hoped, but it still fulfills itself. I mean the love which, at the closed gates to the Garden of Fulfillment, sows neighborly gardens under its side, drawing enthusiasm for slightly different but related desires, for putting them into practice. These were my somewhat controlled from the outside - trials and thoughts under the sign of Muses, mainly those who patronize music and painting. According to my father, I was to become something like Jacek Malczewski, if not Matejko, but according to my mother Chopin, Carus or at least Paderewski. These wishes and fortune-telling were mainly from my parents' dreams and whims, but I also took part in it, testing my own abilities and even more laziness to finally reject those temptations and choose poetry.

Father's cousin, a student of painting and sculpture who came from the Pripyat region in Poland, taught me, a twelve-thirteen-year-old model, how to draw with a pencil, pastel, charcoal - the image of a sea shell, which I did not allow to be demoted as an ashtray; portrait of my left hand; the image of a samovar with the author's face bent as in a crooked mirror, reflected in shiny curves, protuberances and concavities; the counterfact of "old Gonerkowa" after forgiving my grandfather of sin that "he sold noble land to the peasant"; a white cat, decorated with a flea of ​​black fleas ... It was first a compulsion, this activity, but soon it turned into a love affair, and this - into love, until it put an end to these colorful frolics and courtship, the explosion at dawn, which turned out to be the beginning of the Second World War. And apparently I was promisingly capable. That's how the music, singing and piano lessons ended, which my mother bought for me and my little sister, earning typing at night. My "absolute hearing", musical memory and soul of a music lover favored my growing love of music. There was not enough enthusiasm, time and resources; lessons ended, Miss Zofia, the Guardian Angel of our ranges, fingers and first etudes, and golden moths began to grow inside the piano. Finally and here the war settled the matter finally, and a little earlier butterflies, beetles, wonders of entomology reserved my free time from school for themselves. I sang in my once loud voice less and less often, so as not to frighten the butterflies.


Thus, the chronic lack of reciprocity on the part of the arts I was approaching determined the failure to fulfill these loves, which were strongly instilled in me. What is left Where are these neighborly gardens planted right next to the closed Garden of Fulfillment? I wrote my books about the divine painter, Witold Wojtkiewicz, about the brilliant Bruno Schulz. My love for music and painting has not expired. I became a poet. Only one love can come true in life. I am not talking about how much music played so many years ago on a home piano echoed in my poems, how many colors from the first drawings were in them. This love, full and faithful, does not deny any unfulfilled competitors.


—Cz. Cz .: What is transience for me?

—J.F .: It depends what passes. If the pain - even just a tooth - let it pass. If suffering is beyond my strength, do not hesitate and pass away even with me. We, painters, musicians, physicists, poets, photographers, filmmakers, biologists, strive for the permanence of an impermanent world. We know that nothing comes from trying to stop time, nothing good or bad. All Pompeii knows this. But we, while not admitting this sin, hide the resolution of immortality. And although the passing of time carries us with its current to the lakes of non-existence and oblivion, from them new objects of future attachments emerge. Time is as much a creator as a murderer, an element of good and evil at the same time. Because it is not true that what has deserved this fate, and remains, which is worth saving. Nothing is worthy, nothing deserves. Birth and death are equally the engine of this world. Impermanence, unimaginable, is also called the End of the World. And the one we want to hide from and the one we miss. These fears, sorrows and this fear, and all that we are waiting for admiration, love, beauty - these are indispensable components of our world, so eternal, and for each of us as short-lived as we are. Not from anything else, but from these hopes and hopelessness - art is born, and in it - the closest to me, the most necessary - hardly anyone needs it, poetry - the daughter of the transient.



Already after Jerzy Ficowski's death on August 20, 2006, together with the widow Elżbieta Ficowska, I visited a beautiful summer house in Wilga, where Ficowski went to work in silence. He had a gypsy car next to his house, beautifully decorated. I must say that the interior is also good. This changed my notion of wandering Gypsies, which Ficowski was just taking care of and wrote in the introduction to the book "Gypsies in Poland": "... Among ethnic groups living in Poland for centuries, Gypsies are the most exotic and intriguing element, and also the least known environment and folklore researchers. Their tribal and ancestral communities closed to the outside world, cultivating their traditional customs, governed by their own laws, communicating only in a known language - persistent in live speech - do not allow initiations into the secrets of their existence. Their contacts with representatives of a world foreign to them are limited primarily to gainful work and efforts aimed at gaining a means of living. This gypsy isolation and separateness is guarded - on two sides - by their own, distrust justified by experience and often reluctance of the environment, grew out of both superstitious and real fears, as well as ordinary xenophobia. (...) It is a peculiar people, continuing their age-old nomadism in the middle of a civilized Europe in the age of the industrial revolution. Not only he forgot about his past. Also, history as if it overlooked him and did not even answer us such a fundamental question as how and where the Gypsies went, where their ancient homeland was. And here, Cyga - not soon after entering foreign lands, they tried to dispel this widespread ignorance of the fairy tale legend of origin from Egypt. And although much later history comparative linguistics came to the rescue, to quite differently and finally uncontestedly establish the cradle of this people on the world map and the routes of its great journey, the names of the Egyptian fairy tale remained: even the English name - Gypsies, Spanish - Gitanos, French - Gitanes, words with clear etymology. (...) "Demonic" - she grew up in fear of "unclean power", she sees in a gypsy tribe of wizards equipped with supernatural powers and arousing superstitious fear. "Criminal" - treating the Gypsy community as a team of organized professional groups of criminals. "Operetta" - sentimental and sentimental, attributing to the Gypsies the features of romantic wanderers living music and love of nature. Usually we are dealing with a mixture of all these ideas, combined in various proportions, but usually characterized by complete ignorance of the true face of this people ... ". It was in this summer house in Wilga, where Ficowski went, that he died on May 9, 2006. Mrs. Elżbieta Ficowska with whom I walked around the house and surroundings, told me that a few hours before his death Jerzy called and said that he walks in the woods and feels great . When he did not answer the phone and, worried, she went to Wilga, she found a dead husband. She said that next to the bed and bedside lamp, there was a small notebook with valid addresses. I opened the notebook - said Ficowska - there was one business card - guess whose? I have no idea? Yours.









  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon