Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Franciszek Starowieyski

Aktualizacja: lip 6


Franciszek Andrzej Bobola Starowieyski (ps. Jan Byk) (ur. 8 lipca 1930 w Bratkówce koło Krosna, zm. 23 lutego 2009 w Warszawie, pochowany na cmentarzu w podwarszawskich Laskach) – artysta malarz, grafik, rysownik, scenograf, kolekcjoner dzieł sztuki.

Pochodził z rodziny szlacheckiej, pieczętującej się herbem Biberstein.

W latach 1949-1952 studiował malarstwo w ASP w Krakowie u Wojciecha Weissa i Adama Marczyńskiego, a następnie w ASP w Warszawie u Michała Byliny, gdzie uzyskał dyplom w 1955.

Popularność zyskał w latach 60. Serią plakatów teatralnych i filmowych. Zajmował się malarstwem, plakatem, grafiką użytkową, scenografią teatralną i telewizyjną. Był twórcą tzw. teatru rysowania. Jego malarstwo cechowały fascynacja ciałem kobiecym o rubensowskich kształtach, zmysłowością oraz refleksja nad przemijaniem i śmiercią. Wielokrotnie wystawiał w galeriach i muzeach w Polsce oraz Austrii, Belgii, Francji, Holandii, w Kanadzie, Szwajcarii, USA, we Włoszech i in. Był laureatem wielu nagród, m.in.: Grand Prix na Biennale Sztuki Współczesnej w Sao Paulo (1973), Grand Prix za plakat filmowy na festiwalu w Cannes (1974), Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu w Paryżu (1975), Annual Key Award gazety „Hollywood Reporter” (1975-1976), nagrody na Międzynarodowym Biennale Plakatu w Warszawie i na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago (1979-1982).


W swoich „teatrach rysowania” łączył obydwie sztuki w jedną, „spektakl sztuk wszelakich”, zjawisko medialne, w których taką samą wartością artystyczną jest sam akt tworzenia, jego elementy widowiskowe i – dzięki erudycji autora – literackie, jak i samo dzieło w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. W obrazach Starowieyskiego świat realny łączył się z tworami jego wręcz „niepohamowanej” wyobraźni, a jego twórczość ostentacyjnie nawiązywała do starych XVII-wiecznych mistrzów i była przesycona groteską oraz humorem. Obraz Divina Polonia Rapta Per Europa Profana, co znaczy: „Boska Polska porwana przez świecką Europę” wystawiony w polskim przedstawicielstwie w Unii Europejskiej w Brukseli (1998) wywołał wiele kontrowersyjnych ocen.

W 1994 otrzymał Nagrodę „Złotej Maski” za scenografię do komediodramatu „Ubu Król czyli Polacy Krzysztofa Pendereckiego” w Teatrze Wielkim w Łodzii, a w 2004 Nagrodę Ministra Kultury w dziedzinie sztuk plastycznych. W 2005 został odznaczony przez ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Starszy brat księdza Marka Starowieyskiego. Małżonek Ewa Starowieyska (1930-2012), scenografki. Jego synem jest malarz i rysownik Antoni Starowieyski (ur. 1973).

Wystąpił jako bohater filmu Pupuzińskiego „Bykowi chwała”, zagrał też u Andrzeja Wajdy w „Dantonie” i u Krzysztofa Zanussiego w „Strukturze kryształu”.

Tworzył w Warszawie, Paryżu i Nowym Jorku, wykładał w Berliner Hochschule der Kunste (1980) i na Europejskiej Akademii Sztuki w Warszawie (od 1993 roku). Brał udział w ponad 200 wystawach krajowych i zagranicznych, między innymi jako pierwszy i jedyny Polak miał indywidualną wystawę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku w 1985 roku, na której towarzyszyłem mu z aparatem w ręku.

—Tu wydaje mi się, że jestem wolny. Popatrz, jaki niesamowity nieboskłon. Wszystko zmienia się w zależności od pory dnia i roku, nigdy się nie powtarza, nie można się nudzić. Zresztą, zobaczysz zachód słońca, którego się nie zapomina, a dziś — z tego, co widzę — będzie niezwykle dramatyczny. Mogę tu stać i patrzeć, widzę cały świat. Zobacz, jak zmienia się zieleń. Nie trzeba się uczyć malarstwa, tylko bacznie obserwować, co się tu dzieje — mówił Starowieyski pokazując mi widok z 12 piętra swojej pracowni na ul. Bernardyńskiej w Warszawie.

—Faktycznie, widok jest niepospolity — przytaknąłem w zachwycie Franciszkowi Starowieyskiemu, znajdując się na ostatnim piętrze wierzowca, niedaleko Wilanowa, w jego pracowni. W tle panorama Warszawy, odległa iglica Pałacu Kultury, wieże kościelne, większość wypełnia ciągle zmieniające się niebo, po którym pędzą — gnane silnym wiatrem — chmury.

“Przypisują mi horror, okrucieństwo, jakieś demoniczne ekspresje, magię, kabałę i masochism. Nie znoszę tych okrucieństw, nie lubię też wszystkich tych przypisywań. Moi ludzie są zawsze klasyczni i doskonali, jak z Rafaela, wszyscy moi ludzie mają wzniosłe marzenia, godne ruchy. W ogóle marzę o sztuce doskonałej i idealnej” — pisał we wstępie do jednego z katalogów swoich wystaw Starowieyski.

—Najważniejsze emocje, wszelkie pojęcia kodują się w człowieku najwcześniej — ot, gdzieś do szesnastego roku życia — twierdzi Starowieyski. — W tym czasie też rodzi się u nas często nieuświadomiona wrażliwość, która potem owocuje twórczością; w późniejszym wieku z tego akumulatora wyobraźni głównie czerpiemy, rzadko uzupełniając jego potencjał. Ten pierwszy okres zaszczepia w człowieku twórcę, doświadczenie późniejsze czyni zeń raczej ilustratora. Moją dziecięcą apokalipsą był widok wielkiej powodzi w 1934 roku — znalazłem się w jej centrum pod Krosnem: pozrywane tory i mosty, a przede wszystkim pola wypłukane z ziemi, pokryte warstwą kamieni. Wtedy poznałem wielką niszczącą siłę przyrody. Ale jej wielkość odkryłem w zupełnie innych warunkach. Kiedy czytano mi baśnie — ten zewnętrznie obiektywnie materialistyczny świat zaludniał się czymś nad i pod ziemią, powstawało życie przez innych niedostrzegalne. I ciągle nie mogłem tego umiejscowić w swoich stronach w gliniano-podmokłym krajobrazie. Po jakimś czasie znalazłem się we dworze dziadków w Siedlcach i zachłysnąłem widokiem zbudowanym z piasku, sosen i wapienia pełnego tajemniczych odcisków odcisków dawnej roślinności. Ta łagodność pejzażu, jakaś śpiąca i wyciszona nieprawdopodobnie, przystawała do świata moich basin. Dodziś żyję tym obrazem, a większość przyrody odkrywam wówczas przez ciszę.

Franka Starowieyskiego poznałem w styczniu 1981 r. kiedy przyleciał do Nowego Jorku. Zatrzymał się u Ewy Pape 235 East 57th Street, Apt. 6E, która pomagała wielu polskim artystom w NY, wówczas 57th Street i na Medison Avenue znajdowały się najważniejsze galerie w Nowym Jorku. To było centrum światowe sztuki.

Kilka lat później cała sztuka przeniosła się na SoHo, potem na Chelsea, teraz jest na Williamsburgu na Brooklynie. Artyści zawsze szukają miejsc tanich. Kiedy po 10 latach dzielnica zwykle idzie do góry, przez to, że zagnieździła się sztuka, powstały pracownie, restauracje, kawiarnie, boutique, przyjeżdżają turyści sztuka się przenosi. W tym widzę fantastyczną witalność…

Niemal natychmiast przypadliśmy sobie do gustu. Uwielbiam ludzi, którzy coś potrafią, godzinami mogłem obserwować i fotografować jak Franek rysował, nic mu nie przeszkadzało mogliśmy rozmawiać, robiłem zdjęcia. Nie był to artysta, oczekujący na natchnienie w ciszy, może coś przyjdzie do głowy. Proszę nic nie mówić, bo ucieknie mi pomysł. Pracował systematycznie, warsztat miał opanowany do perfekcji. Pod koniec życia robił tzw. “teatr rysowania”, gdzie zapraszał ludzi.

W 1985 r. Starowieyski przyleciał ponownie do Nowego Jorku, miał wystawę indywidualna plakatu w MoMA, mało kto w Polsce o tym wie, a to jedno z największych wyróżnień dla artysty. Pamiętam jak obserwował z otwartymi ustami jego prace dyrektor MoMA Richard D. Oldenburg, który niejednego wybitnego artistę widział, w czasie ponad 20 lat dyrektorowania (1972-1995). Był Starowieyskim zauroczony na wernisażu, który odbył się 11 kwietnia 1985 r. To jedyna indywidualna wystawa malarza polskiego w MoMA. Starowieyski powiedział mi wtedy: „...Nigdy nie uważałem się za twórcę grafiki użytkowej. Jestem malarzem, który w okresie gdy poza oficjalnymi galeriami dla malarstwa w Polsce nie nie było miejsca, zajął się plakatem. Moje plakaty nie działają agitująco, są komentarzem do zdarzenia. Współczesny człowiek pozbawiony wiary przez świeckie ideologie szuka mistyki. Zarzuca mi się sadyzm, to jednak nic więcej jak odwieczny temat świętych męczenników. Kobieta – alegoria sama w sobie – jest ucieleśnieniem symbolem dziwnej mieszaniny marzeń twórcy i żądz mężczyzny. Litery i cyfry, nawet gdy pozornie są tylko 1,2,3... lub A,B,C... zawsze mają ukryty sens, określają najbardziej nawet swobodne formy.

Cały mój warsztat pracy to 5 kredek, gumka, pudełko akwarel, fiksatywa i zdobyta w pracowni graficznej „The New York Times” superkryjąca biała farba do retuszów...”.

Przy pomocy tak prostego warsztatu Starowieyski wyczarowywał surrealistyczne światy, przed którymi kłębiły się tłumy nowojorczyków.

Oprócz malarstwa Starowieyski zajmował się kolekcjonerstwem, jego pracownia wyglądała jak muzeum, wszędzie stylowe meble, zegary, biała broń: „...Pracuje systematycznie 6-8 godzin dziennie — mówił Starowieyski — poźniej oczy są już tak zmęczone, że nie można już więcej, a ja jestem człowiekiem bardzo aktywnym, więc muszę coś robić – i dlatego zajmuje się kolekcjonerstwem.

W Niemczech o antykach mówi się „towar nostalgiczny”. Moja nostalgia odnosi się do XVII-wiecznego świata i zaczęłem maniacko gromadzić wokół siebie przedmioty z tego okresu; potem była selekcja – nie miałbym przecież gdzie mieszkać. Ciągle dokupuje, w Stanach kupiłem dużo dobrej broni oraz mebli”.

Jedno z ostatnich spotkań, jakie z nim miałem, gdzieś na rok przed śmiercią. Opowiadał mi jak w szpitalu złodziej okradł go w pokoju. Był wzburzony, nawet nie dlatego, że go okradł, ale dlatego, że nie mógł mu przyłożyć, tak był osłabiony.

Czesław Czapliński „Tworzę dla Polski i Polaków”, RELAX Nr 21(62) 25 maja 1985 r.:

O Franciszku Starowieyskim pisałem już wielokrotnie przy okazjach jego wystaw w Nowym Jorku. Działalność Starowieyskiego jako plakacisty filmowego i teatralnego jest powszechnie znana; zrobił on ponad 250 plakałów, doczekał się licznej rzeszy naśladowców — ukazał się o tym nawet artykuł w piśmie graficznym "Plagiaty z plakatów Starowieyskiego”.

Obecnie plakaty Starowieyskiego doczekały się najbardziej prestiżowego miejsca, jakim jest Museum of Modern Art (MoMA) w Nowym Jorku, gdzie po raz pierwszy w historii tego muzeum Polak ma swoją indywidualną wystawę. Wystawa, która trwać będzie do 4 czerwca, a następnie objeżdżdać ważniejsze muzea w Stanach Zjednoczonych ulokowana jest na parterze, w miejscu szalenie widocznym, gdzie przewija się wiele ludzi.

Kurator wystawy, a zarazem dyrektor działu architektury i rysunku w MoMA — Robert Coates, który napisał wstęp do katalôgu, wyselekcjonował z ponad 100 plakatów Starowieyskiego, jakie są w kolekcji MOMA, tylko 30. Plakaty zaprezentowane są w sposób, w jaki nie widuje się ich na ulicy — oprawione za szkłem, rzadko, świetliście rozstawione, aby każdy był z osobna możliwy do kontemplacji. Całości wystawy dopełnia jeszcze kilkadziesiąt szkiców do plakatów, ustawionych pod szkłem, na płasko. W ten sposób można zobaczyć warsztat artysty, jego "dochodzenie” do tematu, a potem efekt końcowy na ścianie.

Surrealistyczny świat plakatów Starowieyskiego, niespotykane powszechnie bogactwo wyobraźni połączone z mistrzowskim opanowaniem rysunku sprawiają, że na wystawie gromadzą się tłumy. Jest też plakat specjalnie zrobiony na te okazję.

Równolegle, w galerii Aberbach na Madison Ave., z którą od wielu lat artysta ma kontakt, wystawiane są duże rysunki Starowieyskiego. Przy organizacji obu tych wystaw dużą zasługę ma patronka sztuki polskiej w Ameryce — Ewa J. Pape. Właśnie w jej apartamencie na 57 ulicy w Manhattanie, na ścianach którego znajduje się wiele współczesnych obrazów polskich malarzy, rozmawiam z Franciszkiem Starowieyskim.

Ze względu na to, że o plakatach Starowieyskiego pisano wielokrotnie, postanowiłem w naszej rozmowie skoncentrować się na mało znanych działaniach tzw. "teatru rysowania” oraz na zainteresowaniach kolekcjonerskich Starowieyskiego.

Franciszek Starowieyski urodził się w 1930 roku w Krakowie, w rodzinie ziemiańskiej, której ciekawa historia ma ponad tysiąc lat...

"Większość polskich rodzin ma normalne herby, herb mojej rodziny, Biberstein (co znaczy dosłownie: bobrowy kamień) jest właściwie drugim nazwiskiem. Nasza rodzina przyjechała do Polski ok. 1220 roku ze Szwajcarii, gdzie jest zamek Biberstein, który dziś — zupełnie przebudowany — znajduje się w rękach rządu kantonalnego. Jest tam również najstarsza tłocznia wina.

Herb zsotał nadany rodzinie Bibersteinów w 939 roku i od tego czasu ciągnie się tradycja rodzinna, która jest bogato udokumentowana. W okresie kiedy Piastowie Śląscy zaczęli mieć trudności, ściągnęli na Śląsk, w charakterze dowódców wojsk, sławnych z wypraw krzyżowych Bibersteinów. Znakomicie spisali sie oni pod Legnicą, gdzie właściwie uratowali wojska chrześcijańskie przed kompletną klęską — natarli w momencie, gdy Tatarzy odnosili pełne psychologiczne zwycięstwo. Rozbita później kompletnie przez Przemysława, rodzina na ładnych kilka stuleci odsunęła się od aktywnego życia politycznego. Dopiero pod koniec XVIII wieku z powrotem zaczęli — już jako Starowieyscy — włączać się w życie publiczne — dwóch było senatorami, jeden marszałkiem sejmu austriackiego za Franciszka Józefa.

Główna tradycja rodzinna idzie zupełnie nie po mieczu, a schodkami – po kądzieli. Należał do nich w Polsce zamek Odrzykoń koło Krosna. Zamek jest interesujący już choćby dlatego, że w nim rozgrywała się akcja "Zemsty” Fredry. My mieszkaliśmy w tym zamku do wojny i dopiero koniec naszej Polski w 1945 roku przepędził nas z niego. Najstarsze dokumenty archiwum zamkowego, które prowadzi moja matka, są z 1370 roku. A co zabawne, występuje w nim rodzina Władysława Gomułki (Gomułkowie byli wolnymi tkaczami zamkowymi), jak i rodzina Ewy Pape, Pelczarowie, którzy byli ściągnięci z Siedmiogrodu na kierowników tkalni. Zresztą do dziś dnia, dzięki tej tradycji, istnieje w Korczynie tkalnia lnu, uważana za najważniejszą w Polsce.

W XVIII wieku zamek został zniszczony. Legenda mówi, że jak umarła caryca Katarzyna i diabli nieśli jej dusze, to wtedy zerwali dach zamku. Oprócz tego, zamek miał najdłuższe w Polsce przejście podziemne — aż do Krosna (7 km).

Do wojny w zamku odbywały się co roku przedstawienia "Zemsty" — dokładnie na tym murze, o którym pisał Fredro. W XIX wieku było jeszcze kilka sal sklepionych i pradziadek oraz dziadek urządzali tam sejmiki miejscowej szlachty. Pózńiej dziadek wzniósł tam pomnik Kościuszki. W 1939 roku stała na zamku artyleria przeciwlotnicza, która zestrzeliła kilka niemieckich samolotów. teraz są tylko ruiny, niedobrze konserwowane; "konserwacją” zniszczono jedną z wież.

Ja nie wróciłbym do zamku, gdyby nawet zmienił się system, co jest czystą abstrakcją — ponieważ struktura została rozbita. Komuniści nie są w stanie zrozumieć, że jak raz zostanie przerwana kontynuacja, to życie zostaje przerwane i trzeba zaczynać od nowa. Wszystkie trudności Polaków tutaj, w Ameryce, wynikają z tego, że została zerwana tradycja. Jak można również mówić o kontynuacji w Polsce, gdzie ludzie u steru rządów nie wiedzą, jak trzymać widelec w ręku, czy też jakie jest panieńskie nazwisko ich babki. W Polsce wszystko się przerzuca; są tylko ludzie, nie ma tradycji. Naród jest sztucznie utrzymywany przez resztki Sienkiewicza, Matejki, Mickiewicza. W Ameryce pewną analogie widzę w posunięciach wielkiego kapitału związanego z nieruchomościami, który burzy tradycje ludzi, zmieniających ciągle mieszkania, co porównywalne jest do wędrówki ludów i przypomina głupawe posunięcia komunistów!

W 1949 roku Franciszek Starowieyski rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, w pracowni malarskiej Wajsa i Marczyńskiego, a następnie przeniósł sie do ASP w Warszawie, gdzie — pod kierunkiem Michała Byliny — w 1955 roku ukończył studia.

Już w 1957 r. odbyła sie pierwsza indywidualna wystawa jego malarstwa w Warszawie, a z ogromnej ilości późniejszych ekspozycji wspomnę chociażby kilka wystaw: Kordegarda Warszawska (1970); Vogt — Berlin Zachodni (1973); Contemporary Art Museum — Houston (1975); Seibu Museum ofArt — Tokio (1976); Aberbach — Nowy Jork (1980); i wiele, wiele innych.

Nie mogę pogodzić sie za stanowiskiem wielu artystów w Polsce i ich nieprzemyślanymi bojkotami — mówi Starowieyski — które doprowadziły do rozgonienia kultury, przynosząc w sumie korzyści władzy, a nie społeczeństwu. Uważam, że niesłychanie ważne jest robienie wystaw w małych ośrodkach w Polsce — tzw. unerwienie prowincji jest konieczne. Przed wojną tę role spełniał dwór, gdzie skupiało się życie kulturalne i przepływali wielcy tego czasu, zostawiając ziarenka swojej bytności.

Na skutek braku inicjatywy w rękach prywatnych osób, mecenat w Polsce nie istnieje. Jeśli artyści, zamiast bojkotować, wzięli by się do pracy od podstaw, to można by coś jeszcze uratować — przecież kultura polska przetrwała i rozbiory. Dlatego ja traktuję jednakowo każdą wystawe — czy to w MOMA w Nowym Jorku, czy w Muzeum Miedzi w 50-tysiecznej Legnicy. I z taką same energią przygotowuje każdą wystawę.

Ja tworze dla Polski i Polaków, jak to należało do tradycji. Weźmy chociażby Mickiewicza i Matejkę, którzy mieli taki wpływ na swój naród. Ja dołączam się do tej tradycji i dlatego nigdy na stałe nie opuściłbym Polski. Widzę, ile ludzi w kraju przychodzi na moje wystawy. Przychodzą również do mnie po rady. Pamiętam zabawną historie, kiedy jeden z chłopów przyszedł do mnie z następującym problemem: "mam taką kwaśną łąkę, że agronom miejski i powiatowy nie potrafią nic poradzić, może pan mi pomoże?”

Nigdy nie działałem jako osoba oficjalna; zawsze zachowywałem prywatność w swoim działaniu. Nigdy nie byłem popieranym autorytetem partii, Kościoła, czy ruchu takiego lub innego. W Polsce jest właśnie taka indywidualna działalność potrzebna, szczególnie własne zdanie, aby pokazać ludziom, że każdy obywatel ma prawo do własnego zdania, którego nikt nie może mu odebrać, choćby było najbardziej głupie.

W dziedzinie plakatu filmowego i teatralnego otrzymał za swoje prace Starowieyski wiele nagród na międzynarodowych konkursach, że wspomnę: Grand Prix na Festiwalu Filmowym w Cannes (1973); Grand Prix na Festiwalu w Paryżu (1975) oraz na Międzynarodowym Biennale Plakatu w Wargzawie (1970, 74 i 78).

Oprócz malarstwa i plakatu Starowieyski zajmuje się czynnie scenografią; jest twórcą ponad 100 dekoracji. W 1980 roku rozpoczął, znany już dziś szeroko, "Teatr rysowania” polegający na tym, że w ciągu kilku dni, wraz z grupą towarzyszących mu osób, pokrywa olbrzymimi rysunkami ściany jakiegoś pomieszczenia. Tak mówi o tym:

Myślałem o tym od bardzo dawna, jednak pierszą realizację zrobiłem w 1980 roku czas pleneru w Świdwinie; potem był Koszalin i Poznań. Przebieg pracy i jej rezultat plastyczny jest za każdym razem oczywiście inny. Ja najbardziej jestem zadowolony z ostatniej, wykonanej w studio warszawskiej TV. Chodzi mi w tym o sprzężenie człowieka z obrazem, by nastąpiło wzajemne przenikanie. Ogromny format pozwala na zachowanie, a nawet przewyższenie naturalnej ludzkiej skali — dokonuje się wtedy fizyczne i psychiczne utożsamienie z tworzonym światem. Miejsce chłodnej analizy wypełnia narkotyczna potrzeba kontynuacji. Nie przygotowuje zbyt wielu szkiców przed realizacją. Wole żywioł i jego nieobliczalne efekty. Już mówiłem to jest narkotyczne. Pragnę uzyskać trzeci wymiar, przez duchowy nastrój moich obrazów; chce stworzyć świat wolnej duszy ludzkiej, która nigdy naprawdę nie zaistnieje. Świat, jaki możliwy jest tylko we wszechświecie rysowania, tak jak muzyka jest możliwa tylko we wszechświecie dźwięku.

Przez wiele lat Starowieyski był dyrektorem artystycznym miesięcznika "Ty i Ja”. Zrealizował dwa filmy krótkometrażowe, z których jeden — zatytułowany "Bykowi chała” — przyniósł mu duży rozgłos. Występował też w ponad 50 audycjach telewizyjnych o sztuce oraz w popularnym programie "Sam na sam”. Oprócz tego jest jednym z nąjbardziej znanych kolekcjonerów antyków.

Pracuje systematycznie 6 – 8 godzin dziennie — mówi Franciszek Starowieyski — później oczy są już tak zmęczone, że nie można już więcej, a ja jestem człowiekiem bardzo aktywnym, wiec muszę coś robić — i dlatego zajmuje się kolekcjonerstwem.

Po wojnie, rozbite polskie społeczeństwo ogarnęła nieprawdopodobna chęć kontynuacji tradycji — antyki skoczyły w górę bardziej niż ropa czy złoto. Ceny często są nieprawdopodobnie wysokie; znam karabelę za 4 miliony, obrazy Malczewskiego po 5 milionów złotych. Właściwie każda rzecz, która znajdzie się na rynku, ginie natychmiast.

W Niemczech o antykach mówi się "towar nostalgiczny". Moja nostalgia odnosi sie do XVII-wiecznego świata i zacząłem maniacko gromadzić wokół siebie przedmioty z tego okresu; potem była selekcja — nie miałbym przecież gdzie mieszkać. Ciągle dokupuje. Tutaj, w Stanach, kupiłem dużo dobrej broni oraz mebli.

Kolekcjonowanie u mnie to zawsze zastanawianie się nad wnętrzem, aby gdzieś tam była utrzymana polska baza, mimo tego, że mam broń turecką. Oprócz tego mam kolekcje portretów trumiennych, które — obok broni — były najbardziej polskie. Mam również największy — oprócz kościelnych — zbiór blach wotywnych, oraz wiele przedmiotów ze złota.

W niedalekiej przyszłości Starowieyski będzie realizował we Francji film pełnometrażowy, według swojego scenariusza, napodstawie "Arcydzieła nieznanego" Balzaka. W filmie tym, mówiącym o szalonym malarzu, który był tak wielki, że cała jego spuścizna musiała przepaść, bo czegoś takiego w historii sztuki jeszcze nie było, Franciszek Starowieyski zagra główną role.

Pod koniec maja, w związku z Festiwalem Filmów Krótkometrażowych w Krakowie, Starowieyski będzie miał dużą, retrospektywną wystawe, na którą złoży sie 150 plakatów, 300 rysunków oraz duże obrazy. Później wystawę plakatów w Muzeum Miedzi w Legnicy oraz wystawę brązów z jego kolekcji, do której przygotowuje dziwaczną aranżację.

Czesław Czapliński „STAROWIEYSKI” nowojorski nag. „KARIERA”. maj 1991:

„...Przypisują mi horror, okrucieństwo, jakieś demoniczne ekspresje, magie, kabałę i masochizmy. Nie znoszę tych okrucieństw, nie lubię też wszystkich tych przypisywań. Moi ludzie są zawsze klasyczni i doskonali, jak z Rafaela, wszyscy moi ludzie mają wzniosłe marzenia, godne ruchy. W ogóle marzę o sztuce doskonałej i idealnej...” — pisał we wstępie do jednego z katalogów — malarz, rysownik, plakacista, scenograf, twórca Teatru Rysowania — Franciszek Starowieyski.

Spotkałem go po raz pierwszy w Nowym Jorku w 1980 roku, kiedy miał wystawę ogromnych pasteli i rysunków węglem w Galerii Aberbach na Madison Avenue w Nowym Jorku, koło jednego z dwu największych na świecie domów aukcyjnych Sotheby's. Ponownie pojawił się w Nowym Jorku pięć lat później i równocześnie miał dwie indywidualne wystawy — jedną we wspomnianej już wcześniej Galerii Aberbacha, a drugą w Museum of Modern Art (MoMA). Po raz pierwszy w historii tego muzeum pojawił się Polak. Kurator wystawy, a zarazem dyrektor działu architektury i rysunku w MoMA Robert Coates, który napisał wstęp do katalogu, wyselekcjonował z ponad 100 plakatów Starowieyskiego, jakie są w kolekcji MoMA — 30. Zaprezentowane były w sposób, nie widywany się ich na ulicach — oprawione, za szkłem, rzadko, świetliście rozstawione, aby każdy był z osobna możliwy do kontemplacji. Całości wystawy dopełniło jeszcze kilkadziesiąt szkiców do plakatów. W ten sposób można było zobaczyć warsztat artysty, jego „dochodzenie” do tematu, a potem efekt końcowy na ścianie. Symboliczny świat plakatów Starowieyskiego, niespotykane powszechnie bogactwo wyobraźni połączone z mistrzowskim opanowaniem rysunku sprawiły, że na wystawie gromadziły się tłumy.

Po raz kolejny spotkałem Starowieyskiego w paryskim mieszkaniu właściciela Galerii Marek — Marka Mielniczuka. Po wspólnym obiedzie i jak się później okazało całodziennej bieganinie przez nie kończące się pokoje domu aukcyjnego Drua, Starowieyski zaprosił mnie do swojej pracowni.

Po kilku przystankach jazdy zatłoczonym paryskim metrem, wąskimi schodami dostaliśmy się do niewielkiego pomieszczenia. Pod ścianami nieliczne obrazy i rulony papieru, na centralnym miejscu stół zarzucony farbami, gazetami, pastelami, nad nim ściana szczelnie pokryta małymi szkicami. Usiedliśmy na drewnianych taboretach i zaczęliśmy rozmowę, w czasie której Starowieyski co jakiś czas podchodził z węglem do rozpiętego na ścianie papieru domalowując fragmenty.

Nie masz zbyt dużo prac w swojej pracowni?

— Po wystawach w Rzymie, u Dmochowskiego w Paryżu i w Warszawie pozostały pustki. Ale zrobiłem już masę nowych szkiców, z których będę robił nowe rzeczy.

Brałeś udział w ubiegłym roku w Festiwalu Dwóch Światów w Spoleto we Włoszech...

— To jeden z największych festiwali artystycznych na świecie, dużo muzyki. Przepiękne miasto w górach, chłodne, nie ma rzymskich upałów.

— Jaki był tytuł twojego wystąpienia?

—„Powrót Bogów z Olimpu po upadku komunizmu”, było to w formie Teatru Rysowania.

Czy mógłbyś powiedzieć, na czym polega Teatr Rysowania?

— Pierwszy powstał w 1980 roku na plenerze w Swidwinie, po nim nastąpiły dalsze realizacje w Koszalinie, Poznaniu, Wrocławiu, Warszawie, Katowicach, Wenecji, aby wspomnieć kilka. Muszę mieć jakieś duże miejsce, gdzie ustawiam w podkowę zagruntowane blejtramy o wymiarach około 16 x 3 m. Wchodzi publiczność

i ja ze szkicami.

— Skąd się bierze publiczność?

— Organizatorzy zapraszają odpowiednich ludzi.

— Co to znaczy odpowiednich?

— To jest takich, którzy mnie dopingują, a nie ciągną w dół. Jest to najtrudniejsza rzecz w Teatrze Rysowania

— Znając cię od lat, nie bardzo widzę ludzi, którzy byliby tak intensywni jak ty.

— Chodzi tu o to, aby ludzie weszli w mój świat, aby zintegrowali się z moją pracą. To jest strasznie ciężka praca, gdyż zaczynam i kończę przy publiczności. Tutaj w pracowni zrobię sobie kreskę, odejdę, zejdę na dół do kawiarni, znowu wrócę, pomyślę, może nie tak. Zacznę inny obraz. Tam nie. Muszę być skoncentrowany. Ogromny obraz powstaje w ciągu czterech dni.

— Czym głównie malujesz?

— Częściowo węglem i białym pastelem, częściowo akrylem, częściowo olejną farbą. Technika mieszana, aby było żywe. Nie mogę przerywać i zastanawiać się.

— Czy ludzie uczestniczący w procesie wiedzą, jaki jest temat?

—Mówię im o swoim pomyśle. Mam z sobą masę szkiców, ale przecież nie każdy mały szkic sprawdza się na dużym formacie. Zaczynając mam wiele rzeczy sprawdzonych, ale końcowy obraz jest bardzo mglisty, gdyż wyłania się w czasie pracy.

—Zawsze miałeś predyspozycje aktorskie, bez skrępowania rysowałeś przy innych. Tworząc na oczach publiczności, dajesz szansę oglądania procesu twórczego. Dla publiczności jest to niezwykły spektakl. Z drugiej strony, czy publiczność jest ci do czegoś potrzebna?

—Tak. Ludzie mi dają koncentrację. Spośród nich wybieram sobie modela, który mi pozuje. Dla przykładu model rzuca cień, ja robię kontur, wypełniam tłem. To jest straszna robota, po 6-7 godzinach pracy dziennie po powrocie do domu padam.

— Można to porównać z pracą aktora?

—Aktor ma dwie godziny prób przed południem, dwie godziny przedstawienia, ale przecież nie jest cały czas na scenie. A ja jestem. Muszę być cały czas bohaterem widowiska, wychodzić do pracy z gestem, nieomal robić balet. Przeciętnie od 15 do 70 osób siedzi na sali.

—Skąd wzięło się zainteresowanie Teatrem Rysowania? Czy może nie spełniona chęć bycia aktorem?

— Lubię przedstawienie. Ale nie ma to nic wspólnego z małpim pokazywaniem umiejętności technicznych, że np. potrafię namalować portret w 5 minut. Ja opowiadam jakieś historie. Robię i robiłem zawsze to, na co miałem ochotę. Gówno mnie obchodzi, czy w tej chwili się nosi szerokie, czy wąskie spodnie. Zawsze nosiłem spodnie o klasycznych proporcjach.

—Na różnych rankingowch listach artystów, którzy się najlepiej sprzedają, umieszczony jesteś zawsze bardzo wysoko. Czy uważasz, że zrobiłeś wobec tego karierę?

— Niekoniecznie jest to prawdą. Na ostatniej wystawie nie sprzedałem ani jednego obrazu. Jeśli chodzi o karierę, to powinienem ją zrobić. Ale w którymś momencie w życiu za mało pracowałem, obijałem się, robiłem na zamówienie, straciłem wiele czasu. Powinienem być dużo dalej.

— Co uważasz za prawdziwą malarską karierę w skali światowej?

— Że ludzie rozumieją, co opowiadam, a z drugiej strony za to, co robię, uzyskuję duże pieniądze. Nie zdawałem sobie sprawy, że czas tak szybko leci. Zmarnowałem dziesięć lat, w czasie których nie mogłem wyjeżdżać za granicę. Nie siedziałem oczywiście z założonymi rękami czekając na wyjazd. Robiłem to i tamto. Ale tak naprawdę dopiero stypendium kościuszkowskie wyciągnęło mnie z marazmu. Ale już było za późno, aby zrobić to, o czym marzyłem. Rozmieniłem się na drobne robiąc scenografię, plakat, jakieś wydawnictwo. I dopiero kładąc się do łóżka, zamykałem oczy i marzyłem o tym, co chciałbym zrobić. Ale mimo tych trudności jestem szczęśliwy, że ludzie rozumieli to, co robiłem i kupowali, mimo iż często bali się moich obrazów.

— Beksiński roztoczył mi apokaliptyczną wizję, że nic nie przetrwa dla przyszłych pokoleń, mimo iż bardzo by chciał. Według niego nic nie oprze się czasowi. Czy tobie zależy na przetrwaniu?

—Chyba wszystkim na tym zależy. Beksińskiego trzeba bardzo serio traktować. Jest on na pewno świadkiem naszych czasów i uważam go w tego typu malarstwie za najważniejszego człowieka na świecie.

— Co masz obecnie w planach?

Rozkręcam się do szkiców, gdyż będę miał kolejny „spektakl” Teatru Rysowania w Monachium. Latem wrócę do Polski, nie wiem, jak długo tam będę.

Starowieyski, odwracając cyfrę 9 antydatuje swoje dzieła cofając je w czasie o trzysta lat: 1690, 1691,,, ale bywa również jasnowidzem. Pokazywał mi i objaśniał szkice do projektu obrazu, na którym kilometr sześcienny zawiesi w przestrzeni nad równiną Janowską, rozciągającą się wokół zamku wzniesionego przez jednego z jego przodków. Będzie on w stanie pomieścić wszystkie istoty ludzkie żyjące obecnie. Jean Louis Ferrier, krytyk sztuki z dziennika „Le Point”, wyraził się o tym, że jest to Apokaliptyczna wizja końca cywilizacji, która jeszcze nie zaczęła istnieć.

PORTRAIT with HISTORY Franciszek Starowieyski (1930-2009)

Franciszek Andrzej Bobola Starowieyski (codename Jan Byk) (born on July 8, 1930 in Bratkówka near Krosno, died on February 23, 2009 in Warsaw, buried at the cemetery in Laski near Warsaw) - painter, graphic artist, cartoonist, set designer, art collector.

He came from a noble family, sealing the coat of arms of Biberstein.

In 1949-1952 he studied painting at the Academy of Fine Arts in Krakow with Wojciech Weiss and Adam Marczyński, and then at the Academy of Fine Arts in Warsaw with Michał Bylina, where he obtained a diploma in 1955.

He gained popularity in the 1960s. A series of theater and film posters. He was involved in painting, poster, graphic design, theater and television set design. He was the creator of the so-called drawing theater. His painting was characterized by fascination with a Rubensian female body, sensuality and reflection on transience and death. Repeatedly exhibited in galleries and museums in Poland and Austria, Belgium, France, the Netherlands, Canada, Switzerland, USA, Italy and others. He has won many awards, including the Grand Prix at the Contemporary Art Biennale in Sao Paulo (1973), the Grand Prix for the film poster at the Cannes Festival (1974), the Grand Prix at the International Festival in Paris (1975), the Annual Key Award Hollywood Reporter (1975-1976), awards at the International Poster Biennale in Warsaw and the Chicago International Film Festival (1979-1982).

In his "drawing theaters" he combined both arts into one, "spectacle of all kinds", a media phenomenon in which the same artistic value is the act of creation itself, its spectacular elements and - thanks to the author's erudition - both literary and the work itself in the traditional meaning words. In Starowieyski's paintings, the real world was combined with the creations of his almost "unrestrained" imagination, and his work ostentatiously referred to the old seventeenth-century masters and was saturated with grotesque and humor. The painting by Divina Polonia Rapta Per Europa Profana, which means: "Divine Poland kidnapped by secular Europe" exhibited in the Polish representation in the European Union in Brussels (1998) caused many controversial opinions.

In 1994 he received the "Golden Mask" Award for the stage design for the comedy drama "Ubu Król or Poles by Krzysztof Penderecki" at the Grand Theater in Lodz, and in 2004 the Award of the Minister of Culture in the field of visual arts. In 2005 he was awarded by the Minister of Culture Waldemar Dąbrowski with the Gold Medal for Merit to Culture Gloria Artis.

Elder brother of priest Marek Starowieyski. Spouse Ewa Starowieyska (1930-2012), set designer. His son is the painter and cartoonist Antoni Starowieyski (born in 1973).

He appeared as the hero of Pupuzinski's film "Bull glory", he also played with Andrzej Wajda in "Danton" and with Krzysztof Zanussi in "Crystal Structure".

He created in Warsaw, Paris and New York, lectured at the Berliner Hochschule der Kunste (1980) and at the European Academy of Arts in Warsaw (since 1993). He took part in over 200 domestic and foreign exhibitions, among others as the first and only Pole he had an individual exhibition at the Museum of Modern Art in New York in 1985, at which I accompanied him with a camera in hand.

—I think I'm free. Look how amazing the sky is. Everything changes depending on the time of day and year, it never repeats, you can't be bored. Anyway, you'll see a sunset you never forget, and today - from what I see - it will be extremely dramatic. I can stand here and look, I see the whole world. See how green changes. You don't have to learn painting, just watch closely what is going on here - said Starowieyski, showing me a view from the 12th floor of his studio on ul. Bernardyńska in Warsaw.

"In fact, the view is uncommon," I nodded in admiration to Franciszek Starowieyski, being on the top floor of a high-rise building, near Wilanów, in his studio. In the background, the panorama of Warsaw, the distant spire of the Palace of Culture, church towers, most are filled with the constantly changing sky, after which clouds rush - driven by strong winds.

"They attribute to me horror, cruelty, some demonic expressions, magic, Kabbalah and masochism. I hate these atrocities, and I don't like all of these assignments. My people are always classic and perfect, like Raphael, all my people have lofty dreams, worthy moves. In general, I dream of perfect and perfect art "- he wrote in the introduction to one of the catalogs of his exhibitions Starowieyski.

"The most important emotions, all concepts are encoded in man at the earliest - just somewhere up to the age of sixteen," says Starowieyski. - At this time, we often have unconscious sensitivity, which then results in creativity; in the later age we mainly draw our imagination from this accumulator, rarely supplementing its potential. This first period instills a creator in man, and later experience makes him rather an illustrator. My childhood apocalypse was the view of the great flood in 1934 - I found myself in its center near Krosno: torn tracks and bridges, and above all fields washed out from the ground, covered with a layer of stones. Then I met the great destructive power of nature. But I discovered its greatness in completely different conditions. When I read the fairy tales - this outwardly objective materialistic world was populated with something above and below ground, life was created by others imperceptible. And I still couldn't place it in my pages in the clay-wet landscape. After some time, I found myself in the grandparents' court in Siedlce and choked on the view built of sand, pines and limestone full of mysterious prints of ancient vegetation. This gentleness of the landscape, some sleeping and unbelievably muted, fit into the world of my basins. You live through this image, and I discover most of nature through silence.

I met Frank Starowieyski in January 1981 when he flew to New York. He stayed at Eve Pape 235 East 57th Street, Apt. 6E, which helped many Polish artists in NY, then 57th Street and Medison Avenue were the most important galleries in New York. It was the center of world art.

A few years later, the whole art moved to SoHo, then to Chelsea, now it is in Williamsburg, Brooklyn. Artists are always looking for cheap places. When, after 10 years, the district usually goes up, due to the fact that art has nestled, workshops, restaurants, cafes, boutique and tourists come, art moves. In this I see fantastic vitality ...

We liked each other almost immediately. I love people who can do something, I could watch and photograph for hours as Franek drew, he didn't mind, we could talk, I took pictures. He was not an artist, waiting for inspiration in silence, maybe something would come to mind. Please don't say anything because I will miss the idea. He worked systematically, the workshop was mastered to perfection. At the end of his life he did so. "Drawing theater", where he invited people.

In 1985, Starowieyski flew back to New York, had an individual poster exhibition at MoMA, hardly anyone knows about it in Poland, and this is one of the artist's greatest awards. I remember observing his work with an open mouth, MoMA director Richard D. Oldenburg, who had seen more than one outstanding artist during more than 20 years of directing (1972-1995). He was Starowieyski enchanted at the vernissage that took place on April 11, 1985. This is the only individual exhibition of a Polish painter at MoMA. Starowieyski told me then: "... I have never considered myself a creator of applied graphics. I am a painter who at the time when there was no place apart from official galleries for painting in Poland, took up a poster. My posters are not agitating, they are a commentary on the event. Contemporary man deprived of faith by secular ideologies is looking for mysticism. I am accused of sadism, but this is nothing more than the eternal topic of holy martyrs. A woman - an allegory in itself - is the embodiment of a strange mixture of the creator's dreams and the desires of a man. Letters and numbers, even if they are seemingly only 1,2,3 ... or A, B, C ... always have a hidden meaning, they define even the most free forms.

My whole workshop is 5 crayons, an eraser, a box of watercolors, fixative and obtained in the graphic studio "The New York Times" super-covering white paint for retouching ... ". With such a simple workshop, Starowieyski conjured up surreal worlds in front of which crowds of New Yorkers were swarming. In addition to painting, Starowieyski was involved in collecting, his studio looked like a museum, stylish furniture everywhere, clocks, white weapons: "... he works systematically 6-8 hours a day," Starowieyski said. and I am a very active person, so I have to do something - that's why he collects. In Germany antiques are said to be "nostalgic goods". My nostalgia refers to the seventeenth-century world and I began to maniacally accumulate around me items from this period; then there was selection - I wouldn't have anywhere to live. Still buying, in the US I bought a lot of good weapons and furniture. " One of the last meetings I had with him about a year before he died. He told me how in a hospital the thief robbed him in the room. He was agitated, not even because he had robbed him, but because he couldn't hold him, he was so weak.

Czesław Czapliński "I create for Poland and Poles", RELAX No. 21 (62) May 25, 1985:

I have written many times about Franciszek Starowieyski on the occasion of his exhibitions in New York. Starowieyski's activity as a film and theater poster designer is widely known; he made over 250 posters, lived to see a large number of followers - even an article in the graphic magazine "Plagiarism from Starowieyski's posters" appeared.

Currently, Starowieyski's posters have the most prestigious place, which is the Museum of Modern Art (MoMA) in New York, where for the first time in the history of this museum the Pole has his individual exhibition. The exhibition, which will last until June 4, and then visit major museums in the United States, is located on the ground floor, in an extremely visible place where many people scroll.

The exhibition's curator and director of the architecture and drawing department at MoMA - Robert Coates, who wrote the introduction to the catalog, selected from over 100 Starowieyski posters, which are in the MOMA collection, only 30. Posters are presented in a way that they are not seen on the street - framed behind glass, rarely, brightly spaced, so that everyone can be contemplated individually. The whole exhibition is complemented by dozens of sketches for posters placed under glass, flat. In this way you can see the artist's workshop, his "reaching" to the subject, and then the final effect on the wall.

Starowieyski's surreal world of posters, the unprecedented wealth of imagination combined with masterful mastery of drawing mean that crowds gather at the exhibition. There is also a poster specially made for this occasion.

In parallel, large drawings by Starowieyski are exhibited at the Aberbach gallery on Madison Ave., with which the artist has been in contact for many years. Ewa J. Pape is the patron of Polish art in America when organizing both of these exhibitions. It is in her apartment on 57th Street in Manhattan, on the walls of which there are many contemporary paintings by Polish painters, I am talking to Franciszek Starowieyski.

Due to the fact that Starowieyski's posters have been written many times, I decided to focus on the little-known activities of the so-called "drawing theater" and Starowieyski's collector's interests.

Franciszek Starowieyski was born in 1930 in Krakow, in a landed gentry family whose interesting history is over a thousand years old ...

"Most Polish families have normal coats of arms, my family crest, Biberstein (which means literally: beaver stone) is actually the second name. Our family came to Poland around 1220 from Switzerland, where there is the Biberstein castle, which today - completely rebuilt - finds in the hands of the cantonal government. There is also the oldest wine press.

The coat of arms was given to the Biberstein family in 939 and since then a family tradition has been going on that is richly documented. At a time when the Silesian Piasts began to have difficulties, they brought to Silesia, as army commanders, famous for the Biberstein crusades. They did an excellent job near Legnica, where they actually saved the Christian army from a complete defeat - they attacked at the moment when the Tatars achieved full psychological victory. After being broken up completely by Przemysław, the family for a few centuries moved away from active political life. It was only at the end of the 18th century that they began to re-join the public life - as Oldowiescy - two were senators, one was the Speaker of the Austrian Sejm for Franciszek Józef.

The main family tradition goes completely not by the sword, but by stairs - on the distaff. In Poland, the Odrzykoń castle near Krosno belonged to them. The castle is interesting even because it took place in the action of "Revenge" Fredro. We lived in this castle until the war and only the end of our Poland in 1945 chased us from it. The oldest documents of the castle archive, which my mother maintains, are from 1370. And what is funny, there is the family of Władysław Gomułka (the Gomułków were free castle weavers), as well as the family of Ewa Pape, Pelczar, who were drawn from Transylvania to the weaving managers. Anyway, thanks to this tradition, it still exists in Korczyn flax weaving mill, considered the most important in Poland.

In the 18th century the castle was destroyed. The legend says that when Tsarina died and devils carried her souls, then they broke the roof of the castle. In addition, the castle had the longest underground passage in Poland - up to Krosno (7 km).

Until the war in the castle there were performances of "Vengeance" every year - exactly on this wall, about which Fredro wrote. In the nineteenth century there were several vaulted rooms and great-grandfather and grandfather organized local councils of local nobility. Later, grandfather erected a Kościuszko monument there. In 1939, anti-aircraft artillery stood at the castle, which shot down several German aircraft. now there are only ruins, poorly preserved; "conservation" destroyed one of the towers.

I wouldn't go back to the castle if the system changed, which is a pure abstraction - because the structure was broken. The communists cannot understand that once the continuation is interrupted, life is interrupted and you have to start again. All the difficulties of Poles here in America stem from the fact that the tradition has been broken. As can also be said about continuation in Poland, where people at the helm of government do not know how to hold a fork in their hands, or what is their grandmother's maiden name. In Poland, everything is shifting; there are only people, there is no tradition. The nation is artificially maintained by the remains of Sienkiewicz, Matejko, and Mickiewicz. In America, I see a certain analogy in the moves of the great capital associated with real estate, which destroys the traditions of people, constantly changing apartments, which is comparable to the migration of peoples and resembles the stupid moves of communists!

In 1949, Franciszek Starowieyski began his studies at the Academy of Fine Arts in Krakow, in the painting studio of Wajs and Marczyński, and then moved to the Academy of Fine Arts in Warsaw, where - under Michał Bylina - in 1955 he graduated.

Already in 1957 the first individual exhibition of his paintings took place in Warsaw, and from the huge number of later exhibitions I would mention at least several exhibitions: Warsaw Guardhouse (1970); Vogt - West Berlin (1973); Contemporary Art Museum - Houston (1975); Seibu Museum ofArt - Tokyo (1976); Aberbach - New York (1980); and many others.

I cannot accept the position of many artists in Poland and their ill-considered boycotts - says Starowieyski - which led to the pursuit of culture, bringing the total benefit of power, not society. I think that it is extremely important to do exhibitions in small centers in Poland - the so-called innervation of the province is necessary. Before the war, this role was played by the court, where cultural life focused and the greats of that time flowed away, leaving a grain of their stay.

Due to the lack of initiative in the hands of private persons, patronage in Poland does not exist. If the artists, instead of boycotting, got to work from scratch, something else could be saved - after all, Polish culture survived and the partitions. That is why I treat every exhibition equally - be it at MOMA in New York or at the Copper Museum in Legnica, 50,000. And with the same energy he prepares every exhibition.

I create for Poland and Poles as it belonged to tradition. Let's take even Mickiewicz and Matejko, who had such an impact on their nation. I join this tradition and that's why I would never leave Poland permanently. I can see how many people in the country come to my exhibitions.

They also come to me for advice. I remember a funny story when one of the peasants came to me with the following problem: "I have such a sour meadow that the agronomist of the city and poviat can't help, can you help me?" I have never acted as an official; I have always kept my privacy private. I have never been supported by the authority of a party, church or movement of one kind or another. In Poland, such individual activity is needed, especially your own opinion, to show people that every citizen has the right to their own opinion, which no one can take away from him, even if it is the most stupid. In the field of film and theater posters, Starowieyski received many awards at international competitions for his work, that I would like to mention: the Grand Prix at the Cannes Film Festival (1973); Grand Prix at the Festival in Paris (1975) and the International Poster Biennale in Wargzawa (1970, 74 and 78). In addition to painting and poster, Starowieyski is also active in stage design; is the creator of over 100 decorations. In 1980, he began, widely known today, the "Drawing Theater", which means that within a few days, along with a group of people accompanying him, he covers the walls of a room with huge drawings. I thought about it for a very long time, but I did my first realization in 1980 when it was open air in Świdwin; then there was Koszalin and Poznań. The course of work and its plastic result is of course different every time. I am most pleased with the last TV studio made in Warsaw. What I mean is coupling the human with the image so that there is mutual penetration. The huge format allows to preserve or even surpass the natural human scale - then physical and mental identification with the created world is made. The place of cold analysis is filled with the narcotic need to continue. He doesn't prepare too many sketches before realization. I prefer the element and its unpredictable effects. I already said it is narcotic. I want to get the third dimension through the spiritual mood of my paintings; wants to create a world of a free human soul that will never really exist. A world that is only possible in the drawing universe, just like music is only possible in the sound universe.

For many years, Starowieyski was the artistic director of the monthly "You and Me." He made two short films, one of which - entitled "Bull Chala" - brought him great publicity. He has also appeared in over 50 television broadcasts about art and in the popular "Alone" program. In addition, he is one of the best known antique collectors. He works systematically 6 - 8 hours a day - says Franciszek Starowieyski - later the eyes are so tired that you can't go on anymore, and I am a very active person, so I have to do something - and that's why he deals with collecting. After the war, the crashed Polish society was overwhelmed by an unlikely desire to continue the tradition - antiques jumped more than oil or gold. Prices are often unbelievably high; I know the carabel for 4 million, Malczewski paintings for 5 million zlotys. Virtually every item on the market dies immediately. In Germany antiques are said to be "nostalgic goods". My nostalgia relates to the seventeenth-century world and I began to maniacally gather around me items from this period; then there was selection - I wouldn't have anywhere to live. I'm still buying. Here in the US I bought a lot of good weapons and furniture. Collecting with me is always reflecting on the interior so that there is a Polish base somewhere, even though I have a Turkish weapon. In addition, I have collections of coffin portraits, which - apart from weapons - were the most Polish. I also have the largest - in addition to church - collection of votive sheets, and many gold items. In the near future, Starowieyski will be making a feature film in France, according to his script, based on Balzak's "Masterpiece of the Unknown". In this film, talking about a crazy painter who was so great that his entire legacy had to abyss, because such a thing in the history of art had not yet, Franciszek Starowieyski will play the main role.

At the end of May, in connection with the Short Film Festival in Krakow, Starowieyski will have a large, retrospective exhibition of 150 posters, 300 drawings and large paintings. Later, an exhibition of posters at the Copper Museum in Legnica and an exhibition of bronzes from his collection, to which he prepares a bizarre arrangement.

Czesław Czapliński "STAROWIEYSKI" New York nag. "CAREER". May 1991:

"... They attribute to me horror, cruelty, some demonic expressions, magic, Kabbalah and masochisms. I hate these atrocities, and I don't like all of these assignments. My people are always classic and perfect, like Raphael, all my people have lofty dreams, worthy moves. In general, I dream of perfect and perfect art ... "- wrote in the introduction to one of the catalogs - painter, draftsman, poster designer, stage designer, creator of the Drawing Theater - Franciszek Starowieyski.

I met him for the first time in New York in 1980, when he had an exhibition of huge pastels and drawings in charcoal at the Aberbach Gallery on Madison Avenue in New York, near one of Sotheby's two of the world's largest auction houses. He reappeared in New York five years later and simultaneously had two individual exhibitions - one at the Aberbach Gallery mentioned earlier and the other at the Museum of Modern Art (MoMA). A Pole appeared for the first time in the history of this museum. The exhibition's curator and director of the architecture and drawing department at MoMA Robert Coates, who wrote the introduction to the catalog, selected from over 100 Starowieyski posters that are in the MoMA collection - 30. They were presented in a way they were not seen on the streets - framed, behind glass, rarely, brightly spaced, so that everyone can be contemplated individually. The whole exhibition was completed by dozens of sketches for posters. In this way you could see the artist's workshop, his "coming to" the subject, and then the final effect on the wall. The symbolic world of Starowieyski's posters, the unprecedented wealth of imagination combined with masterful mastery of drawing caused crowds to gather at the exhibition.

Once again, I met Starowieyski in the Paris apartment of the owner of Marek Gallery - Marek Mielniczuk. After a joint dinner, and as it turned out later all day running through the endless rooms of the Drua auction house, Starowieyski invited me to his studio. After a few stops of driving the crowded Paris metro, we got to the small room through a narrow staircase. Few paintings and rolls of paper by the walls, in the center a table thrown with paints, newspapers, pastels, above it a wall tightly covered with small sketches. We sat down on wooden stools and began a conversation during which Starowieyski occasionally approached the paper unbuttoned on the wall, painting fragments.

— You don't have too much work in your studio?

- After exhibitions in Rome, there were voids at Dmochowski's in Paris and Warsaw. But I have already done a lot of new sketches from which I will do new things. - You took part last year in the Two Worlds Festival in Spoleto in Italy ... - This is one of the largest art festivals in the world, a lot of music. A beautiful city in the mountains, cool, no Roman heat. — What was the title of your speech?

- "Return of the Gods from Olympus after the fall of communism", it was in the form of the Drawing Theater.

—Could you tell what the Drawing Theater is about?

- The first was created in 1980 in the open air in Swidwin, followed by further projects in Koszalin, Poznań, Wrocław, Warsaw, Katowice, and Venice, to mention a few. I have to have a big place where I put primed stretchers about 16 x 3 m in a horseshoe. Audience enters and me with sketches.

—Where does the audience come from?

- Organizers invite the right people.

—What does appropriate mean?

- It's those who cheer me on instead of dragging me down. This is the hardest thing at the Drawing Theater - Knowing you for years, I don't really see people who are as intense as you are. - The point is for people to enter my world and integrate with my work. This is extremely hard work, because I start and finish with the audience. Here in the studio I will make a line, go away, go downstairs to a cafe, go back again, think, maybe not so. I will start another picture. Not there. I must be focused. A huge picture is created in four days.

—What do you mainly paint?

- Partially charcoal and white pastel, partly acrylic, partly oil paint. Mixed technique to keep it alive. I can't stop and wonder.

—Do the people involved in the process know what the subject is?

-I tell them my idea. I have a lot of sketches with me, but not every small sketch works on a large format. When starting, I have many things checked, but the final picture is very foggy, as it emerges during work.

—You always had a talent for acting, you could draw freely with others. By creating in front of the audience, you give a chance to watch the creative process. For the audience, this is an extraordinary spectacle. On the other hand, do you need the audience something?

-Yes. People give me concentration. From among them I choose a model that poses for me. For example, the model casts a shadow, I make a contour, fill the background. This is a terrible job, after 6-7 hours of work a day after returning home I fall.

— Can you compare it with the actor's work?

-The actor has two hours of rehearsals before noon, two hours of performance, but he is not on stage all the time. But I am. I have to be the hero of the show all the time, go out to work with a gesture, almost do ballet. On average, between 15 and 70 people sit in the room.

—How did interest in the Drawing Theater come from? Is the desire to be an actor not fulfilled?

- I like the show. But it has nothing to do with the monkey showing technical skills that, for example, I can paint a portrait in 5 minutes. I tell stories. I always do and do what I feel like doing. I don't give a shit if you're wearing wide or narrow pants right now. I always wore pants with classic proportions.

—You are always very high on the various ranking lists of the best-selling artists. Do you think you have made a career in this regard?

- This is not necessarily true. At the last exhibition I haven't sold a single picture. As for the career, I should do it. But at some point in my life I didn't work enough, hang around, I made to order, I lost a lot of time. I should be much further.

— What do you think is a real painting career in the world?

- That people understand what I say and on the other hand for what I do I get a lot of money. I didn't realize that time flies so fast. I wasted ten years during which I could not go abroad. Of course, I wasn't sitting with my arms folded, waiting for the trip. I did this and that. But it wasn't really the Kościuszko scholarship that pulled me out of my stagnation. But it was too late to do what I dreamed about.

I changed into small ones doing scenery, poster and some publishing house. And only when going to bed, I closed my eyes and dreamed about what I would like to do. But despite these difficulties, I am happy that people understood what I did and bought, although they were often afraid of my paintings. - Beksiński offered me an apocalyptic vision that nothing would survive for future generations, even though he would love to. According to him, nothing can resist time.

—Do you care about survival?

-I think everybody cares about it. Beksinski must be taken seriously. He is certainly a witness of our time and I consider him in this type of painting to be the most important man in the world.

— What are you currently planning?

–I get ready for sketches, because I will have another "spectacle" of the Drawing Theater in Munich. I will come back to Poland in the summer, I don't know how long I will be there. Starowieyski, by inverting the number 9, dates his works back by three hundred years: 1690, 1691, but he is also clairvoyant. He showed me and explained sketches for a picture project in which a cubic kilometer would hang in the space above the Janowska plain, stretching around a castle built by one of his ancestors. It will be able to accommodate all human beings currently living. Jean Louis Ferrier, an art critic from the Le Point daily, said that this is an apocalyptic vision of the end of civilization that has not yet begun to exist.


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon