Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Franciszek Starowieyski


Franciszek Starowieyski (1930-2009) – był malarzem, rysownikiem, grafikiem, plakacistą, kaligrafistą, artysta, który robił scenografie teatralne i filmowe, kolekcjonerem głównie XVII-wiecznej sztuki, niektórzy mówią, że również skandalistą. Stworzył Teatr Rysowania, działanie na pograniczu sztuk o charakterze performance. Wystąpił jako bohater filmu Pupuzińskiego Bykowi chwała, zagrał też u Andrzeja Wajdy w Dantonie i u Krzysztofa Zanussiego w Strukturze kryształu.

Franciszek Starowieyski urodził się 8 lipca 1930 roku w Bratkówce na Podkarpaciu. Posiadał korzenie szlacheckie, rodzina pieczętowała się herbem Biberstein, którego rodowód sięga 958 roku. W domu mówiono po polsku, francusku i niemiecku, jako dziecko artysta kształcił się pod okiem guwernantek.

W czasie wojny przeniósł się z rodziną do Krakowa, gdzie w latach 1949-52 studiował malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych w pracowni Wojciecha Weissa i Adama Marczyńskiego. Tam też poznał Tadeusza Kantora, który wywarł na nim ogromne wrażenie. Na studiach przybrał pseudonim „Jan Byk".

Tworzył w Warszawie, Paryżu i Nowym Jorku, wykładał w Berliner Hochschule der Kunste (1980) i na Europejskiej Akademii Sztuki w Warszawie (od 1993 roku). Brał udział w ponad 200 wystawach krajowych i zagranicznych, między innymi jako pierwszy i jedyny Polak miał indywidualną wystawę w Museum of Modern Art w Nowym Jorku w 1985 roku, na której towarzyszyłem mu z aparatem w ręku.



—Tu wydaje mi się, że jestem wolny. Popatrz, jaki niesamowity nieboskłon. Wszystko zmienia się w zależności od pory dnia i roku, nigdy się nie powtarza, nie można się nudzić. Zresztą, zobaczysz zachód słońca, którego się nie zapomina, a dziś — z tego, co widzę — będzie niezwykle dramatyczny. Mogę tu stać i patrzeć, widzę cały świat. Zobacz, jak zmienia się zieleń. Nie trzeba się uczyć malarstwa, tylko bacznie obserwować, co się tu dzieje — mówił Starowieyski pokazując mi widok z 12 piętra swojej pracowni na ul.Bernardyńskiej w Warszawie.

—Faktycznie, widok jest niepospolity — przytaknąłem w zachwycie Franciszkowi Starowieyskiemu, znajdując się na ostatnim piętrze wierzowca, niedaleko Wilanowa, w jego pracowni. W tle panorama Warszawy, odległa iglica Pałacu Kultury, wieże kościelne, większość wypełnia ciągle zmieniające się niebo, po którym pędzą — gnane silnym wiatrem — chmury.

“Przypisują mi horror, okrucieństwo, jakieś demoniczne ekspresje, magię, kabałę i masochism. Nie znoszę tych okrucieństw, nie lubię też wszystkich tych przypisywań. Moi ludzie są zawsze klasyczni i doskonali, jak z Rafaela, wszyscy moi ludzie mają wzniosłe marzenia, godne ruchy. W ogóle marzę o sztuce doskonałej i idealnej” — pisał we wstępie do jednego z katalogów swoich wystaw Starowieyski.

—Najważniejsze emocje, wszelkie pojęcia kodują się w człowieku najwcześniej — ot, gdzieś do szesnastego roku życia — twierdzi Starowieyski. — W tym czasie też rodzi się u nas często nieuświadomiona wrażliwość, która potem owocuje twórczością; w późniejszym wieku z tego akumulatora wyobraźni głównie czerpiemy, rzadko uzupełniając jego potencjał. Ten pierwszy okres zaszczepia w człowieku twórcę, doświadczenie późniejsze czyni zeń raczej ilustratora. Moją dziecięcą apokalipsą był widok wielkiej powodzi w 1934 roku — znalazłem się w jej centrum pod Krosnem: pozrywane tory i mosty, a przede wszystkim pola wypłukane z ziemi, pokryte warstwą kamieni. Wtedy poznałem wielką niszczącą siłę przyrody. Ale jej wielkość odkryłem w zupełnie innych warunkach. Kiedy czytano mi baśnie — ten zewnętrznie obiektywnie materialistyczny świat zaludniał się czymś nad i pod ziemią, powstawało życie przez innych niedostrzegalne. I ciągle nie mogłem tego umiejscowić w swoich stronach w gliniano-podmokłym krajobrazie. Po jakimś czasie znalazłem się we dworze dziadków w Siedlcach i zachłysnąłem widokiem zbudowanym z piasku, sosen i wapienia pełnego tajemniczych odcisków odcisków dawnej roślinności. Ta łagodność pejzażu, jakaś śpiąca i wyciszona nieprawdopodobnie, przystawała do świata moich basin. Dodziś żyję tym obrazem, a większość przyrody odkrywam wówczas przez ciszę.

Franka Starowieyskiego poznałem w styczniu 1981 r. kiedy przyleciał do Nowego Jorku. Zatrzymał się u Ewy Pape 235 East 57th Street, Apt. 6E, która pomagała wielu polskim artystom w NY, wówczas 57th Street i na Medison Avenue znajdowały się najważniejsze galerie w Nowym Jorku. To było centrum światowe sztuki.



Kilka lat później cała sztuka przeniosła się na SoHo, potem na Chelsea, teraz jest na Williamsburgu na Brooklynie. Artyści zawsze szukają miejsc tanich. Kiedy po 10 latach dzielnica zwykle idzie do góry, przez to, że zagnieździła się sztuka, powstały pracownie, restauracje, kawiarnie, boutique, przyjeżdżają turyści sztuka się przenosi. W tym widzę fantastyczną witalność…

Niemal natychmiast przypadliśmy sobie do gustu. Uwielbiam ludzi, którzy coś potrafią, godzinami mogłem obserwować i fotografować jak Franek rysował, nic mu nie przeszkadzało mogliśmy rozmawiać, robiłem zdjęcia. Nie był to artysta, oczekujący na natchnienie w ciszy, może coś przyjdzie do głowy. Proszę nic nie mówić, bo ucieknie mi pomysł. Pracował systematycznie, warsztat miał opanowany do perfekcji. Pod koniec życia robił tzw. “teatr rysowania”, gdzie zapraszał ludzi.

W 1985 r. Starowieyski przyleciał ponownie do Nowego Jorku, miał wystawę indywidualna plakatu w MoMA, mało kto w Polsce o tym wie, a to jedno z największych wyróżnień dla artysty. Pamiętam jak obserwował z otwartymi ustami jego prace dyrektor MoMA Richard D. Oldenburg, który niejednego wybitnego artiste widział, w czasie ponad 20 lat dyrektorowania (1972-1995). Był Starowieyskim zauroczony na wernisaż, który odbył się 11 kwietnia 1985 r. To jedyna indywidualna wystawa malarza polskiego w MOMA. Starowieyski powiedział mi wtedy: „...Nigdy nie uważałem się za twórcę grafiki użytkowej. Jestem malarzem, który w okresie gdy poza oficjalnymi galeriami dla malarstwa w Polsce nie nie było miejsca, zajął się plakatem. Moje plakaty nie działają agitująco, są komentarzem do zdarzenia. Współczesny człowiek pozbawiony wiary przez świeckie ideologie szuka mistyki. Zarzuca mi się sadyzm, to jednak nic więcej jak odwieczny temat świętych męczenników. Kobieta – alegoria sama w sobie – jest ucieleśnieniem symbolem dziwnej mieszaniny marzeń twórcy i żądz mężczyzny. Litery i cyfry, nawet gdy pozornie są tylko 1,2,3... lub A,B,C... zawsze mają ukryty sens, określają najbardziej nawet swobodne formy.



Cały mój warsztat pracy to 5 kredek, gumka, pudełko akwarel, fiksatywa i zdobyta w pracowni graficznej „The New York Times” superkryjąca biała farba do retuszów...”.

Przy pomocy tak prostego warsztatu Starowieyski wyczarowywał surrealistyczne światy, przed którymi kłębiły się tłumy nowojorczyków.

Oprócz malarstwa Starowieyski zajmował się kolekcjonerstwem, jego pracownia wyglądała jak muzeum, wszędzie stylowe meble, zegary, biała broń: „...Pracuje systematycznie 6-8 godzin dziennie — mówił Starowieyski — poźniej oczy są już tak zmęczone, że nie można już więcej, a ja jestem człowiekiem bardzo aktywnym, więc muszę coś robić – i dlatego zajmuje się kolekcjonerstwem.

W Niemczech o antykach mówi się „towar nostalgiczny”. Moja nostalgia odnosi się do XVII-wiecznego świata i zaczęłem maniacko gromadzić wokół siebie przedmioty z tego okresu; potem była selekcja – nie miałbym przecież gdzie mieszkać. Ciągle dokupuje, w Stanach kupiłem dużo dobrej broni oraz mebli”.

Jedno z ostatnich spotkań, jakie z nim miałem, gdzieś na rok przed śmiercią. Opowiadał mi jak w szpitalu złodziej okradł go w pokoju. Był wzburzony, nawet nie dlatego, że go okradł, ale dlatego, że nie mógł mu przyłożyć, tak był osłabiony.



  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon