Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Eva J.Pape


“…niestrudzony polsko-amerykański mecenas sztuki /an indefatigable Polish-American patron of the arts…” – Eva Pape “Newsweek” Nowy Jork, 13 sierpnia 1979.

Eva J. Pape z domu Pelczar (ur. 24 grudnia 1942 r. we Lwowie – zm. 2 marca 2003 r. w Nowym Jorku) – propagatorka sztuki polskiej w Ameryce.

Evę Pape poznałem w styczniu 1981 r. w jej mieszkaniu przypominającym muzeum sztuki nowoczesnej na 235 East 57th Street w Nowym Jorku. Pamiętam tę sesję, kiedy powiedziałem jej, że jedno ze zdjęć będę chciał użyć na mojej pierwszej w Nowym Jorku wystawie pt. „PORTRAITS Americans of Polish Origins” w maju 1981 r. Zapytał mnie czy mam finansowanie? Powiedziałem, że wybitny grafik, który robił plakaty dla Rolling Stonsów – Stanisław Zagórski, obiecał za darmo zaprojektować katalog, polska drukarnia ma to wydrukować a „Nowy Dziennik” z którym współpracuję, będzie o tym pisać…i właściwie to wszystko, gdyż rok temu przyleciałem do Nowego Jorku. Podeszła do biurka, wzięła książeczkę czekową, wypisała czek i podała mi, uśmiechając się. Jak zobaczyłem sumę, to zdrętwiałem, była naprawdę poważna, jak na tamte czasy.

Od tego czasu, przy różnych okazjach się spotykaliśmy. U niej poznałem Franka Starowiejskiego w 1985 r., kiedy przyleciał do Nowego Jorku i u niej mieszkał, i malował, miał wówczas indywidualną wystawę w MoMA (Museum of Modern Art). Spotykaliśmy się również w Wojciechem Fangorem i żoną, Ewa znała wielu znanych artystów Jurka Kosińskiego, Warhola... Potem spotkaliśmy się w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta w Warszawie w 1991 r. na mojej wystawie oraz z Romanem Opałką.


Z amerykańskego „Who's Who in the World” oraz wielu informacji w prasie wynika, że Ewa Janina Pape, z domu Pelczar, urodziła się we Lwowie. Studiując w Łodzi, zarabiała na życie projektując lampy, meble, barwne talerze, była modelką.

14 grudnia 1962 roku, w dzień swoich urodzin, wylądowała w Stanach Zjednoczonych, gdzie od kilku lat mieszkali jej rodzice. Studiowała na uniwersytecie Ann Arbor i podobnie jak w Polsce projektowała m. in. biżuterię, jako zapalony gracz w „Backgammon” zaprojektowała stolik do gry.

18 lutego 1965 roku wyszła za mąż za biznesmena Waltera F. Pape, z którym ostatecznie rozeszła się w 1985 roku.

Nieprzerwanie od 1966 roku Ewa Pape była organizatorką i sponsorką kilkudziesięciu wystaw polskiego malarstwa, rzeźby i fotografii w Ameryce. Mimo iż nie miała własnej galerii, udało jej się wystawiać w galeriach i muzeach w Stanach Zjednoczonych takich artystów, jak: Berdyszak, Dłubak, Dobkowski, Brzozowski, Fangor, Gierowski, Kantor, Gostomski, Lebenstein, Nikifor, Nowosielski, Starowieyski, Stażewski, Winiarski...

W magazynie „Nasza Ojczyzna” w czerwcu 1971 roku pisano: „…Jesteśmy więc w mieszkaniu państwa Pape przy Park Avenue. Właściwie nie jest to mieszkanie, lecz po trosze hotel, magazyn i garderoba. Kto spojrzy uważnie na ów ciekawy bałagan, musi się zamyślić nad indywidualnością pani i tolerancją pana domu.

Na każdym wolnym miejscu, w pokojach, w korytarzu, kuchni i łazience, wiszą obrazy. Stoją także pod ścianami i zalegają na ziemi. Stoły zasłane są katalogami, magazynami, wycinkami z gazet, zaproszeniami na różne otwarcia.

Prawie wszystkie obrazy są polskie, a wszystkie — współczesne…”.

Dwadzieścia lat później mieszkanie Ewy Pape, gdzie przeprowadziłem z nią rozmowę, przypomina mi ten opis. Nie znajduje się już tylko na Park Avenue, a na prestiżowej stronie wschodniej 57. Ulicy na Manhattanie. Przybyło obrazów i rzeźb artystów młodej generacji, a Ewa Pape przyjmuje mnie z nieodłącznym Miszką (Yorkshire terierem) na ręku.


—Czesław Czapliński: Niektóre pani wypowiedzi budzą wątpliwości. Ma pani zarówno oddanych zwolenników, jak i zagorzałych wrogów, którzy nie zostawiają na pani suchej nitki.

—Ewa Pape: Liczą się fakty, a nie słowa. Posłużę się tu moją wypowiedzią, która została opublikowana w miesięczniku „Twój Styl”: Tych, którzy wystawiają mi nieprzychylne cenzurki mogę jedynie zapytać: czy znają kogoś, kto przez ostatnie dwadzieścia lat zrobił więcej dla popularyzacji polskich sztuk plastycznych w Ameryce? Jeśli tak, proszę o nazwisko i adres. Chętnie podzielę się sukcesami, ale chciałabym dzielić również trudności — przede wszystkim finansowe — jakie trzeba pokonać, by zorganizować w Stanach wystawę sztuki polskiej...”.

Nigdy w historii tak nie było, aby o kimś, kto coś robi, nie mówiono również źle. W Ameryce jest zasada, że jeśli mówią, nawet źle, to jest lepiej, niż by nic nie mówili.

—Cz.Cz.: Są również kontrowersje na temat wielkości majątku pani męża: był przeciętnym biznesmenem, milionerem czy miliarderem?

—E.P.: Walter wart jest kilkadziesiąt milionów dolarów. Ich firmę zaczął jego dziadek w 1910 roku, już wówczas byli bogaci. Ale nie jest tak, jak Polacy myślą, że każdy milioner chwali się, ile ma pieniedzy, oni zawsze chowali swoje pieniądze. Mnie się zawsze dostawało od teścia, że były o mnie artykuły w prasie amerykańskiej. Kiedy moje zdjęcia były w „Womens World” czy „Vogue”, mówił, tłumacząc to na polski: „Zawsze imię głupie wiesza się na słupie”. Wściekał się i rzucał gazetami, mówiąc, że uczciwy człowiek powinien być w gazecie tylko trzy razy w życiu: kiedy się urodzi, wychodzi za mąż i umiera. Taka była ich zasada rodzinna.


—Cz.Cz.: Co pani dało promowanie sztuki polskiej w Ameryce przez 25 lat?

—E.P.: Już 27 lat, czas leci. Raczej byłoby lepiej zapytać, co zabrało? Straciłam męża, który miał dość mojego zajmowania się bez przerwy polskimi artystami.

—Cz.Cz.: W takim razie spytam inaczej: co panią skłoniło do zajęcia się promowaniem polskiej sztuki w Ameryce?

—E.P.: Odpowiem językiem Reja, że „Polacy nie gęsi i swój język mają”. Przyjechałam do Ameryki utrzymywać swoich rodziców, którzy umierali z głodu, a nie jak niektórzy mówili „Ta śliczna blondynka przyjechała poderwać sobie milionera”. To się stało dużo później. Przyjechałam do Detroit 24 grudnia 1962 roku, na Boże Narodzenie. Pamiętam tę gwiazdkę źle, była jakaś gotowana kura, maślanka i chleb. Mój brat, który został zabrany w 1939 roku mając 13 lat na Syberię, walczył pod Monte Cassino, po wojnie przyjechał do Ameryki, gdzie sprowadził rodziców, co było strasznym błędem. Kiedy wspominam okres polski, uważam, że powodziło im się całkiem znośnie, a tu mieli naprawdę trudne warunki życia. Jako plastyczka w Polsce robiłam sporo użytkowych rzeczy: lampy, zasłony na okna, ceramikę. Trochę modelowałam, grałam drobne role w Lublianie, Zagrzebiu. Pamiętam, jak płacili mi za występ kożuchami, nie wiedziałam potem, co z nimi robić, jak je do Polski przywieźć.

—Cz.Cz.: Od czego zaczęła pani w Ameryce?

—E.P.: Poszłam na uniwersytet w Ann Harbor. Chociaż nie, najpierw zastanawiałam się, czy nie popełnić samobójstwa. Potem się zebrałam w sobie, pożyczyłam pieniądze i zaczęłam studiować w prywatnym Ann Harbor. Następnie zabrałam z sobą rodziców do Chicago. Nie było łatwo na początku. W 1965 roku poznałam Waltera Pape i wyszłam za niego za mąż.


—Cz.Cz.: Wychodząc za mąż za WASP-a (White Anglo-Saxson Protestant) wpadła pani w zupełnie inne środowisko.

—E.P.: Tak. Najpierw mieszkaliśmy w Waldorf Towers, później przez dwa lata w Drake Hotelu, gdzie bębnił mi nad głową nasz słynny Rubinstein. Musieliśmy przeprowadzić się w drugi koniec, gdyż zaczynał 0 3:30 rano.

—Cz.Cz.: Jak zachowywało się otoczenie w stosunku do pani?

—E.P.: Pytali mnie skąd jestem, odpowiadałam, że „from Poland”, na co oni, że „From Holland — taki piękny kraj, tulipany”. Ja powtarzałam, że „from Poland”. „A gdzie jest Polska?” — replikowali. Bo niestety, mimo że ci ludzie odebrali wspaniałe wykształcenie w najlepszych uniwersytetach Yale i Harvard, ale na temat Polski wiedzieli mało.

Zdałam sobie sprawę, że muszę coś zrobić dla sztuki polskiej w Ameryce, i natychmiast się tym zajęłam. Pierwszą wystawę miałam w Drake Hotel, wynajęliśmy całe drugie piętro, na którym notabene był pan Rubinstein, Salvadore Dali.

—Cz.Cz.: Kto był pani pierwszym artystą?

—E.P.: Prof. Piotr Niemczyc, historyk sztuki, który był naszym gościem przez pół roku. Niemczyc miał szaloną cierpliwość, zabierał mojego męża do muzeum i uczył go sztuki. Spodobało mu się to, a ja zaczęłam jeździć do Polski regularnie.

W 1966 roku zrobiłam prześmieszną wystawę, gdzie była grupa Czerwono-Czarnych, śpiewała Karin Stanek w White House Gallery na

57. Ulicy. Następnie w 1967 roku była duża wystawa Nikifora w Bodley Gallery, w sumie do dziś urządziłam kilkadziesiąt wystaw.


—Cz.Cz.: Gdzie pani wyszukiwała polskich artystów?

—E.P.: W Polsce, gdzie jeździłam po kilka razy w roku, mieszkałam w Hotelu Europejskim, wstawałam o siódmej rano i z pieskiem „Filipem” pod pachą biegałam po pracowniach, muzeach, galeriach. Każdy, kogo odwiedzałam, dawał mi kawę i koniak. Kiedy wracałam podchmielona i głodna w nocy do Hotelu Europejskiego, pokojówka sprzedawała mi swoją bułkę z herbatą, bo już nic nie można było kupić. Tak się żywiłam przez dwa tygodnie, po których wracałam z przekrwionymi oczyma, przepracowana. Mąż robił mi po powrocie sceny, prosił, abym ograniczyła swoje wyjazdy do Polski.

W międzyczasie kupiłam dużą kolekcję starej sztuki: Malczewski, Boznańska, Axentowicz, której nie mogło kupić Muzeum Narodowe w Warszawie, gdyż postanowiliśmy założyć polskie muzeum przy Fundacji Kościuszkowskiej. Włączony był w to pan Mazur, który miał dać budynek. Mój mąż pytał: po co ci tyle obrazów, ale starym zwyczajem interesy załatwiał na podanie ręki. Dziś pan Mazur twierdzi, że ja mu te obrazy podarowałam. Niby dlaczego? Obraz Boznańskiej, który wisi teraz u mnie, najpierw kupiłam z panem Lorentzem za 3 tysiące dolarów, później był na przechowaniu u pana Mazura, a niedawno odkupiłam go za 15 tysięcy dolarów. Czy to nie zwariowana sytuacja?

—Cz.Cz.: Pani mąż w pewnym momencie tego nie wytrzymał?

—E.P.: Tak, Walter miał tego dość. Poza tym, jak pan widzi na zdjęciach, mieliśmy duży dom w Los Angeles i u nas odbywały się wszystkie oficjalne przyjęcia, gdy na przykład polski film był nominowany do Oscara. Pierwsze przyjęcie było dla Hoffmana („Potop”), później dla Wajdy. Nikt mi za to nie dziękował, każdy zdawał się to traktować jako nasz obowiązek. Walter nie mógł tego znieść. Tak samo było w naszym olbrzymim mieszkaniu na Park Avenue w Nowym Jorku, gdzie jeśli się ktoś już wprowadził, nie bardzo chciał się wyprowadzić. Jeśli kogoś raz przenocowałam, to po trzech miesiącach jeszcze u mnie był. Mój mąż mówił: Jeżeli ta pani się nie wyprowadzi, to do Polski nie pojedziesz. Więc ja daję jej pieniądze na mieszkanie, znajduję pracę, wyjeżdżam wieczorem do Polski, a ona do innych mówi: „Pape wyrzuciła mnie na ulicę”. Zapomniała dodać, że z pieniędzmi, mieszkaniem, pracą. Poza tym nie miałam żadnego obowiązku tego robić, gdyż ją mało znałam.

Walter zaczął mi stawiać ultimatum, że jeśli nie rzucę sztuki polskiej i nie przestanę zajmować się bez przerwy Polakami, to się wycofuje. Ja w odpowiedzi na to wyjechałam do Polski, nie traktując tego poważnie. Gdy wróciłam, wyprowadził się.

—Cz.Cz.: Została pani na lodzie?

—E.P.: Tak można powiedzieć, ale na szczęście po trzech miesiącach poznałam Edmunda Thorntona. Tak jak Walter był milionerem, on był multimilionerem. Należy do niego całe miasteczko pod Chicago, gdzie postawił rzeźbę Perllesa na 30 stóp wysoką i 42 stopy długą, która z wiatrem się kręci, oraz rzeźbę Fangora „Trzech Olbrzymów”. Mówiono, że polska księżniczka kazała mu postawić rzeźbę, aby pilot wiedział, gdzie ma lądować samolot. Później razem z nim zrobiliśmy na 200 akrach ziemi projekt parku rzeźby, który był pokazywany w Whitney Museum w 1985 roku, i wyszła o nim książka.

—Cz.Cz.: Co pani robi obecnie?

—Cz.Cz.: Myślę, że wystawa, którą robię obecnie, jest najważniejsza dla Polaków, gdyż pokazuje nasz wkład w kulturę amerykańską: „Creme de la Creme of American Artists of Polsh Descent” (Śmietanka amerykańskich artystów polskiego pochodzenia). Będzie to wystawa najsłynniejszych Polaków, tzn. Amerykanów polskiego pochodzenia, od nieżyjących, poprzez średnią generację i tych zupełnie najmłodszych, ale tylko tych, którzy coś zrobili. Na tym zakończy się moja praca, jeśli chodzi o polską sztukę.


—Cz.Cz.: Nie bardzo w to wierzę, przy każdej wystawie tak pani mówi i robi następną. Kiedy w 1979 roku przyjechałem do Nowego Jorku, jako pierwszą wystawę w tym mieście, gdzie jest ponad tysiąc galerii i kilkadziesiąt muzeów, widziałem wystawę „Fotografia polska 1839-1979”.

—E.P.: Ta wystawa to prawie trzy lata mojego życia, podróży do Polski. Zaczęło się w 1978 roku, kiedy byłam w Polsce z Edmundem, wystawa była planowana na rok 1983. Edmund poprosił dyrektora ICP, Capę, aby tę wystawę przyspieszyć. Wytłumaczył mu, że w Polsce jest zła sytuacja polityczna i jeśli wystawa nie odbędzie się w 1979 roku, to nie wiadomo czy kiedykolwiek dojdzie do skutku. Capa zgodził się na to. Jak pan wie, potem był stan wojenny. Wystawa była triumfem, pisały o niej wszystkie niemal pisma.

—Cz.Cz.: Współpracowała pani również z Fundacją Kościuszkowską, była pani honorową przewodniczącą balu w 1969 roku.

—E.P.: Od 1970 roku, najpierw z panem Mierzwą, a później dr Kusielewiczem, ustanowiliśmy stypendia. Sciągaliśmy artystów z Polski, ja znalazłam studio w Westbeth, za które Walter zapłacił. Jako jedni z pierwszych przyjechali Gostomski i Dłubak. Założenie było takie, że każdy artysta miał podarować Fundacji Kościuszkowskiej jeden obraz, aby stworzyła sobie kolekcję sztuki nowoczesnej i ludzie mogli zobaczyć, co się w Polsce dzieje. Kilku to zrobiło, większość nie. Zamierzam napisać książkę, w której znajdą się wszystkie fakty o dziś bardzo sławnych artystach, fakty nieraz skandaliczne. Przydarzyły mi się rzeczy zupełnie niesamowite i absurdalne zarazem.

—Cz.Cz.: Są ludzie, którzy najchętniej widzieliby panią pod mostem lub żebrzącą na 5. Alei. Nie mogą znieść, że ciągle pani coś robi, mieszka w dobrym punkcie. Zachodzą w głowę, z jakiego spadku pani żyje, krążą na ten temat legendy.

—E.P.: Może to zabrzmieć banalnie, ale ciężko pracuję. Pośredniczę w sprzedaży wielkich mistrzów: Picassa, Matisse'a, mam z tego procent, jestem doradcą do spraw artystycznych różnych korporacji, współpracuję z galeriami, muzeami. Chcę tu jeszcze raz podkreślić, że jeśli chodzi o sztukę polską, to wkładam w to pieniądze. Dla przykładu podarowałam w Ameryce Stażewskiego do 18 muzeów.

—Cz.Cz.: Kto według pani z polskich artystów zrobił niekwestionowaną karierę w Ameryce?

—E.P.: Na pewno Magdalena Abakanowicz, Roman Opałka i Franciszek Starowieyski.

—Cz.Cz.: Co jest najważniejsze w osiągnięciu kariery artystycznej w Stanach Zjednoczonych?

—E.P.: Nowy Jork konkretnie daje możliwość oglądania bardzo różnych artystów i stylów z całego świata. To jest znakomita szansa dla artystów, ale trzeba uważać, aby nie robić rzeczy wtórnych. Trzeba mieć oryginalne podejście do sztuki, bez względu na to, czy to się komuś podoba, czy nie. W przypadku malarza trzeba malować, malować i jeszcze raz malować, wówczas dochodzi się do własnego oryginalnego stylu.

—Cz.Cz.: Już na zakończenie, gdyby miała pani możliwość przeżyć swoje życie jeszcze raz, jakie poprawki by pani do niego wprowadziła?

—E.P.: Ogólnie robiłabym to samo, ale nie kosztem rodziny, dzieci, normalnego domu, żałuję, że tak się stało. Ostatnio duże wrażenie zrobił na mnie widok pary staruszków, którzy szli trzymając się za ręce. Nieraz zastanawiałam się, co po mnie pozostanie, sterty wycinków prasowych i nic więcej.


“The New York Times” napisał, że Eva J.Pape zmarła 2 marca 2003 r. “…PAPE-Eva J. Niestrudzona polsko-amerykańska patronka sztuki /An indefatigable Polish-American patriot of the arts, died March 2, 2003. Memorial April 27, 2003 at 3:30 PM, Frank E. Campbell, New York City…”.


PORTRAIT with HISTORY Eva J.Pape

"... indefatigable Polish-American patron of art / an indefatigable Polish-American patron of the arts ..." - Eva Pape "Newsweek" New York, August 13, 1979.

Eva J. Pape née Pelczar (born December 24, 1942 in Lviv - died March 2, 2003 in New York) - a propagator of Polish art in America.

I met Eva Pape in January 1981 in her apartment reminiscent of the Museum of Modern Art at 235 East 57th Street in New York. I remember this session when I told her that one of the photos I would like to use at my first New York exhibition entitled "PORTRAITS Americans of Polish Origins" in May 1981. He asked me if I had funding? I said that the outstanding graphic designer who made posters for Rolling Stons - Stanisław Zagórski, promised to design the catalog for free, the Polish printing house would print it and the "Nowy Dziennik" with which I work will write about it ... and that's all, because I came here a year ago to New York. She went to the desk, picked up the checkbook, wrote the check and gave it to me, smiling. When I saw the sum, I felt numb, it was really serious for those times.

Since then, we have met on various occasions. I met Frank Starowiejski in her in 1985, when he flew to New York and lived and painted with her, he had an individual exhibition at the MoMA (Museum of Modern Art). We also met in Wojciech Fangor and wife, Ewa knew many well-known artists Jurek Kosiński, Warhol ... Then we met in the Zachęta National Gallery of Art in Warsaw in 1991 at my exhibition and with Roman Opałka.

The American "Who's Who in the World" and a lot of information in the press show that Ewa Janina Pape, née Pelczar, was born in Lviv. While studying in Lodz, she earned a living designing lamps, furniture, colorful plates, she was a model.

On December 14, 1962, on her birthday, she ended up in the United States, where her parents had lived for several years. She studied at the University of Ann Arbor and, like in Poland, she designed, among others jewelry, as an avid player in "Backgammon" designed a game table.

On February 18, 1965, she married businessman Walter F. Pape, with whom she eventually split in 1985.

Continuously since 1966, Ewa Pape was the organizer and sponsor of several dozen exhibitions of Polish painting, sculpture and photography in America. Although she did not have her own gallery, she managed to exhibit such artists as: Berdyszak, Dłubak, Dobkowski, Brzozowski, Fangor, Gierowski, Kantor, Gostomski, Lebenstein, Nikifor, Nowosielski, Starowieyski, Stażewski, Winiarski in galleries and museums in the United States ...

In the magazine 'Nasz Ojczyzna' in June 1971 it was written: '... So we are in the apartment of the Pape State at Park Avenue. It is not actually a flat, but rather a hotel, warehouse and wardrobe. Whoever looks closely at this interesting mess must think about the individuality of the lady and the tolerance of the master of the house.

On every free place, in the rooms, in the hallway, kitchen and bathroom, there are paintings. They also stand against the walls and lie on the ground. The tables are covered with catalogs, magazines, newspaper clippings, invitations to various openings.

Almost all the paintings are Polish and all are contemporary ... ".

Twenty years later, Ewa Pape's apartment, where I interviewed her, reminds me of this description. It is no longer just on Park Avenue, but on the prestigious eastern side of 57th Street in Manhattan. There were more paintings and sculptures of young generation artists, and Ewa Pape receives me with the inseparable Miszka (Yorkshire terrier) in her arms.


—Czesław Czapliński: Some of your statements raise doubts. You have both devoted followers and die-hard enemies who do not leave a dry thread on you.

—Ewa Pape: Facts matter, not words. I will use my statement here, which was published in the monthly 'Twój Styl': Those who give me unfavorable censorships can only ask: do they know someone who has done more to popularize Polish visual arts in America over the last twenty years? If so, please provide name and address. I would like to share my successes, but I would also like to share the difficulties - primarily financial - that must be overcome to organize an exhibition of Polish art in the United States ... " It has never been so in history that someone who does something is not also said badly. There is a rule in America that if they speak even badly, it is better than they would say nothing.

—Cz. Cz .: There are also controversies about the size of your husband's assets: was he an average businessman, millionaire or billionaire?

—E.P .: Walter is worth several dozen million dollars. Their company was started by his grandfather in 1910, they were already rich at that time. But it's not like Poles think that every millionaire brags about how much money they have, they always kept their money. I always got from my father-in-law that there were articles about me in the American press. When my photos were in "Womens World" or "Vogue", he said, translating it into Polish: "Always a silly name hangs on a pole." He was furious and threw newspapers, saying that an honest man should only be in the newspaper three times in his life: when he is born, he gets married and dies. That was their family principle.

—Cz. Cz .: What did you do to promote Polish art in America for 25 years?

—E.P .: It's been 27 years, time flies. It would be better to ask what it took? I lost my husband, who had had enough of my constant care for Polish artists.


—Cz. Cz .: In that case I will ask differently: what made you decide to promote Polish art in America?

—E.P .: I will answer with Rej's tongue that "Poles don't have geese and they have their own language." I came to America to support my parents who were starving, not as some said, "This pretty blonde came to pick up a millionaire." It happened much later. I arrived in Detroit on December 24, 1962, at Christmas. I remember this Christmas badly, there was some cooked chicken, buttermilk and bread. My brother, who was taken in 1939 when he was 13 in Siberia, fought at Monte Cassino, after the war he came to America, where he brought his parents, which was a terrible mistake. When I remember the Polish period, I think that they were doing quite well, and here they had really difficult living conditions. As a visual artist in Poland, I did a lot of useful things: lamps, window curtains, ceramics. I modeled a little, played minor roles in Lublin, Zagreb. I remember when they paid me for their performance with sheepskin coats, I didn't know what to do with them, how to bring them to Poland.

—Cz. Cz .: Where did you start in America?

—E.P .: I went to university at Ann Harbor. Although not, I was first thinking about committing suicide. Then I gathered myself, borrowed money, and began studying in private Ann Harbor. Then I took my parents to Chicago. It wasn't easy at the beginning. In 1965 I met Walter Pape and married him.

—Cz.Cz .: When you got married to WASP (White Anglo-Saxson Protestant), you fell into a completely different environment.

—E.P .: Yes First, we lived in Waldorf Towers, then for two years in the Drake Hotel, where our famous Rubinstein drummed over my head. We had to move to the other end because it started at 3:30 in the morning.

—Cz,Cz.: How did the environment behave towards you?

—E.P .: They asked me where I was from, I replied that "from Poland", for what they said, "From Holland - such a beautiful country, tulips". I kept saying that "from Poland". "And where is Poland?" - replicated. Unfortunately, despite the fact that these people received great education at the best Yale and Harvard Universities, but they knew little about Poland. I realized that I had to do something for Polish art in America, and I immediately took care of it. I had my first exhibition at the Drake Hotel, we rented the entire second floor, in which Mr. Rubinstein, Salvador Dali, was.


—Cz.Cz .: Who was your first artist?

—E.P .: Prof. Piotr Niemczyc, an art historian who was our guest for six months. Niemczyc had crazy patience, took my husband to the museum and taught him art. He liked it and I started to go to Poland regularly.  In 1966 I made a hilarious exhibition where there was a group of Red-Black people, she sang Karin Stanek at the White House Gallery at 57. Street. Then in 1967 there was a large Nikifor exhibition at the Bodley Gallery, in total I have organized dozens of exhibitions to this day.

—Cz.Cz .: Where did you look for Polish artists?

—E.P .: In Poland, where I traveled several times a year, I lived in the Hotel Europejski, I got up at seven in the morning and with my dog ​​"Filip" under my arm I ran around workshops, museums, galleries. Everyone I visited gave me coffee and cognac. When I came back drunk and hungry at night to the European Hotel, the maid sold me her tea roll because nothing could be bought. I lived like that for two weeks, after which I returned with bloodshot eyes, overworked. My husband did a scene after returning to me and asked me to limit my trips to Poland. In the meantime, I bought a large collection of old art: Malczewski, Boznańska, Axentowicz, which could not be bought by the National Museum in Warsaw, because we decided to found a Polish museum at the Kościuszko Foundation. Mr. Mazur, who he had, was involved to give a building. My husband asked: why do you need so many paintings, but the old custom is to do business by shaking hands. Today, Mr. Mazur claims that I gave him these paintings. But why? Boznańska's painting, which now hangs with me, I first bought with Mr. Lorentz for $ 3,000, then he was in safekeeping with Mr. Mazur, and recently I bought it back for $ 15,000. Is this a crazy situation?

—Cz. Cz .: Your husband couldn't stand it at some point?

—E.P .: Yes, Walter had had enough of this. In addition, as you can see in the pictures, we had a large house in Los Angeles and all official parties took place here, for example when the Polish film was nominated for an Oscar. The first party was for Hoffman ("The Deluge", then for Wajda. Nobody thanked me for that, everyone seemed to treat it as our duty. Walter couldn't stand it. It was the same in our huge apartment on Park Avenue in New York, where if someone had already moved in, they didn't really want to move out. If I spent the night once, he was still with me after three months. My husband said: If this lady does not move, you will not go to Poland. So I give her money for an apartment, find a job, go to Poland in the evening and she says to others: "Pape threw me out on the street." She forgot to add that with money, housing, work. Besides, I had no obligation to do this because I knew her little. Walter began to give me an ultimatum that if I do not quit Polish art and stop working with Poles all the time, he will withdraw. In response, I went to Poland without taking it seriously. When I returned, he moved out.

—Cz. Cz .: Have you stayed on ice?

—E.P .: You can say that, but luckily after three months I met Edmund Thornton. Just as Walter was a millionaire, he was a multimillionaire. He owns the entire town of Chicago, where he built a Perlles sculpture 30 feet high and 42 feet long, which revolves with the wind, and the sculpture of Fangor "Three Giants".

It was said that the Polish princess told him to put up a sculpture so that the pilot knew where to land the plane. Later, together with him, we did a sculpture park project on 200 acres of land, which was shown at the Whitney Museum in 1985, and a book about it came out.


—Cz. Cz .: What are you doing now?

—Cz.Cz .: I think the exhibition I am doing now is the most important for Poles, because it shows our contribution to American culture: 'Creme de la Creme of American Artists of Polsh Descent' (Cream of American artists of Polish origin). It will be an exhibition of the most famous Poles, i.e. Americans of Polish descent, from the dead, through the middle generation, and the youngest, but only those who did something. This will end my work when it comes to Polish art.

—Cz.Cz .: I don't really believe it, you say so at every exhibition and do the next one. When in 1979 I came to New York as the first exhibition in this city, where there are over a thousand galleries and dozens of museums, I saw the exhibition "Polish Photography 1839-1979".

—E.P .: This exhibition is almost three years of my life traveling to Poland. It started in 1978, when I was in Poland with Edmund, the exhibition was planned for 1983. Edmund asked ICP director, Capa, to speed up the exhibition. He explained to him that there is a bad political situation in Poland and if the exhibition does not take place in 1979, it is not known if it will ever take place. Capa agreed. As you know, then martial law followed. The exhibition was a triumph, almost all the letters wrote about it.

—Cz.Cz.: You also worked with the Kosciuszko Foundation, you were the honorary president of the ball in 1969.

—E.P .: Since 1970, first with Mr. Mierzwa and later Dr. Kusielewicz, we have established scholarships. We attracted artists from Poland, I found a studio in Westbeth for which Walter paid. Gostomski and Dłubak were among the first to arrive. The assumption was that each artist was to give the Kościuszko Foundation a donation one picture to create a collection of modern art and let people see what is happening in Poland. A few did, most did not. I intend to write a book that will contain all the facts about today very famous artists, sometimes outrageous facts. Things that happened to me were amazing and absurd at the same time.

—Cz.Cz.: There are people who would most likely see you under a bridge or begging on 5th Avenue. They can't stand that you are still doing something, living in a good place. They wonder what inheritance you are living from, there are legends about it.

—E.P .: It may sound trivial, but I work hard. I mediate in the sale of great masters: Picasso, Matisse, I have a percentage of it, I am an advisor for artistic matters of various corporations, I cooperate with galleries and museums. I want to stress here once again that when it comes to Polish art, I put money into it. For example, I donated 18 museums in America to Stażewski.

—Cz.Cz.: Who do you think of Polish artists made an unquestioned career in America?

—E.P .: Certainly Magdalena Abakanowicz, Roman Opałka and Franciszek Starowieyski.

—Cz.Cz.: What is the most important thing in achieving an artistic career in the United States? —E.P .: New York specifically gives you the opportunity to watch very different artists and styles from around the world. This is a great opportunity for artists, but be careful not to do secondary things. You have to have an original approach to art, whether you like it or not. In the case of a painter, you have to paint, paint and paint again, then you come to your own original style.

—Cz.Cz.: At the end, if you had the opportunity to live your life again, what corrections would you make to it?

—E.P .: In general, I would do the same, but not at the expense of my family, children, normal home, I regret that it happened. Recently, I was impressed by the sight of an elderly couple who were walking holding hands. Sometimes I wondered what would be left of me, piles of press clippings and nothing more. The New York Times wrote that Eva J. Papa died on March 2, 2003. "... PAPE-Eva J. Tireless Polish-American patronka Sztuki / An indefatigable Polish-American patriot of the arts, died March 2, 2003. Memorial April 27, 2003 at 3:30 PM, Frank E. Campbell, New York City ... ".



  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon