top of page
Szukaj

PORTRET z HISTORIĄ Maciej Feldhuzen

  • Zdjęcie autora: Czesław Czapliński
    Czesław Czapliński
  • 28 wrz 2020
  • 17 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 21 lut

Maciej Feldhuzen (ur. 26 kwietnia 1906 w Warszawie, zm. 11 listopada 1990 w Rio de Janeiro) – polski dziennikarz, korespondent wojenny, po II wojnie światowej na emigracji.

Był synem Adama i Ireny. Wychowywała go matka (rodzice byli rozwiedzeni).

Ukończył Gimnazjum Konopczyńskiego i studia ekonomiczne w Institut supérieur de commerce w Antwerpii. W 1930 powrócił do Polski, pracował jako dziennikarz w Gazecie Handlowej, dziale prasowym polskiej fabryki General Motors oraz dziale prasowym przedstawicielstwa Austro-Daimler. Następnie został dziennikarzem Kuriera Polskiego, w którym pracował jako korespondent zagraniczny, w tym od 1937 w Pradze. Został stamtąd wydalony po wybuchu II wojny światowej. W czasie wojny obronnej w 1939 został przydzielony jako tłumacz do Legionu Czechów i Słowaków. 18 września 1939 dostał się do niewoli sowieckiej, z której jednak uciekł. Granicę z Rumunią przekroczył razem z Melchiorem Wańkowiczem. Następnie przedostał się do Francji, gdzie krótko pracował w wydawanym przez Rząd RP na uchodźstwie. Po upadku Francji przedostał się do Wielkiej Brytanii.

W Wielkiej Brytanii służył początkowo w kompanii sztabowej I Korpusu Polski, w stopniu kaprala (z cenzusem). Został dziennikarzem Dziennika Żołnierza, następnie Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza. Równocześnie na początku 1944 został przydzielony do Kwatery Prasowej przy Gabinecie Naczelnego Wodza. Jako korespondent wojenny przeszedł od lipca 1944 szlak bojowy razem z 1 Dywizją Pancerną gen. Stanisława Maczka. Razem z Tadeuszem Horko należał do pierwszych polskich dziennikarzy, którzy od zachodu przekroczyli granicę III Rzeszy w czasie działań wojennych.

W latach 1945-1948 był redaktorem naczelnym wydawanego w Brukseli przez polskie władze emigracyjne pisma Polonia. W 1948 wyjechał na stałe do Brazylii, tam początkowo pracował dorywczo, poza dziennikarstwem. W 1962 został jednym z założycieli Stowarzyszenia Korespondentów Prasy Zagranicznej w Rio de Janeiro, w kolejnych latach był m.in. jego sekretarzem generalnym i wiceprezesem. W latach 60. rozpoczął współpracę z agencją prasową Foreign News Service założoną przez Bolesława Wierzbiańskiego, został jej południowoamerykańskim korespondentem. Od 1975 był korespondentem nowojorskiego Nowego Dziennika, od 1979 korespondentem The Daily Telegraph. Pisał też artykuły dla Financial Times, Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza, paryskiej Kultury oraz emigracyjnej prasy w Brazylii i Argentynie. Współpracował także z Rozgłośnią Polską Radia Wolna Europa.

Był członkiem Polskiego Ruchu Wolnościowego Niepodległość i Demokracja, przewodniczącym Rady Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Brazylii, członkiem Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce.

W 1947 opublikował wspomnienia Wojna skończyła się wczoraj. Jego relacja Spojrzenie z Rio de Janeiro ukazała się w tomie Dziennikarze polscy na emigracji. Wspomnienia z lat 1937-1989 (wyd. 2001).

 

„…W lutym 1985 r. byłem w Rio de Janeiro. Przed wyjazdem spotkałem się z red. nacz. „Nowego Dziennika” Bolesławem Wierzbiańskim, który dał mi kontakt do Macieja Felthuzena z którym się znał i przez lata współpracowali. Wtedy właśnie spotkałem i fotografowałem Macieja Felthuzena…” – Czesław Czapliński.

 

– Czesław Czapliński – BRAZYLIJSKIE ROZMOWY - nowojorski - „PRZEGLĄD POLSKI” 31 lipca 1986:

  Na pierwsze spotkanie umówiłem się z redaktorem Maciejem Feldhuzenem nieopodal jego mieszkania, na słynnej plaży Copacabana w Rio de Janeiro, której sława została dziś przywrócona przez luksusową dzielnicę przy plaży Ipanema. Punktualnie o wyznaczonej godzinie, co w Rio jest raczej niespotykane spóźnienia należą wręcz do zwyczaju - przyszedł red. Feldhuzen. Na pytanie, dlaczego się nie spóźnił odparł, że mimo iż mieszka tu już 40 lat nie przyzwyczaił się do tego niechlubnego obyczaju.

O swoim rozmówcy niewiele wiedziałem. Często czytałem jego interesujące korespondencje z Brazylii na łamach "Nowego Dziennika”, wiedziałem jedynie, że przed wojną był redaktorem „Kuriera Polskiego”.

Rozmowy z ludźmi, którzy przed 1939 rokiem byli młodzi, ale już wkroczyli w dorosłe życie, zwykle rozpoczynają się od wspomnień wydarzenia będącego cezurą w ich biografiach. Tak było i tym razem. ' Zanim zaczęliśmy mówić o Polonii w Brazylii – temacie, który sprowadził mnie do Rio de Janeiro - zapytałem o wojenne losy mego gospodarza.

  „…Moją wojnę rozpocząłem w dniu 6 września, kiedy posłuszny wezwaniom Polskiego Radia, wymaszerowałem z Warszawy — mówi red. Feldhuzen. Dostałem się do legionu Czechów i Słowaków, który pod wodzą gen. Lwa Prchali formował się w Leśnej pod Baranowiczami... Nastał ów dzień 17 września i nagły wymarsz całego legionu... Wieczorem drugiego dnia, w małej wioseczce Rakowiec, koło Trembowli, otoczyli nas Kozacy. Półtora tysięczna rzesza czechosłowackich legionistów ustawia się w długich kolejkach, rzuca broń i podchodzi do osobistej rewizji. To mi daje dość czasu, aby podrzeć na kawałki i spokojnie skonsumować moje dwa miłe dokumenciki, tj. legitymację dziennikarską oraz rozkaz wydany mi przez Piotra Wysockiego...Gdy nadeszła moja kolej, Kozak obmacał mnie i grzecznie powiedział: "Paszoł wpierod”. Potem, już nad samą granicą sowiecką, uciekliśmy z ich konwoju pod Kopygzyńcami. Dwóch dziennikarzy słowackich, trzech Czechów i ja. W Zaleszczykach przebiegliśmy w nocy Dniestr. W swojej książce Od Stołpców po Kair Melchior Wańkowicz zabawnie opisał tę naszą przygodę. Bo już na rumuńskim brzegu Wańkowicz mi wytłumaczył, że najgorsze niebezpieczeństwo jeszcze wciąż jest przed nami, bo Rumuni jakoby okradają ludzi do naga i jeszcze wyrywają złote zęby. A więc jedyna rada to dać się zaaresztować i odprowadzić do jakiej wyższej władzy, która może rozumie po francusku. Według planu Wańkowicza, kiedy natykaliśmy się na patrol żandarmów, podbiegałem do nich i uniżonym, płaszczącym się głosem tłumaczyłem: Ministrul da justica da Polonia, wskazując na Wańkowicza, i dodawałem, że jestem secretarul i że chcemy do perfectul. Rezultaty były nega tywne. Zamiast aresztowania i odprowadzenia do prefekta, żandarmi stawali na baczność i salutowali władzę.

Kiedy wczesną wiosną roku 1940 zajechałem do stacji zborczej w Bressuire, byłem jeszcze absolutnym frajerem. W wojsku nigdy dotąd nie służyłem, a oficerom w Warszawie, moim kolegom i przyjaciołom złośliwie tłumaczyłem: mnie do wojska nie wezmą, bo ja nie jadam kapuśniaku. W Bressuire okazałem się jedynym żołnierzem mówiącym po francusku, przydzielono mnie więc natychmiast do komendy. Kariera była błyskawiczna...” .

 

— Ale w którym momencie wrócił pan do dziennikarstwa?

”…W Szwecji - kontynuuje red. Feldhuzen - byłem członkiem redakcji 'Dziennika Żołnierza ' V to był dziennik redagowany przez żołnierzy dla żołnierzy. Był raczej źle 'widziany przez dowództwo naczelne w Londynie, gdyż uważano tam, że jesteśmy zbuntowanymi młodymi ludźmi.

Po Szkocji w 1943 r. zostałem przydzielony do kwatery prasowej Naczelnego Wodza i byłem korespondentem wojennym w I Dywizji Pancernej gen. Maczka.

Po wojnie wezwano mnie do Brukseli, gdzie rząd londyński utworzył tygodnik 'Polonia' dla uchodźców polskich, którzy znajdowali się jeszcze w całej Europie...”.

 

— Jak więc i dlaczego akurat w Brazylii wylądował pan ze swoją żoną Elą Sławikową?

'Żonę poznałem przed wojną w 1938 r., gdy byłem w Pradze korespondentem 'Kuriera Polskiego' , a ona była znaną zawodniczką biorącą udział w wyścigach samochodowych. Co ciekawe, startowała tylko w konkurencjach męskich, pokonała m.in. trasę 14 tys. km przez Wysoki Atlas w Afryce Północnej.

W 1948 r., kiedy się wszystko skończyło, postanowiliśmy gdzieś wyjechać. W tym czasie kwoty imigracyjne do Stanów Zjednoczonych były dla Polaków prawie że zamknięte, to samo z Kanadą. Do Australii nie chciałem jechać, bo mój przyjaciel Zygmunt Michałowski po roku wrócił, mówiąc, że jest za daleko Paryża. Wobec tego zainteresowałem się Ameryką Południową, gdzie były możliwości otrzymania wiz: Argentyna, Brazylia, Wenezuela. Wszyscy konsulowie dawali mi formularze i kazali przychodzić za trzy miesiące. Poszedłem w końcu do konsulatu brazylijskiego - przybito mi od razu i pojechaliśmy do Brazylii.

To mnie kosztowało trzy lata skrajnej nędzy. W ciągu 24 miesięcy miałem 26 zajęć i posad: sprzedawałem bluzki na ulicy, suknie na przedmieściach, byłem kelnerem. Córka miała wtedy 5 lat i szło o to, aby mogła dostać przynajmniej dwie bułki dziennie.

Któregoś dnia to się skończyło i dla nas zabłysło słońce. Odszukali mnie znajomi. Bylem jedynym dziennikarzem, którego nie zatrudniono przy otwieraniu Radia Wolna Europa w Monachium, gdyż nikt nie wiedział, gdzie jestem. Nie pisałem, ponieważ nie miałem nawet pieniędzy na znaczki.

W końcu odszukano mnie i red. Bolesław Wierzbiański, który zakładał agencję prasową Foreign News Service, przyjechał tu i zaangażował mnie jako korespondenta na całą Amerykę Południową .

Po zamknięciu agencji zacaem współpracować z 'Nowym Dziennikiem' , głównie jednak dziś moim zajęciem jest praca korespondenta angielskiego dziennika 'Daily Telegraph' na Brazylię oraz komentatora politycznego Radia Wolna Europa. Zawsze mówię, że tylko grafomani piszą za darmo, co nie przeszkadza mi pisać dla małego dziennika 'Lud” wychodzącego Kurytybie, który jest jedynym pismem wychodzącym w języku polskim w Brazylii. Ten biedny dziennik nie ma pieniędzy na honoraria, jest prowadzony od lat przez księży, dużo pomaga im w zdobywaniu informacji z Polski "Nowy Dziennik', który wysyła im Bolesław Wierzbiański.

Oprócz tego wszystkiego trzeba dodać, że Maciej Feldhuzen był dwadzieścia lat temu jednym z założycieli Foreign Press Club. Piastował tam stanowiska prezesa sekretarza generalnego. Dziś ma przywilej zadawania pierwszego pytania prezydentowi. Jest autorem książki pt. Wojna skończyła się wczoraj, opartej na jego wspomnieniach jako korespondenta wojennego, która wydana została w Brukseli i niedawno przedrukowana na łamach ”Nowego Dziennika”. Za działalność w okresie wojny otrzymał Złoty Krzyż Zasługi.

Redaktor Feldhuzen wraz z dość dużą grupą osób należy do tzw. emigracji żołnierskiej 1946-1952, w której, jak sam mówi:  ”...znależli się głównie ludzie z jedną parą spodni i butów , musieli zaczynać wszystko od nowa. Takie zawody jak adwokat czy dziennikarz nie miały tutaj żadnego zastosowania. Ci, którzy byli inżynierami czy technikami, dostali od nich posady. Dziś poza nieliczną grupą biednych ludzi, którymi opiekuje się p. Pola Bergman w towarzystwie „Polonia” wszyscy się jakoś urządzili, ale w Rio nie ma milionerów - podczas gdy Săo Paulo są”.

Historia polskiej emigracji do Brazylii, która podobnie jak Stany Zjednoczone jest krajem emigrantów, zaczęła się ponad 100 lat temu wielkimi tragediami. świecie. Przyjechało tu wówczas wiele tysięcy biednych, przeważnie bezrolnych chłopów, głównie z Galicji. Nie mieli oni żadnych środków do życia. Malaria, choroby, dzikie zwierzęta dziesiątkowały polskich osadników. Pozostali po latach zaczęli dorabiać się - drugie pokolenie stało się już normalnymi rolnikami. Trzeba tu dodać, że Parana jest wymarzonym terenem dla Polaków, ogromne połacie lasów sosnowych, chłodny klimat nie mający nic wspólnego z tropikiem - przypomina Polskę. Później zasymilowali się z Brazylijczykami.

"Nigdy nie były w Brazylii robione statystyki odnośnie liczby Polaków mówi red. Zjednoczonych. Wtedy w Săc Feldhuzen - ale na ogół szacuje się, że jest ich 800 tys. do 1 miliona. W większości jednak nie są oni Polakami, tylko potomlami Polaków i nie nazywają siebie Polonią tylko Etnią Polską, tzn. przyznają się do polskich korzeni. Na sklepach widać polskie szyldy: Dąbrowski, Kowalski – pełno polskich nazwisk. Właśnie dla nich ks. Zając wydaje pismi „Lud”. Mają słynny zespół baletowy, o którym Mira Zimińska powiedziała, że jest najlepszy na świecie. Poza tym się kłócą, politycznie są zupełnie nie wyrobieni, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych tutejsza Polonia, nie potrafi się zjednoczyć. Tylko raz był jeden deputowany w Parlamencie, nie ma ani jednego senatora, jest kilka osób w sejmie stanowym. Biorąc pod uwagę pareset tysięcy głów – śmiało mogliby mieć pięciu i więcej deputowanych w Parlamencie”.

         Po wybuchu II wojny światowej zaczęła się druga fala uciekinierów z Europy, w tym i z Polski. Często byli to ludzie z pieniędzmi i inicjatywą. Zaroiło się od drobnych warsztatów, firm eksportowych – ich rozwojowi sprzyjały zamówienia wojenne, głównie dla Stanów Zjednoczonych. Wtedy s Sao Paulo powstała zamożna grupa Polonii, był w niej również Alfred Jurzykowski, który wprowadził do Brazylii mercedesa. Dzięki zapisowi w testamencie powstała fundacja jego imienia.

      Trzecia fala, jak już wspominałem, to emigracja żołnierska, skupiona dziś w Stowarzyszeniu Polskich Kombatantów. Liczy ona około 500 członków w oddziałach: Rio de Janeiro, Sao Paulo, Kurytyba.

 Zawsze o roli danej grupy etnicznej stanowią osiągnięcia na polu politycznym, naukowym i artystycznym. W przypadku Polaków zamieszkałych w Brazylii najgorzej jest w polityce, o czym wspominał red. Feldhuzen. Na uniwersytetach jest kilku profesorów, w tym prof. Witold Biliński w Sao Paulo. W dziedzinie sztuki – twórcą nowoczesnegoteatru brazylijskiego był Zbigniew Ziębiński. Przybył w 1941 r. do Brazylii Ziembiński, z wędrownych trup artystów stworzył teatr, oprócz tego zrealizował 11 filmów, a pod koniec życia tworzył popularne seriale telewizyjne. Kiedy zmarł w 1979 r. jego trumna wystawiona była w holu Teatru Wielkiego, tłumy ludzi defilowały dzień i noc.

nny artysta, tym razem młodego pokolenia – polski skrzypek Jerzy Milewski, któremu poświęciłem osobny artykuł wraz z żoną pianistką Aleidą Schweitzer objeżdża z recitalami Brazylię, nagrywa również płyty.

Jest wiele innych ciekawych osób i towarzystw, jak choćby słynny „Polski Klub 44” w Sao Paulo, Towarzystwo Kulturalno-Dobroczynne „Polonia” z niezmordowaną panią prezes Pauliną Bergman. Towarzystwo Żuwentus Miłość w Kurytybie, które stało się tak popularne, że przylgnęła do niego rodowita młodzież brazylijska.

Wizyta w Brazylii i rozmowy z Maciejem Feldhuzenem pozwoliły mi zapoznać się życiem Polonii w tym wielkim kraju. Sądzę, że sporej grupie rodaków przeszkadza w rozwinięciu działalności nie tylko olbrzymi obszar Brazylii, ale również brak pism w języku polskim, które jednoczą rozsianych po całym świecie Polaków.

                                                               Czesław Czapliński

 

PORTRAIT with HISTORY Maciej Feldhuzen

  Maciej Feldhuzen (born 26 April 1906 in Warsaw; died 11 November 1990 in Rio de Janeiro) was a Polish journalist and war correspondent who lived in exile after World War II.

He was the son of Adam and Irena and was raised by his mother, as his parents were divorced. He graduated from the Konopczyński Gymnasium and studied economics at the Institut supérieur de commerce in Antwerp. In 1930 he returned to Poland and worked as a journalist for Gazeta Handlowa, in the press department of the Polish General Motors factory, and in the press office of the Austro-Daimler representation. He then became a journalist for Kurier Polski, where he worked as a foreign correspondent, including from 1937 in Prague. He was expelled from there after the outbreak of World War II. During the September Campaign in 1939 he was assigned as a translator to the Czechoslovak Legion. On 18 September 1939 he was captured by the Soviets but managed to escape. He crossed the Romanian border together with Melchior Wańkowicz and then made his way to France, where he briefly worked for publications issued by the Polish government-in-exile. After the fall of France, he reached Great Britain.

In the United Kingdom he initially served in the staff company of the Polish I Corps with the rank of corporal (with a secondary education qualification). He became a journalist for Dziennik Żołnierza and later for Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza. At the beginning of 1944 he was also assigned to the Press Headquarters attached to the Commander-in-Chief’s Office. As a war correspondent, from July 1944 he followed the combat route of General Stanisław Maczek’s 1st Armoured Division. Together with Tadeusz Horko, he was among the first Polish journalists to cross the western border of the Third Reich during wartime operations.

From 1945 to 1948 he was editor-in-chief of the periodical Polonia, published in Brussels by the Polish authorities in exile. In 1948 he emigrated permanently to Brazil, where he initially took various temporary jobs outside journalism. In 1962 he became one of the founders of the Foreign Press Correspondents Association in Rio de Janeiro and in subsequent years served, among other roles, as its secretary general and vice president. In the 1960s he began cooperating with the Foreign News Service press agency founded by Bolesław Wierzbiański and became its South American correspondent. From 1975 he was a correspondent for the New York-based Nowy Dziennik, and from 1979 a correspondent for The Daily Telegraph. He also wrote articles for the Financial TimesDziennik Polski i Dziennik Żołnierza, the Paris-based Kultura, and émigré press in Brazil and Argentina. He also cooperated with the Polish Service of Radio Free Europe.

He was a member of the Polish Freedom Movement “Independence and Democracy,” chairman of the Council of the Association of Polish Combatants in Brazil, and a member of the Polish Institute of Arts and Sciences in America.

In 1947 he published the memoir The War Ended Yesterday. His account A View from Rio de Janeiro appeared in the volume Polish Journalists in Exile. Memoirs from 1937–1989 (published in 2001).

“…In February 1985 I was in Rio de Janeiro. Before leaving, I met with the editor-in-chief of ‘Nowy Dziennik,’ Bolesław Wierzbiański, who gave me the contact details of Maciej Feldhuzen, whom he knew and had worked with for years. That was when I met and photographed Maciej Feldhuzen…” — Czesław Czapliński


— Czesław Czapliński — Brazilian Conversations — New York “Przegląd Polski,” 31 July 1986:

I arranged my first meeting with editor Maciej Feldhuzen near his apartment, on the famous Copacabana beach in Rio de Janeiro, whose renown today has been further enhanced by the luxurious Ipanema beachfront district. Precisely at the appointed hour—something rather unusual in Rio, where lateness is practically customary—Editor Feldhuzen arrived. When asked why he was not late, he replied that although he had lived there for 40 years, he had never become accustomed to this disreputable habit.

I knew little about my interlocutor. I had often read his interesting correspondence from Brazil in the pages of Nowy Dziennik and only knew that before the war he had been an editor of Kurier Polski.

Conversations with people who were young before 1939 but had already entered adulthood usually begin with memories of the event that marked a turning point in their biographies. It was the same this time. Before we began to speak about the Polish community in Brazil—the topic that had brought me to Rio de Janeiro—I asked about my host’s wartime experiences.

“My war began on 6 September, when, obeying the calls of Polish Radio, I marched out of Warsaw,” said Editor Feldhuzen.

“I joined the Legion of Czechs and Slovaks, which under the command of General Lev Prchala was being formed in Leśna near Baranowicze… Then came 17 September and the sudden march of the entire legion… On the evening of the second day, in the small village of Rakowiec near Trembowla, we were surrounded by Cossacks. A crowd of one and a half thousand Czechoslovak legionaries lined up in long queues, threw down their weapons, and approached for personal searches. That gave me enough time to tear up and calmly swallow my two precious documents: my press card and the order issued to me by Piotr Wysocki… When my turn came, a Cossack patted me down and politely said: ‘Paszol wpieriod.’ Later, near the Soviet border, we escaped from their convoy near Kopyczyńce. Two Slovak journalists, three Czechs, and I. In Zaleszczyki we crossed the Dniester at night. In his book From Stołpce to Cairo, Melchior Wańkowicz amusingly described that adventure of ours. Once on the Romanian bank, Wańkowicz explained to me that the worst danger was still ahead of us, because the Romanians supposedly robbed people naked and even pulled out gold teeth. So the only advice was to get ourselves arrested and escorted to some higher authority who might understand French. According to Wańkowicz’s plan, whenever we encountered a gendarmerie patrol, I would run up to them and humbly explain: ‘Ministrul da justica da Polonia,’ pointing to Wańkowicz, and add that I was his secretary and that we wanted to see the prefect. The results were negative. Instead of arresting and taking us to the prefect, the gendarmes stood at attention and saluted the authority.

“When in early spring 1940 I arrived at the assembly station in Bressuire, I was still an absolute novice. I had never served in the army before, and to my officer friends in Warsaw I had jokingly explained: they won’t take me into the army because I don’t eat cabbage soup. In Bressuire I turned out to be the only soldier who spoke French, so I was immediately assigned to headquarters. My career was lightning-fast…”

— But at what point did you return to journalism?

“In Sweden,” continued Editor Feldhuzen, “I was a member of the editorial staff of Dziennik Żołnierza. It was a newspaper edited by soldiers for soldiers and was rather poorly regarded by the supreme command in London, which considered us rebellious young people.After Scotland, in 1943 I was assigned to the Commander-in-Chief’s press headquarters and was a war correspondent with General Maczek’s 1st Armoured Division.After the war I was summoned to Brussels, where the London government created the weekly Polonia for Polish refugees still scattered throughout Europe…”

— How and why did you and your wife Ela Sławik end up in Brazil?

“I met my wife before the war, in 1938, when I was a correspondent for Kurier Polski in Prague and she was a well-known racing driver. Interestingly, she competed only in men’s events and, among other achievements, drove a 14,000 km route through the High Atlas in North Africa.In 1948, when everything was over, we decided to leave somewhere. At that time immigration quotas to the United States were almost closed to Poles, the same with Canada. I did not want to go to Australia, because my friend Zygmunt Michałowski returned after a year, saying it was too far from Paris. So I became interested in South America, where visas could be obtained: Argentina, Brazil, Venezuela. All the consuls gave me forms and told me to come back in three months. Finally I went to the Brazilian consulate—they stamped it immediately and we went to Brazil.

“It cost me three years of extreme poverty. Within 24 months I had 26 different jobs: I sold blouses in the street, dresses in the suburbs, and worked as a waiter. My daughter was five at the time, and the point was that she could at least get two rolls a day.

“One day it all ended and the sun began to shine for us. Old acquaintances found me. I was the only journalist who was not hired at the opening of Radio Free Europe in Munich, because no one knew where I was. I did not write, because I did not even have money for postage stamps.

“Finally I was found, and Editor Bolesław Wierzbiański, who was founding the Foreign News Service press agency, came here and engaged me as a correspondent for all of South America. After the agency closed, I began cooperating with Nowy Dziennik. Today, however, my main occupation is working as the Brazilian correspondent of the English daily The Daily Telegraph and as a political commentator for Radio Free Europe. I always say that only graphomaniacs write for free, although that does not prevent me from writing for the small newspaper Lud published in Curitiba, which is the only Polish-language periodical in Brazil. This poor newspaper has no money for honoraria; it has long been run by priests and receives much help in obtaining information from Poland from Nowy Dziennik, sent to them by Bolesław Wierzbiański.”

In addition, it should be noted that Maciej Feldhuzen was one of the founders of the Foreign Press Club twenty years earlier and held the posts of president and secretary general there. Today he has the privilege of asking the first question to the president. He is the author of the book The War Ended Yesterday, based on his memoirs as a war correspondent, published in Brussels and recently reprinted in Nowy Dziennik. For his wartime activity he received the Gold Cross of Merit.

Editor Feldhuzen, together with a fairly large group of people, belonged to the so-called “soldiers’ emigration” of 1946–1952, which, as he himself said, consisted mainly of people with just one pair of trousers and shoes who had to start everything from scratch. Professions such as lawyer or journalist had no application there. Those who were engineers or technicians obtained positions thanks to their qualifications. Today, apart from a small group of poor people cared for by Mrs. Pola Bergman in the “Polonia” association, everyone has somehow settled, but there are no millionaires in Rio—while there are in São Paulo.

The history of Polish emigration to Brazil, which like the United States is a country of immigrants, began over 100 years ago with great tragedies. Many thousands of poor, mostly landless peasants, mainly from Galicia, arrived at that time. They had no means of livelihood. Malaria, disease, and wild animals decimated Polish settlers. Those who remained eventually began to prosper—by the second generation they had become ordinary farmers. It should be added that Paraná is an ideal region for Poles: vast areas of pine forests and a cool climate with nothing tropical about it—it resembles Poland. Later they assimilated with Brazilians.

“There have never been statistics in Brazil concerning the number of Poles,” said Editor Feldhuzen, “but it is generally estimated at between 800,000 and one million. In most cases, however, they are not Poles but descendants of Poles and do not call themselves Polonia but the Polish Ethnic Group, that is, they acknowledge their Polish roots. One can see Polish shop signs: Dąbrowski, Kowalski—there are many Polish surnames. It is precisely for them that Father Zając publishes the periodical Lud. They have a famous ballet ensemble about which Mira Zimińska said it was the best in the world. Moreover, they argue among themselves and are politically quite unformed; like the Polonia in the United States, they cannot unite. Only once was there a single deputy in parliament, no senators, and only a few people in the state assembly. Considering several hundred thousand people, they could easily have five or more deputies in parliament.”

After the outbreak of World War II, a second wave of refugees from Europe, including Poland, arrived. They were often people with money and initiative. Small workshops and export companies sprang up everywhere—their development was encouraged by wartime orders, mainly for the United States. At that time a wealthy Polish community emerged in São Paulo, which included Alfred Jurzykowski, who introduced Mercedes cars to Brazil. A foundation bearing his name was later established thanks to his will.

The third wave, as already mentioned, was the soldiers’ emigration, now concentrated in the Association of Polish Combatants, numbering about 500 members in branches in Rio de Janeiro, São Paulo, and Curitiba.

The role of any ethnic group is always determined by its achievements in politics, science, and the arts. In the case of Poles living in Brazil, politics is the weakest field, as Editor Feldhuzen noted. There are several professors at universities, including Prof. Witold Biliński in São Paulo. In the arts, the creator of modern Brazilian theatre was Zbigniew Ziembiński, who arrived in Brazil in 1941 and formed a theatre out of traveling artistic troupes; he also made 11 films and later produced popular television series. When he died in 1979, his coffin was displayed in the foyer of the Municipal Theatre and crowds filed past day and night.

Another artist, this time of the younger generation, the Polish violinist Jerzy Milewski, to whom I devoted a separate article, tours Brazil with his pianist wife Aleida Schweitzer, also making recordings.

There are many other interesting people and associations, such as the famous “Polish Club 44” in São Paulo, the Cultural and Charitable Society “Polonia” with its indefatigable president Paulina Bergman, and the Juventas Miłość Society in Curitiba, which has become so popular that native Brazilian youth have joined it.

My visit to Brazil and conversations with Maciej Feldhuzen allowed me to become acquainted with the life of the Polish community in this vast country. It seems that a considerable group of compatriots is hindered in developing their activities not only by Brazil’s enormous size but also by the lack of Polish-language press, which would unite Poles scattered all over the world.



 
 
 

Komentarze


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon
bottom of page