Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Wojciech Fibak


Fibaka i jego ówczesną żonę Ewę spotkałem w 1980 r. na słynnym turnieju tenisowym Forest Hills (tam wówczas odbywało się US Open), zaraz po moim przyjeździe do Nowego Jorku. A więc już znamy się i przyjaźnimy przez bagatela 40 lat. Przez Wojtka poznałem wielu wybitnych tenisistów: Lendla, Nastaze, Connorsa… ale i ważnych ludzi jak choćby Henryk de Kwiatkowski czy Jan Lebenstein.

Byłem świadkiem jak powstawała największa kolekcja Ecole de Paris, razem spotykaliśmy się u jednego z malarzy Ecole de Paris Zygmunta Menkesa, a po jego śmierci wdowy Stasi Menkes, o którym zrobiłem album. Wojtek wciągnął mnie w fotografowanie dzieł sztuki. Pamiętam jak zaproponował mi, abym zrobiłem zdjęcia jego kolekcji, która znajdowała się w pałacu, bo tak można powiedzieć o domu Fibaka w Greenwich w stanie Connecticut, nieopodal Nowego Jorku. Pamiętam, że powiedziałem mu, że zajmuję się fotografowaniem ludzi, a nie dzieł sztuki. Powiedział wówczas, że dzieła sztuki też się fotografuje bardzo trudno jak wybitnych ludzi. A za dobre zdjęcia wybitnych dzieł, płaci się duże pieniądze, jak za znanych ludzi. Na kolekcji Fibaka nauczyłem się fotografować dzieł sztuki. Współpracowałem z ekskluzywnym wydawnictwem „PRO ARTE Sztuka polska w świecie”, które założył Fibak. Potem zrobiłem kilkadziesiąt kolekcji polskiej sztuki w Ameryce, powstał album „Polskie kolekcje sztuki w Ameryce”.

Aby pokazać intensywność życia Wojtka Fibaka, opisze jeden dzień w 1990 r., spędzony z nim Nowym Jorku. Fibak niezwykle dba o swoją prywatność, w stosunku do dziennikarzy jest bardzo ostrożny. Kiedyś powiedział mi, że gdybyśmy się nie przyjaźnili, to w ogóle by nie rozmawiał. Trudno mu się dziwić, znając wiele przykładów, kiedy w jego usta wkładano słowa, których nie wypowiedział. Przy tym Fibak niechętnie dopuszcza ludzi z zewnątrz do swego prywatnego życia. Mimo że ciągle otaczają go nowi ludzie, to osoby z najbliższego kręgu prawie się nie zmieniają.

Nie zamierzam zaglądać Fibakowi do kont bankowych albo wysysać z palca danych, o jego stanie majątkowym, jak to często zdarza się nawet i dobrym dziennikarzom. Szczególnie jeśli on sam o tym nie mówi. Rozmawiałem z ludźmi z jego otoczenia, zna- jącymi się na biznesie i wartości nieruchomości w najdroższej części Stanów Zjednoczonych - Greenwich, gdzie Fibak ma swój zamek z kamienia. Zbudowany przez Williama Flynna, którego firma konstrukcyjna wybudowała m.in. Empire State Building i Lincoln Tunnel, ma basen w środku i jeden na zewnątrz, kort tenisowy i ponad dwadzieścia pokoi. W miejscu, gdzie cena akra ziemi przekracza 100 tys. dolarów, a średnie domy idą za ponad milion, Fibak ma kilka działek po kilkadziesiąt akrów. Oprócz tego, ma dwupoziomowy penthouse w najdroższej części Manhattanu, na Park Avenue, gdzie wynajęcie małego mieszkanka kosztuje miesięcznie tysiące, pałacyk w Paryżu i mieszkanie w Monako, którego nadal jest rezydentem, kilka dużych inwestycji w Stanach Zjednoczonych i we Francji. Z wypowiedzi bardzo ostrożnych biznesmenów wynika, że nie licząc jego inwestycji na giełdzie i rynkach finansowych, Fibak "oceniany" jest na ponad 50 milionów dolarów. Niezwykle trudno ustalić jest górną granicę jego dochodów; od kilku lat głównie inwestuje w Europie, w spółki i firmy, których jest właścicielem. Jednym z nielicznych namacalnych dowodów, jaki udało mi się ustalić, jest publiczny rekord Town Hall w Greenwich na jego nazwisko.


Wojtek Fibak w 1989 r. przeprowadził trzy transakcje nieruchomościami w Greenwich na łączną sumę 10,5 mln dolarów. Potwierdził to zresztą "Greenwich Time", który każdego tygodnia publikuje dane na temat sprzedaży i kupna nieruchomości.

Przy ogromnych zarobkach trzeba pamiętac, że ma Fibak również niebagatelne wydatki, tylko adwokaci prowadzący jego sprawy w Nowym Jorku pochłaniają ponad 100 tys. dolarów rocznie. Widziałem jak Fibak przekazywał czek za tzw. "maintenance" (portierzy, alarmy, kamery, garaż) swojego penthousu na Manhattanie, na sumę 7200 dolarów miesięcznie. A gdzie opłaty za domy w Greenwich, Paryżu, mieszkania w Monako, Szwajcarii, Republice Dominikańskiej, podróże concordami, luksusowe hotele ...?

Myślę, że tych kilka wstępnych wyjaśnień pozwoli lepiej zrozumieć dalszą część wywiadu, który nie jest typową rozmową. Mam również nadzieję, że rozwieje wiele mitów i wyssanych z palca faktów o Fibaku.

Następnego dnia rano, po niecałej godzinie jazdy z Nowego Jorku, wjechałem w zaciszne, prywatne drogi mieszkalnej części Greenwich w stanie Connecticut. Mijane po drodze pałace i rozległe rezydencje pięknie oświetlone porannym światłem upewniały mnie, że jadę w dobrym kierunku. Kiedy podjechałem do ogrodzenia okalającego porośnięte drzewami wzniesienie i znanej mi żelaznej bramy, zobaczyłem, że kamera, która najpierw lustruje gości, jest rozbita. Nacisnąłem dzwonek. Po długiej chwili pojawił się pan Bolek. Otworzył mi bramę i wyjaśnił, że silna wichura złamała drzewo, które uszkodziło kamerę i bramę. Za krótkim podjazdem wyłonił się okazały zamek w stylu angielskiego gotyku. Zaparkowałem koło Mercedesa i Porsche, należących do Fibaków. Zaraz za masywnymi, rzeźbionymi drzwiami w hallu spotkałem Ewę, która skierowała mnie do jadalni, gdzie Wojtek jadł śniadanie. Sama musiała się jeszcze przygotować do podróży, gdyż jeszcze dziś wylatywała do Paryża.

Wojtek siedzi przy śniadaniu, zarzucony gazetami Wall Street Journal, The New York Times, Financial Times. To jego obowiązkowa codzienna lektura. Dosłownie pochłania gazety, wszystko go interesuje, ma swoje ulubione działy, autorów. W ogóle Wojtek zafascynowany jest czytaniem książek, księgarnie są jego ulubionymi miejscami, w których czas przestaje dla niego istnieć, otacza się ludźmi, którzy są w elicie intelektualnej. Niemal bez przerwy dzwoni telefon albo on sam dzwoni i po angielsku, francusku lub polsku rozmawia na różne tematy, począwszy od tego co słychać, jak dzieci, a skończywszy na skomplikowanych pertraktacjach finansowych dotyczących kredytów bankowych, cen nieruchomości, antyków, zapowiadanych aukcji dzieł sztuki w Londynie, Paryżu, Nowym Jorku. Po ponad godzinnym śniadaniu, proponuje przejście do gabinetu mówiąc - mamy trochę czasu, bo w południe ma przyjechać Julian Schnabel.

Siada za masywnym biurkiem, zarzuconym korespondencją i papierami, pod ręką telefon i fax, a na półkach dużej biblioteki stoją opasłe tomy albumów o sztuce i dzieła filozoficzne. Widzę też roczniki paryskiej "Kultury". Mówię:

—Ciekawe, że w momencie, kiedy przestałeś grać jako zawodnik, tenis stał się jakby mniej interesujący ...

—Nie myślę, że to z mojego powodu - żachnął się Fibak - ale masz rację, szczyt zainteresowania tenisem jakby minął. Nie ma również dziś ludzi, za którymi stoi jakaś historia, jak za Borgiem, Nastase, Orantesem. Teraz przyszła masa ludzi z przysłowiowymi nazwiskami Brown, Smith. Tenis, mimo coraz większych nagród na turniejach, stał się bardzo plebejski i przez to stracił smaczek, że jest czymś odległym, białym, niedostępnym.

— Jak wszedłeś w międzynarodowy biznes?

—To może być trochę szokujące, ale zawsze fascynowali mnie wspaniali ludzie, architektura, sztuka. Okazało się, że rzeczy, które mi się podobały, ktoś inny też chciał kupić. Tak się zaczęło. A to, że miałem odwagę je nabyć, to już inna sprawa.

—Podróżowałeś dużo po świecie, jako zawodnik i teraz jako biznesman; jakie miejsca były dla ciebie najpiękniejsze, najciekawsze?

—W związku z tym, że wszystko mnie interesowało, lubiłem miejsca bardzo kosmopolityczne, zawsze byłem zafascynowany Nowym Jorkiem, Londynem i Paryżem. Każde z tych miejsc miało coś do zaoferowania: znakomite restauracje, ciekawe pisma, wielu znajomych. Więcej niż inne często bardziej czyste, spokojne, ale prowincjonalne. Mam równiez nietypową maleńką miejscowość Gstaad w Szwajcarii, dokąd uciekam od hałasu wielkich metropolii. Jeszcze inne miejsce to Kair, do którego lubię wracać, coś mnie tam ciągnie, nie bardzo wiem co. Oczywiście to nie jest miejsce, gdzie można spędzać zbyt dużo czasu, ale ma w sobie coś bardzo specjalnego.

— A jakie miejsca wspominasz źle, nie chciałbyś wracać do nich?

—Nie mam wielu takich miejsc, bo jestem raczej do życia nastawiony optymistycznie. Nawet swoim dzieciom mówię "nie mów nienawidzę", a raczej "nie lubię" lub "wolę tamto". Taka jest moja postawa życiowa. Uważam, że często drobna nawet krytyka wystarczy, aby kogoś do czegoś zniechęcić.

Ale wracając do twojego pytania nie wracam do Tokio, ze względu na jego monotonność, szarość. Jeśli mówię o monotonności, to nie tylko ludzi mam na myśli, ale również pejzaż miasta. Byłem w Tokio kilka razy, mogłem być więcej. Tak samo Australia - nigdy mnie nie ciągnęła, byłem 3-4 razy, a okazji miałem kilkakrotnie więcej. Znam Singapur, Bangkok, Indonezję, Filipiny, Indie. Odwiedziłem je raz i więcej tam nie byłem.

Przez wszystkie lata najbardziej lubiłem latać między Paryżem a Nowym Jorkiem i później podróżować po Stanach lub Europie. Największą przyjemność sprawia mi jeżdżenie po Europie samochodem. Wstępuję wtedy do moich ulubionych miejsc, odwiedzam znajomych. Na szlaku między Włochami, południową Francją, Austrią, Szwajcarią, Holandią, Belgią, Niemcami - jest masa miejsc, które są mi drogie, gdzie spędziłem wiele czasu i dobrze się tam czuję.

Naszą rozmowę wielokrotnie przerywały telefony z całego świata i również od sąsiadującego z Fibakiem Ivana Lendla. Rozmawiał z nim najdłużej, niezwykle przyjacielsko i zażyle. Co z plotką, jakoby Wojtek był skłócony z Ivanem? W międzyczasie konferował z Ewą, która szykowała się do jazdy na lotnisko, potwierdzał rezerwacje w Concordzie. Do gabinetu wpadł Mariusz Olszewski - jego prawa ręka, który ma odwieźć Ewę na lotnisko. Mieszka w Greenwich, a jego żona Barbara (siostra Wojtka) jest architektem w znanej firmie Johnson-Wanzenberg na Manhattanie.

Koło południa przyjechał na obiad zaprzyjaźniony z Flbakiem, znany awangardowy artysta, wylansowany przez Leo Castellego, dusza towarzy stwa nowojorskigo, Julian Schnabel, którego prace sprzedawane są po kilkaset tysięcy dolarów. Rozmowa toczyła się m.in. o niedawno zmarłym z przedawkowania narkotyków 28-letnim murzyńskim malarzu - Jean-Michel Basquiatcie. Dość powszechnie w świecie sztuki uważa się, że Fibak pomógł go wylansować kupując jego obrazy i dziś jest posiadaczem naj cenniejszych dzieł. Basquiat, związany z Andy Warholem już za życia sprzedawał swoje obrazy drogo, ale po jego śmierci ceny podskoczyły jeszcze bardziej. Z rozmowy wynikło również, że Fibak ze swoim przyjacielem i sąsiadem, multimilionerem, Peterem Brantem, kolekcjonerem obrazów, znanym graczem w polo, który swojej żonie Sandrze kupił magazyny Antiques, Art in America, Interview, przygotowują film o Basquiatcie, do którego scenariusz pisze Julian Schnabel i polski reżyser Lech Majewski przedstawiony Brantowi i Schnablowi przez Wojtka.

W czasie obiadu mogłem podziwiać największą poza Polską kolekcję polskiego malarstwa, na którą składa się około dwustu najlepszych obrazów, w tym m.in. Tadeusza Ślewińskiego, Piotra Michałpwskiego z końca XIX wieku, z tzw. "Ecole de Paris": Gottlieba, Kramsztyka, Menkesa, Pankiewicza, Zaka oraz Tadeusza Makowskiego z początku XX wieku. Kolekcja "Ewy i Wojtka Fibaków" oceniana jest przez Zbigniewa Legutko, wieloletniego doradcę Fibaków w sprawie zakupów dzieł na ponad 5 milionów dolarów. I znowu, jak w przypadku Basquiata, kiedy Fibak zaczynał, obrazy polskich malarzy można było kupić za śmiesznie niskie ceny. Dlatego nie bez podstaw jest stwierdzenie, że Fibakowie przyczynili się do pozytywnej zmiany tego stanu rzeczy. Również pismo

PRO-ARTE o polskiej sztuce na Zachodzie, w języku angielskim i polskim, które Fibakowie sponsorowali, przyczyniło się do wzrostu zainteresowania i cen na polskie malarstwo. Dziś już nikogo nie dziwi, że za dobry obraz Tadeusza Makowskiego trzeba zapłacić sto tysięcy i więcej!

—Od prawie dwudziestu lat oglądasz, kupujesz, śledzisz ruch cen obrazów na aukcjach całego świata. Byłoby niezmiernie ciekawe, kogo z polskich malarzy XIX i XX wieku, na tle światowego malarstwa cenisz najbardziej?

—W XIX wieku zdecydowanie Piotr Michałowski i Władysław Ślewiński, którego zaliczam do XIX wieku ze względu na jego związek z Paulem Gauguinem w Pont"Aven w Bretanii. Z XX wieku mogę wymienić całą grupę: Tadeusz Makowski, Leopold Gottl.ieb, Zygmunt Menkes, Eugeniusz Zak, Olga Boznańska.

—Światek zbieraczy sztuki zarówno światowej jak i polskiej jest stosunkowo niewielki i każda większa transakcja jest natychmiast komentowana. Do Europy, jak również do Stanów zaczęły docierać sygnały, że Fibak sfinalizował ogromną transakcję. Czy to jest tylko plotka?

—W każdej plotce jest odrobina prawdy - śmieje się Fibak. Ale mówiąc poważnie, zupełnie niedawno, po dwu latach zabiegów i starań kupiłem z dwu kolekcji prywatnych w Niemczech Zachodnich i z Muzeum Petit Palais w Genewie w sumie 100 obrazów Meli Muter. A dokładnie 80 obrazów olejnych i 20 akwarel, z okresu 1905-1940, kiedy malowała w Niemczech, Paryżu, Portugalii.


—Pamiętam, że kiedy miałem swoją wystawę w warszawskiej Zachęcie, w kronikach widziałem również indywidualną wystawę Meli Muter?

—Tak, Mela Muter, a właściwie MutermiIchowa, urodzona w Warszawie miała w 1923 roku wystawę w Zachęcie, a kilka lat później przyjęła obywatelstwo francuskie. Znana była głównie dzięki niezwykle głębokim portretom. Z polskiej elity intelektualnej tamtych czasów malowała Jana Kasprowicza, Leopolda Staffa, Stefana Żeromskiego.

—Co zamierzasz zrobić z tą kolekcją?

—Przede wszystkim chcę urządzić wystawę w Paryżu i wydać kompletny katalog.

—Wiem, że niechętnie mówisz o tym, co zamierzasz, wolisz powiedzieć - kupiłem, mam, załatwiłem - ale może raz zrobisz wyjątek?

—Ostatni obraz, jaki kupiłem, to autoportret Józefa Pankiewicza z 1907r., a próbuję kupić bardzo malarski akt polskiej arystokratki Tamary de Łempickiej, której malarstwo m.in. dzięki zainteresowaniu Japończyków na największych aukcjach w Sotheby's i Christie's osiąga sumy kilkuset tysięcy dolarów.

Po obiedzie Fibak decyduje, że musimy jechać na Manhattan, gdzie zwykle w eleganckim, utrzymanym w europejskim stylu bistro Bilboquet przy 63. Ulicy i Madison Avenue umawia się na obiad. Spotykałem się tam z nim wielokrotnie, wszyscy go tam znają, a on sam nazywa to miejsce swoim biurem, do którego dzwonią inni znajomi, słyszy się tam na przemian język angielski i francuski, a do stołu podają piękne dziewczyny. Mnie bistro to ze względu na niewielkie rozmiary i atmosferę, przypomina łódzką "Honoratkę" z okresu, kiedy bywali tam Polański i Kosiński, obaj bliscy przyjaciele Fibaka.

—Musimy się spieszyć na aukcję do Sotheby's - mówi Wojtek do Michała, siadając koło mnie na tylnym siedzeniu Mercedesa i biorąc do ręki nieodłączny telefon.

—Odkąd cię znam zawsze miałeś tylko dwie marki samochodów Porsche i Mercedesa?

—Z Porsche jestem związany od 1978 r., kiedy wygrałem w Stutgarcie finał z Guillermo ViIIasem, a główną nagrodą był Porsche 928. Ale samochodem, który napawał mnie największą dumą był jedenastoletni Volkswagen, kupiony za 500 marek w młodości.

Jestem Europejczykiem, ale z drugiej strony jednak doceniam to, co jest amerykańskie.

—Co masz na myśli?

—Ludzi - ich otwartość, bezpośredniość, szczerość, brak kompleksów, system absolutnej wolności, która zresztą często denerwuje - abstrakcyjne procesy o odszkodowania, rozważania o przywilejach małżeństw homoseksualistów, wymaganiach studentów, którzy nie słyszą. Błahe problemy, które z punktu widzenia starej, arystokratycznej Europy rażą. Poza tym, zawsze będę wdzięczny za to, że Ameryka mnie przyjęła, otworzyła mi drzwi.

—Przyjęła cię, bo byłeś kimś!

—Na pewno Ameryce łatwiej było przyjąć Fibaka, bo był znany niż Czaplińskiego. Większość drzwi, które ty musisz otwierać, przede mną były już otwarte. Chociaż ty też nie za bardzo możesz narzekać.

Doceniam, że Ameryka mnie przyjęła i że nigdy się nie pytano, gdzie mieszkam, Jaki mam paszport. Mogłem wejść gdziekolwiek i robić interesy, jakie tylko chciałem. Zależało to jedynie od tego, jak dużo miałem energii, siły przebicia, inicjatywy. Pojedź dla przykładu do Genewy i spróbuj coś zrobić. Pierwsze pytanie będzie - czy jest pan rezydentem, czy ma pan kartę stałego pobytu?

Doceniam, że w Ameryce biznes i wszystkie transakcje odbywają się oficjalnie. W Europie jest to dużo bardziej skomplikowane. Ciągle ktoś chce coś na lewo, inny na prawo, raz na czarno, raz na biało. Mimo to już od kilku lat zacząłem sporo inwestować na południu Francji i w samym Paryżu, gdyż jest to bardziej intratne. Natomiast Wschodnie Wybrzeże w Stanach Zjednoczonych "stanęło", jeśli chodzi o ceny nieruchomości. Zachodnie zresztą też.

Rozmawiając tak, nie wiadomo kiedy podjechaliśmy pod jeden z najbardziej prestiżowych domów aukcyjnych Sotheby na Manhattanie, gdzie miała odbyć się aukcja "Impressionists and Postimpressionists". Równocześnie zatrzymuje się duża limuzyna, z której wysiada Steffi Graff (najlepsza na świecie tenisistka) z ojcem. W środku duża konsternacja, gdyż Graff jest po raz pierwszy na aukcji. Wojtek, który zna wielu kolekcjonerów z całego świata, kilku osobom przedstawia Graff. Objaśnia jej dokładnie wszystkie ważniejsze obrazy.

Po niezwykle interesującej, pełnej niespodzianek aukcji, przenosimy się do nowojorskiego mieszkania Fibaka, w najdroższej części Manhattanu, na rogu 65. Ulicy i Park Avenue. Z podziemnego garażu windą jedziemy na górę do tzw. penthouse, gdzie Fibak ma dwa poziomy. Drzwi otwiera nam jego asystent, Michał Stachurski, który przekazuje telefony osób, które chciały z Wojtkiem rozmawiać.

Na ścianach zdjęcia, w pracowni Zygmunta Menkesa w Riverdalle, Ewa i Wojtek oglądają ostatni obraz artysty, malowany przez trzy lata, Fibak razem z Henrykiem de Kwiatkowskim... Penthouse Fibaka umeblowany jest secesją wiedeńską (Josepha Hoffmana) z początku XX wieku, na ścianach obrazy Basquiata, Fangora i Andy Warhola. Nie mogąc usiedzieć w miejscu, Wojtek chodzi z przenośnym telefonem przy uchu, dzwoniąc tym razem do córek do Paryża (rodzina jest dla niego niezwykle ważna), do przyjaciela milionera Henryka de Kwiatkowskiego na Bahamy (Kwiatkowski dorobił się na handlu samolotami, jest posiadaczem poważnej kolekcji obrazów, sponsorem polo, jak również sąsiadem Fibaka, od którego kupił kilkadziesiąt akrów ziemi w Greenwich). Ja w tym czasie siedząc na przeszklonym tarasie, delektuję się zapierającym dech w piersiach widokiem Manhattanu. Między jedną z rozmów a przyjściem gościa, który jutro jedzie do Polski w interesach, pytam Fibaka:

—Obserwując cię, widzę, że wśród spraw amerykańsko-francusko-polskich, te ostatnie nie są dla ciebie bez znaczenia. Jak ty, w nowej sytuacji Polski, widzisz się jako człowiek biznesu?

—Nie zmienia to mego podejścia do Polski. Od samego początku moich wyjazdów zawsze uważałem, że prowadząc bardzo intensywne życie, obracając się w sferach artystycznych, sportowych, biznesowych mam misję do spełnienia. Reklamowałem Polskę jak tylko mogłem i namawiałem wszystkich znajomych do inwestowania.

—W ostatnim roku byłeś z De Niro i de Kwiatkowskim w Polsce. Ale czy sam zamierzasz robić coś konkretnego w Polsce?

—Nie jestem fabrykantem, więc nie chcę uruchamiać produkcji. Ale mam projekt, aby w Warszawie otworzyć "Fibak Country Club" z golfem, tenisem. Jeśli to przejdzie - zainwestuję. Drugi projekt to założenie fundacji moich obrazów, powiązanych z moim ekskluzywnym hotelem, do czego namawia mnie Wajda. Ale nie typu Marriott. Chcę zrobić go w XVIII-wiecznym pałacu, w centrum Warszawy, z rotacyjną wystawą obrazów z moich kolekcji. Jeśli otrzymam zgodę, zrobię to. Zostawiłem całą sprawę w rękach naszej wspaniałej pani minister kultury i sztuki, Izabelli Cywińskiej. Mam na oku dwa obiekty, które chciałbym przejąć i doprowadzić do takiego stanu jak w XVIII wieku. Szczerze muszę powiedzieć, że na codzień tęsknię do Polski. Gdyby demontaż pseudosocjalizmu nastąpił wcześniej, to nie musiałbym w ogóle wyjeżdżać z kraju. A gdyby nie liczne obligacje tutaj i w Europie Zachodniej, to byłbym częściej w Polsce.

—Obserwując twoje domy i mieszkania, miejsca, w których one są, wystrój wnętrz, jak również ludzi, którzy się przez nie przewijają - oprócz bogactwa - widzę pewien styl.

—Dziękuję za komplement. Ja osobiście nie akceptuję snobizmu burżuazyjnego uptown, z wypiętą, sztuczną elegancją na pokaz, ani też wyzwania cyganerii z downtown. Czuję się dobrze w downtown, gdzie przychodzi się ubranym na sportowo, w dżinsach, i w uptown w ekskluzywnej restauracji. Akceptuję każdy styl tak długo, jak jest naprawdę stylem. Mam w Paryżu pałacyk z XVIII wieku, z meblami też z tej epoki. Ale jak pójdę do domu obok, który jest nowoczesny, to mogą być meble z lat 20. naszego stulecia. Trzeba jednak mieć tego świadomość. Uważam, że ludzie żyją szybko, zarabiają i nie zdążą sobie wyrobić tej świadomości. Gdzie jeść? Jak się ubierać i dlaczego? Nie można powiedzieć, że garnitur z krawatem jest lepszy od dżinsów. Zależy, jaki jest to garnitur i zależy jakie to są dżinsy. Mówiąc o modzie i pewnych walorach estetycznych nie można zapomnieć, że podstawą wszystkiego są walory moralne i wiedza.

Ogólnie trzeba wiedzieć, gdzie się przynależy i co my uważamy za świat. To co nam zaproponował Poniatowski, Radziwiłł i później cały XIX wiek z Hotelem Lambert, ze wszystkim co w swoim penthousie na Manhattanie wnieśli Czartoryscy, Zamoyscy ... To była pewna fascynacja kulturą zachodnią, głównie francuską, widoczna w meblach, architekturze, ubiorze, literaturze. I jeśli to nas fascynowało, to gdzieś tam w nas siedzi. I jeśli teraz szczytem Ameryki jest Nowy Jork, to Nowy Jork jest europejski. Nowy Jork nie jest Ameryką, aby poznać prawdziwą Amerykę trzeba pojechać w głąb, gdzie widać, że dla ludzi ważna jest rodzina, religia, praca i kilka godzin odpoczynku, często przed telewizorem. Dużo podróżując po świecie, żyjąc niezwykle intensywnie i mając solidne przygotowanie z prowincjonalnego miasta - Poznania - mogłem się wszystkiemu z boku przyjrzeć i wybrać to, co mi odpowiada.

—Obserwowałem cię od dawna, zawsze jesteś ciekaw co mają do powiedzenia inni, zamęczasz dosłownie ludzi pytaniami. Dziś odwróciła się rola - ja ciebie wypytuję.

—Musisz potwierdzić, że nie jestem niedostępny, rozmawiam ze wszystkimi, którzy mają coś do powiedzenia. A to, że faktycznie wolę innych pytać, niż samemu mówić, to jest moim nastawieniem do świata. Uważam mianowicie, że ciągle się uczę, ciągle dowiaduję się nowych rzeczy. Myślę, że dzięki temu, na szczęście jak dotąd, nie zanotowałem większych wpadek w biznesie, bądź co bądź niebezpiecznym, bo inwestycyjnym - gdzie trzeba ciągle wykładać własne pieniądze.

Ostatnim, jak zapewnił Fibak, punktem dnia miała być kolacja w Mark Hotel przy 77. Ulicy i Madison Avenue, zorganizowana przez Huberta Boukobza, właściciela dwóch największych dyskotek w Paryżu Bain Douze i Palace. Na to przyjęcie poszliśmy z dwoma producentami filmowymi, gdyż miał tam przyjść Robert De Niro. Kolacja odbywała się w wypełnionym ciekawymi ludźmi "Presidential Suite". Po pewnym czasie przyszedł De Niro, który z natury jest niezwykle nieśmiały i widząc tłum ludzi, zamknął się w jednym z pokojów, do którego poprosił Fibaka. Rozmawiali tam sami dobrą godzinę. O czym - pozostanie ich tajemnicą.

Kiedy w środku nocy żegnałem się z Fibakiem, mówił, że musi jeszcze przejrzeć kilka pism i zaległą korespondencję. Już na zakończenie zadałem mu pytanie:

—Myślę, że ten przypadkowo wybrany dzień z twojego, nieprawdopodobnie intensywnego, szybkiego życia, przybliży ciebie ludziom. Ale dla KARIERY niezwykle ważne jest, jak ty ze swego punktu widzisz karierę, jaką osiągnąłeś. Daniel Passent nazwał cię "Paganinim portfela".

—Tak, tak, pamiętam - rozpoczął Wojtek, śmiejąc się głośno. Myślę, że Daniel chciał tu zasygnalizować moją smykałkę do interesów. Inni zinterpretowali to bezpośrednio, że Fibak kocha pieniądze, bo kto ich nie kocha? Ale taka interpretacja, to duże spłycenie mnie. Nie rozmieniam wszystkiego na dolary i tak naprawdę nie lubię pieniędzy - samych z siebie - nigdy ich na przykład nie liczę. Co natomiast pieniądze dają - to uniezależnienie się. Wszystkie inwestycje robię po to, aby być panem swego życia i mieć prawo robić to, co chcę. Gdy pytasz, czym dla mnie jest kariera, odpowiem - wbrew oczywistym przejawom zewnętrznym, jak bogactwo, popularność - dla mnie kariera łączy się z bardzo osobistym poczuciem niezależności. Nie ma oczywiście pełnego uniezależnienia się od pewnych czynników ekonomicznych, socjologicznych czy rodzinnych, ale jest maksymalna wolność decyzji. Jeśli zechcę, to jutro, a właściwie już dziś jest po dwunastej, na kolację polecę cordem do Paryża. Oprócz tego, uważam, że kariera wiąże się z odpowiedzialnością.

—Co masz na myśli?

—Na tych, którym się powiodło i są na piedestale, nie musząc każdego dnia walczyć o jutro, ciąży odpowiedzialność w stosunku do ludzi lub całych społeczeństw, które im pomogły. Kariera jest aktem zbiorowym, mam tu na myśli to, że społeczeństwo dostrzega talent i go wynosi oraz że wielu ludzi zaangażowanych jest w rozwój kariery jednostki.

Ze swej strony nigdy nie zapomnę jak w 1972 r. na Riwierze, po meczu w pełnym słońcu, patrzyłem na Francuzów pijących w barze Coca-Colę z dodatkiem cytryny, w kryształowych szklankach. Czułem jej smak, gdyż sam sobie kiedyś pozwoliłem, a wtedy nie było mnie na nią stać. Mimo że kosztowała 5-6 franków, co stanowiło około 1,5 dolara. Łykając ślinę rozmyślałem, że za 2 franki kupię w super markecie litrową butelkę z plastiku, a za resztę gazety, z których wieczorem mogę się uczyć francuskiego.

Ale tymczasem trzeba iść spać, bo jutro też będzie dzień, a ja lecę do Casa de Campo. Do zobaczenia!


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon