Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Józef Hen




Idę ul. Mokotowską w Warszawie, w kierunku Pl. Trzech Krzyży. Mokotowska zrobiła się bardzo europejska, ładne sklepy, stare odnowione kamienice, uśmiechnięci ludzie. W pewnej chwili z drugiej strony ulicy macha do mnie Józef Hen. Przechodzę na druga stronę, witamy się, który od wstępu zaczyna.

—Czy już Pan wie, że na okładce mojej ksiązki jest Pana zdjęcie, zmusiłem do tego wydawnictwo.

—Jeszcze nie wiem, ale czy ma sens zmuszać kogoś – powiedziałem przekornie?

—Niech Pan sobie wyobrazi, chcieli wziąc na okładkę moje zdjęcie, gdzie jestem uśmiechnięty.

—Co w tym złego, uśmiech się dobrze sprzedaje – kontynuuję.

—Może i tak, ale w tym dzienniku umiera moja żona.

—W takim bądź razie, zapraszam Pana na moje spotkanie „Artyści w Łazienkach”, jakie od kilku lat organizuję. Ustalamy precyzyjnie date 16 maja 2013 r.

Przed spotkaniem z publicznością, rozmawiam z Henem o wspomnieniach z Łazienek.

Pamiętam w Łazienkach przed wojną spotkałem dziewczynę z Gimnazjum Kaleckiej, nazywała się Gina, w której się nieśmiało zakochałem. Nawet napisałem do niej kilka liścików, nie wiedziała, że to ja, była nawet nimi zainteresowana.

Kiedy ją zobaczyłem z koleżankami w Łazienkach, wstydziłem się podejść. W tym czasie zobaczyłem fotografa tzw. Leikarza, który miał aparat Leica. Poprosiłem go dyskretnie, aby sfotografował dziewczynę i umówiłem się na odbiór zdjęcia i zapłatę.

Kiedy miałem już jej zdjęcie i spotkałem ją na ulicy, podeszłem i pokazałem jej zdjęcie. Spojżała na zdjęcie zdziwiona i powiedziała, że musimy się zobaczyć, bo w tej chwili nie ma pieniędzy. Powiedziałem, że nie o pieniądze tu chodzi. Po tym spotkaniu, przestała mi się podobać.

Jest o tym wzmianka w “Nowolipiu”, kiedy w czasie wojny próbuję przejść przez granicę Niemiecko-Sowiecką. Zatrzymał mnie wartownik niemiecki – który mówił po polsku – zapytał, czy mam pieniądze? Powiedziałem mu, że mam tylko 50 groszy, pokazałem mu portfel, w który on zobaczył to zdjęcie, jasnowłosej aryjskiej dziewczyny.

—Kto to jest? – zapytał.

—Moja dziewczyna – odpowiedziałem zdecydowanie.

—Wcześnie zaczynasz – powiedział – i przepuścił przez granicę. W ten sposób mi się ta dziewczyna wypłaciła i pewnie uratowała życie.

Józef Hen jest pisaremz, scenarzystą filmowy, ur. 8 listopada 1923 r. w Warszawie.

Ukończył gimazjum w Warszawie i Szkołę Pedagogiczną w Samarkandzie.

Współpracował z czasopismami: w dzieciństwie z „Małym Przglądem” Janusza Korczaka, „Żołnierz Polski” 1945-52, „Świat” 1953-68 oraz z TVP i kinematografią polską 1958. Członek koresp. Academie Nationale des Sciences, Belles Lettres et Arte w Bordeaux 1980.

Członek: Związku Literatów Polskich (wiceprezes Oddz. Warszawskiego 1966-69, 1978-81, prezes Zarządu Oddz. Warszawskiego 1981-83), PEN Club 1966-, ZAiKS (z-ca czł. ZG 1978-), Stowarzyszenia Pisarzy Polskich 1989-, Międzynarodowego Towarzystwa Przyjaciół Montaigne’a 1998-.

Często nagradzany: Nagroda Klubu Krytyki Filmowej (za scenariusz filmu „Krzyż Walecznych”) 1959, nagroda specjalna festiwalu w San Francisco za scenariusz filmu „Bokser i śmierć” 1963, nagroda specjalna ZAiKS (za książkę „Błazen – wielki mąż) 1998; Krzyż Walecznych 1945, Krzyż Komandorski z Gwiazdą OOP 1998.

Autor książek „Kijów, Taszkient, Berlin. Dzieje włóczęgi” 1947 (debiut), „W dziwnym mieście” 1954, „Kwiecień” 1960 (Książka Roku 1961), „Toast” 1964 (pod zmienionym tytułem „Prawo i pięść” 1997), „Teatr Heroda” t.I 1966, t.II 1967, „Twarz pokerzysty” 1970, „Crimen” 1975, „Milczące między nami” 1985, „Królewskie sny” 1989, „Nikt nie woła” 1990, „Odejście Afrodyty” 1995; zbiory opowiadań: „Cud z chlebem” 1956, „Krzyż Walecznych” 1964, „Mgiełka” 1970, „Bokser i śmierć” 1975, „Oko Dajana” 1990; reportaż „Skromny chłopiec w haremie” 1957; biografia literacka „Ja, Michał z Montaigne” 1978; dziennik „Nie boję się bezsennych nocy” t.1 1987, t.2 1992: wspomnienia „Nowolipie” 1991 oraz książki: „Najpiękniejsze lata” 1996, „Niebo naszych ojców” 1997, „Błazen – wielki mąż” 1998; scenariusze filmowe: „Krzyż Walecznych” 1959, „Nikt nie woła” 1961, „Kwiecień” 1961, „Bokser i śmierć” 1963, „Prawo i pięść” 1964, „Dwa żebra Adama” 1964, „Don Gabriel” 1967, „Granica” 1978, „Życie Kamila Kuranta” (serial telew.) 1983, „Królewskie sny” (serial telew.) 1987; sztuki teatralne: „Ja Michał z Montaigne” 1984, „Popołudnie kochanków” 1994. Jego książki przetłumaczone zostały na 18 języków. Jest laureatem Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy.

Kiedy odwiedziłem go w jego mieszkaniu w Alejach Ujazdowskich na biurku z maszyną do pisania, z poprzedniej epoki, nieopodal gdzie mieszkam w Warszawie, zadałem mu kilka prostych pytań.

—Pierwsze zapamiętane wspomnienie?

Zawsze mi się wydawało, że najstarsze wspomnienie, to plama słoneczna kołysząca się na szarym tynku muru, gdzieś między Nowolipiem a Lesznem. Tak napisałem w „Nowolipiu”.

Ale kiedy Krysia Kofta też się przyznała do plamy słonecznej (którą chciała pochwycić), wytężyłem pamięć i zobaczyłem coś innego, Jest przedpokój, a przede mną mały kotek, biały z czarną łatką na grzbiecie, który na mój widok się napręża. Wiem — bo dziecko to wie — że i ja jestem malutki, ten kotek pewnie dlatego jest mi bliski, wyciągam do niego ręce, a on się coraz bardziej spręża. Zachwycony, zakochany w kotku, powiedziałem: „Jaki cujny kotek…” Pamiętam te słowa, jakiś swój podziw – ale dlaczego „cujny”? Skąd to słowo? Czy wiedziałem, co ono znaczy? Chyba nie. Dziecko słyszy słowo i przyswaja je sobie. I nadaje mu własne znaczenie. Wydaje mi się, że moje zachowanie podobało się dorosłym. Byłem dla nich jak ten kotek. „Słyszeliście? Powiedział, że ten kotek jest czujny, no, no…”.

—Niespełniona miłość?

Gra szmacianką na wybrukowanym podwórku się nie liczy: nie wiedziałem, że uprawiam sport. Wracałem do domu z postrzępionymi spodenkami i odrapanymi boleśnie kolanami. Przemywano mi rany wodą utlenioną, a ja zaciskałem zęby, żeby nie piszczeć.

Zaczęło się od złotego medalu Kusocińskiego w Los Angeles. Wszyscy tylko o tym mówili. Kiedy miałem dziesięć lat, przeczytałem wspomnienia „Kusego” „Od palanta do olimpiady”. Były tam zdjęcia z treningu i opowieść o tym, jak jego szwedzki trener kazał mu wysoko unosić kolana, żeby krok był dłuższy i miększy. Zaczęłem ćwiczyć bieg z wysokim unoszeniem kolan. Zdaje się, że z dobrym skutkiem. Bo kiedy po wojnie biegałem czasem na krakowskiej „Olszy”, mówiono mi, że mam elastyczny krok.

W sporcie, jak w sztuce (i w kilku innych dziedzinach) — liczy się talent. Ja go nie miałem. Podziwiałem kolegów, którzy mieli to, co można nazwać „iskrą Bożą”. Albo diabelską intuicję. Ja byłem uparty, pracowity. Opanowałem gaszenie piłki, grę głową, podawałem dokładnie, byłem na boisku szybki i waleczny. Poza tym miałem coś, co doceniam dopiero dzisiaj: tak zwany dobry ogląd pola. Na pewno byli lepsi ode mnie. Ale gwiazdor dopiero wtedy w drużynie się spełnia, kiedy pracuje na niego uparty i pożyteczny wyrobnik. Taki jak ja.

Ciągnęło mnie do biegania. Marzyłem o średnim dystansie. O zwycięstwach na finiszu. Zapewne uporczywym treningiem – znowu mimo braku talentu – do czegoś bym doszedł. Po wojnie, na bieżni krakowskiej „Olszy”, gdzie grywałem w tenisa, okazało się, że nie jest z tym tak źle. Wygrałem kilka prywatnych pojedynków na czterysta metrów. Nikt nie mierzył czasu.

Kto wie, jeśli do czegoś miałem talent (średni), to do tenisa. Ale było już za późno: straciłem dzieciństwo i młodość. Poza tym, tak między nami, miałem w życiu do robić. Tak mi się zdaje…

Prawdziwie niespełniona miłość. Innym młodym ludziom majaczą się przed zaśnięciem kobiece ponętności – ja, kiedy zamykałem powieki, widziałem siebie na zielonym boisku strzelającego pod kątem ostrym do bramki. Nie do obrony.

—Czym jest przemijanie?

Miałem osiemnaście lat, kiedy, maszerując po chrzęszczącym śniegu na front, pomyślałem po raz pierwszy o przemijaniu. Bez buntu. Z rezygnacją. I ta świadomość przy mnie została. Odzywa się ona, kiedy grozi mi zapamiętanie się w gniewie, w poczuciu krzywdy. Pozwala korygować uczucia. Nie zawsze mi się ono udaje, to osiągnięcie filozoficznego dystansu – cóż, człowiek jest ułomny, ale w końcu ten dzwonek się odzywa i przypomina: trzeba spasować.

Nie lubię, kiedy pocieszają: „Czas wszystko łagodzi”. Nie taki jest sens tej wypowiedzi. Jeśli kogoś skrzywdziłeś, to nie rozgrzeszaj się upływem czasu. Sumienie nie zna przedawnienia – tyle, że ból staje się tępy.

Przemijaniu poświęcono wielkie dzieła. Czyż cały Proust nie jest o tym? Można więc na ten temat nieskończenie. Warto chyba jedenk dodać, że nic tak nie przemija, jak słowa, popularność, sukces. To, co się dzisiaj podoba, jutro będzie zapomniane i niezrozumiałe. To, co dzisiaj wzrusza, jutro spotka się z obojętnością. Pomagają w tym procesie żarłoczne, nienasycone media. Newsy tylko krótko są newsami – newsy szybko się starzeją. Czasem, by całkiem przeminąć. Pamięć ludzka, wiadomo, jest zawodna. Jeśli nawet coś zachowa, to w sposób zniekształcony.

Więc zapisz swoją myśl – może się uratuje. Może ktoś po nią, utrwaloną, sięgnie, ktoś bliski, lub ktoś, kogo twój zapis bliskim uczyni.

A właściwie – co za różnica?

„Cóż my wiemy o drugim człowieku? Tyle, ile raczy nam odsłonić. Reszty możemy się tylko domyślać” (Józef Hen).


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon