Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Henryk de Kwiatkowski

Aktualizacja: lut 22


Henryk de Kwiatkowski (ur. 22 lutego 1924 r. - zm. 17 marca 2003 r.), inżynier lotnictwa, osiągnął fortunę w biznesie lotniczym w Ameryce, był również właścicielem Calumet Farm, jednej z najbardziej prestiżowych hodowli koni wyścigowych w Stanach Zjednoczonych.

Urodzony w Poznaniu w wieku 15 lat Henryk de Kwiatkowski został schwytany przez armię radziecką i wysłany do obozu pracy na Syberii. Po dwóch latach, jako jeden z nielicznych, uciekł i przedostał się przez Iran do Anglii, gdzie wstąpił do Royal Air Force, służąc do 1947 r. Według jego syna, Henryk de Kwiatkowski był pierwowzorem postaci Abela Rosnovskiego w powieści „Kane i Abel” Jeffrey Archera.

Po wojnie w 1952 r. de Kwiatkowski wyemigrował do Kanady i zaczął pracować jako inżynier w firmie lotniczej Pratt & Whitney w Montrealu. W 1957 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie założył Kwiatkowski Aircraft Ltd. i Intercontinental Aircraft Ltd z siedzibą w Nowym Jorku, zdobywając fortunę dzięki leasingowi i pośrednictwu w sprzedaży używanych samolotów komercyjnych. Mieszcząca się na 28 piętrze w Rockefeller Plaza, firma Kwiatkowskiego, pośredniczyła w operacjach sprzedaży używanych samolotów przekraczających ponad 2 biliony dolarów.

W 1967 r. de Kwiatkowski kupił dom w ekskluzywnej społeczności Lyford Cay na wyspie New Providence na Bahamach i 80-akrowe osiedle w Greenwich, Connecticut, które sprzedał w 2004 roku za 45 milionów USD. Był kolekcjonerem sztuki, faworyzował impresjonistów miał dzieła m.in.: Paula Gauguina, Georgesa Braque'a i Claude'a Moneta.

Kwiatkowski zaczął uprawiać sport, jego stajnia Kennelot w Greenwich w Connecticut prowadziła drużynę polo, w której grał. Był także członkiem i graczem w Palm Beach Polo i Country Club w Wellington na Florydzie. Wraz z kanadyjskim magnatem handlu detalicznego Galenem Westonem i amerykańską aktorką Stefanie Powers, Henryk de Kwiatkowski był jednym z pierwszych zagranicznych członków Royal County of Berkshire Polo Club, Windsor, Berkshire, którego członkiem jest Książę Walii. W połowie lat 70. de Kwiatkowski zaangażował się w wyścigi konne pełnej krwi, kiedy nabył klacz Kennelot, która stała się fundamentem jego działalności wyścigowej i hodowlanej i dla której nazwał swoją stajnię w Greenwich w Connecticut. W szczytowym okresie Stajnia Kennelot posiadała ponad 60 koni. De Kwiatkowski był właścicielem konkwistadora Cielo, zwycięzcy Belmont Stakes i konia roku 1982, który był wyceniany na rekordową wówczas cenę 36,4 mln USD.

Kwiatkowski lata prywatnym odrzutowcem między swoimi rezydencjami: na Manhattanie – Beakman Place, duplex z widokiem na East River, z dużą kolekcją dzieł sztuki, w tym cennymi impresjonistami francuskimi; w Greenwich w stanie Connecticut, jego posiadłość i 50 akrów niezwykle drogiej ziemi graniczącej z posiadłością Fibaków; na Florydzie w Palm Beach; na Bahamas, w Londynie, Monaco, Paryżu, Buenos Aires... Zimą gra w polo w snobistycznym Palm Beach Polo & Country Club, latem w Greenwitch.

Jest członkiem najbardziej prestiżowych klubów: Manhattan Brook Club czy Bohemian Club w San Francisco, w którym jest tylko stu członków, a wśród nich: Reagan, Kissinger, Ford, Nixon, Carter.

Henryka de Kwiatkowskiego poznałem na początku lat 80-tych, u Wojtka Fibaka w Connecticut, gdzie niedaleko mieszkał. Kiedy przysłuchiwałem się, jak z Jerzym Kosińskim podnieceni rozmawiali o polo, w które obydwoje grali, namówiłem go na zdjęcia w West Palm Beach w styczniu 1991 r.

Po dwóch godzinach lotu z lotniska krajowego La Guardia w Nowym Jorku lądujemy w West Palm Beach. Podaję adres taksówkarzowi. Po pół godziny jazdy skręcamy w boczną drogę, przed nami opuszczony szlaban i tabliczka z napisem Palm Beach Polo & Country Club. Z oszklonej budki wychodzi mężczyzna w mundurze przypominającym policjanta, z pistoletem w kaburze. Podaję mu nazwisko Henryk de Kwiatkowski i numer rezydencji. Sprawdza na komputerze i otwiera szlaban, dając wskazówki kierowcy, jak dojechać na boisko polo, gdzie w tej chwili de Kwiatkowski rozgrywa ważny mecz. Po dwóch godzinach zaciętej walki, którą fotografowałem, mecz zakończył się wynikiem 12:10 niekorzystnym dla drużyny de Kwiatkowskiego.

Czerwony z wysiłku de Kwiatkowski oddał konia i siadł ciężko na przygotowanym mu krześle na murawie pobocza boiska. Jeden z obsługujących go ludzi przyniósł mu wodę z lodem do przemycia twarzy, a później, krzywiącemu się z bólu, polewał ręce. Trzeba wiedzieć, że polo stanowi jeden z najbardziej wyczerpujących fizycznie sportów. Gra się w pełnym galopie, zmieniając co kilka minut konie na wypoczęte.

De Kwiatkowski niezbyt długo wypoczywał, energicznie wstał, założył sobie ręcznik na szyję i poprosił mnie skinieniem ręki do stojącego nie opodal czarnego mercedesa z rejestracją Connecticut. — Pojedziemy do stajni — oznajmił — muszę zadzwonić do biura w Nowym Jorku.

Po kilku minutach jazdy zatrzymaliśmy się przed budynkiem, utrzymanym w biało-czerwonych barwach. Luksusowe wnętrze, do którego zaprosił mnie de Kwiatkowski, w niczym nie przypominało stajni. Jedynymi elementami nadającymi mu ten charakter były rozwieszone na ścianach uprzęże, pod ścianami stały długie buty do jazdy konnej. Resztę ścian pokrywały szczelnie oprawione fotografie koni: w stajni, na stadionie, na torach wyścigowych, z ludźmi i bez ludzi. Wśród osób na zdjęciach rozpoznaję obok de Kwiatkowskiego księcia Karola, Stephanie Powers i wiele innych osobistości.

Czy konie, na których graliście, mają jakieś specjalne predyspozycje? — zapytałem.

Tak, są specjalnie hodowane, aby były silne i szybkie, bo gra, jak pan widział, odbywa się w galopie. Ja mam tutaj, w Wallington, 40 koni, ponadto konie w Anglii i Argentynie.

—Ciekaw jestem pana losów wojennych, o których krążą legendy.

—Mój ojciec został zabity w pierwszym dniu wojny. Ja byłem wywieziony na wschód i kiedy Rosjanie zaatakowali Polskę 17 wrześnła 1939 roku, zostałem zabrany przez nich do obozu. Miałem wówczas 14 lat. Rozdzielono mnie z siostrą, a pozostali bracia przedostali się do Anglii i walczyli w Royal Air Force. Wszyscy zginęli. Nie mogę o tym w tej chwili mówić.

—Wiem z dobrych źródeł, że w latach 1982-1983 pomagał pan Polsce, nie afiszując się z tym, jak to robiło wielu innych, którzy ofiarowali znacznie mniej?

—Nie robiłem tego dla sławy, a z przekonania o słuszności sprawy. Wysyłałem m.in. ks. Jankowskiemu pieniądze i maszyny drukarskie.

—Ostatnio po raz pierwszy od wojny był pan w Polsce.

—Chciałem to zrobić dużo wcześniej, ale sytuacja była niesprzyjająca.

—Poznałem Wałęsę i nie jestem szczęśliwy, że został prezydentem Polski. W mojej opinii byłoby lepiej, gdyby pozostał tak jak Gandhi dla Indii. Życzę mu wszystkiego najlepszego, ale nie jest już dziś moim idolem, jak był przedtem. To nie tylko moja opinia ale i wielu moich przyjaciół. Nikt nawet nie śnił, że komunizm może być obalony bez wystrzelenia jednego naboju. Jestem religijny i wierzę, że wszystkie te wydarzenia, łącznie z wyborem polskiego Papieża, nie są przypadkowe.

— Jakie odniósł pan wrażenie ze swojego pobytu w Polsce?

—Oprócz Polski odwiedziłem Rosję, Czechosłowację, Węgry, Rumunię i muszę stwierdzić, że w żadnym z nich nic, co zostało zbudowane w czasie komunizmu nie zasługuje na uwagę. Wszystko, co jest godne zobaczenia, pochodzi z okresu wcześniejszego. Widziałem tuman oparów nad Krakowem, budynki zjadane przez wyziewy Huty im. Lenina. Zastanawiałem się po co Polsce tak rozbudowany ciężki przemysł. Zdumiewa mnie fakt, że Polska okazała się tak cierpliwa i zdecydowała się na zmiany we właściwym czasie. Gdyby zrobiła to wcześniej, za Breżniewa, mogłaby podzielić los Węgier i Czechosłowacji, gdyż była bardzo ważnym krajem dla Rosji.

—Czy zamierza pan inwestować w Polsce?

—Infrastruktura w Polsce jest wątła i niewystarczająca dla mojej dziedziny, spowodowały to lata komunizmu. Zanim wszystko wróci do normy upłyną lata. W Polsce ludziom wydaje się, że są już wolni, więc mogą cieszyć się owocami tego zwycięstwa. Mogą swobodnie wyjeżdżać na Zachód, więc starają się urządzić w Nowym Jorku, aby podnieść sobie standard życia, a nie przekształcać go we własnym kraju. Pamiętam, że w podziemiu w czasie II wojny światowej istniała całkiem inna potrzeba: stworzenia czegoś wbrew wszelkim przeciwnościom. Dziś nie ma w Polsce takiego dążenia, rolę grają tylko rzeczy materialne. Ja w całym swoim życiu postępowałem tak, że kiedy ktoś mi mówił, iż pewne rzeczy są dla mnie nieosiągalne, to wbrew temu dochodziłem do celu.

Wieczorem pojechałem z państwem de Kwiatkowski do Polo Club, gdzie na cześć zawodników, wśród których były sławy światowe, urządzono wystawne przyjęcie. Do de Kwiatkowskiego ludzie lepili się jak przysłowiowe muchy do lepu. Po przyjęciu wróciliśmy do domu i zgodnie z zapowiedzią przy herbacie i cieście, podanym przez czarną służącą w telewizyjnym pokoju, podjęliśmy przerwany wątek rozmowy.

—A więc dostał się pan do niewoli rosyjskiej?

—Tak, w związku z tym przypomina mi się zabawna historia. A mianowicie, kiedy prezydent Gorbaczow z żoną przyjechał do Stanów Zjednoczonych, otrzymałem telefon z Departamentu Stanu. Zapytano mnie, czy jestem właścicielem konia wyścigowego Samarkanda. Odpowiedziałem, że tak. Na co oświadczono mi, że Raisa Gorbaczowa chciałaby poznać człowieka, który w Ameryce nadał koniowi taką nazwę. Otrzymałem zaproszenie na bal wydany przez Gorbaczowa. Na balu tańcząc z Raisą rozmawiałem z nią po rosyjsku — w tym momencie de Kwiatkowski zaczyna mówić płynnie po rosyjsku. — Zapytała mnie skąd znam rosyjski i dlaczego nazwałem konia Samarkanda. Kiedy wyjaśniłem jej, że było to jedno z miast na trasie mojej ucieczki z Rosji, śmiała się. Ale po chwili dodała, że jej ojciec był również więziony za Stalina.

Ale serio, wracając do pańskiego pytania, kiedy Rosjanie wkroczyli do Polski 17 września, znajdowałem się w Krzemieńcu, na granicy z Bugiem. Pamiętam, że sierżant Krzyszkowski uczył nas, jak zatrzymywać czołgi. Byłem wówczas młodym chłopcem, harcerzem, chodziłem do szkoły jezuickiej, gdzie uczono nas, że nie wolno zabijać. Zatrzymywaliśmy czołgi rosyjskie w ten sposób, że pod gąsienice podkładaliśmy butelki, które rozrywały łańcuchy uniemożliwiając jazdę i powodując zatrzymanie całych konwojów. Robiliśmy to w wielkiej konspiracji, ale w końcu się to wydało i aresztowali nas w szkole przed Bożym Narodzeniem. Otrzymaliśmy wyrok za sabotaż — 20 lat zesłania na ciężkie roboty na Syberię. I tak obeszli się z nami delikatnie, bo gdyby to było NKWD, to zastrzeliliby nas na miejscu.

Zapakowali nas do bydlęcych wagonów i całymi tygodniami jechaliśmy. W miejscu przeznaczenia powiedzieli, że będziemy wycinać drzewa. Dali nam siekiery i piły i zawieźli saniami na miejsce pracy. Pracowało się za posiłek. Oświadczyli, że jeśli nie wykonamy normy, to nie otrzymamy jedzenia. Byłem bardzo młody, na dworze mróz -40 0 C, siekiera odskakiwała od drzewa jak od gumy, a w ogóle z ledwością podnosiłem siekierę do góry. Pomyślałem sobie, że to już koniec. Jakimś cudem zorientowałem się, że pod śniegiem leżą wcześniej ścięte drzewa. Zacząłem wygrzebywać je ze śniegu. Kiedy po południu przyjechali po nas i zobaczyli nieprawdopodobnie dużą ilość drzew leżących na ziemi okrzyknęli mnie stachanowcem. W nagrodę za ciężką pracę pozwolono mi pracować w kuchni. Było ciepło i miałem co jeść.

Poznałem tam lekarza z I wojny światowej, który przez całe lata opracowywał plan ucieczki. Nabrawszy do mnie zaufania pokazał mi go. W latach 1941-1942 bez przerwy powtarzałem nazwy miejscowości, przez które pociąg musiał przejeżdżać i nie zapomnę ich chyba do końca życia Kujbyszew, Ałma-Ata, Taszkient, Kokan, Samarkanda, aż do Morza Kaspijskiego i Iranu. Ale w jaki sposób można było zrealizować plan, kiedy on siedział już kilkadziesiąt lat w łagrze i nikt z niego jeszcze nie uciekł.

—Musiał pan dostać się do kolei?

—To było niezmiernie trudne. Ale do Nowosybirska co dwa tygodnie przychodził transport z zaopatrzeniem dla obozu. Nieraz jeździłem saniami kilkadziesiąt kilometrów, aby odebrać prowiant: sól, smalec, naftę.

Pewnego razu, kiedy pociąg stał jeszcze na bocznicy, a my ładowaliśmy prowiant, strażnik chciał skręcić sobie papierosa, ale ponieważ nie udawało mu się to na mrozie, wszedł na chwilę do wagonu. Uciekłem pod pociąg i uczepiłem się rury między wagonami. W międzyczasie, kiedy strażnik wyszedł na zewnątrz, pociąg ruszył. Przeżyłem tylko dlatego, że przechodziła tam rura z parą i było mi ciepło. Inni więźniowie wrócili do obozu i powiedzieli, że zostałem zabity.

—Czy jechał pan cały czas pod pociągiem?

—Jak się tylko trochę oddaliliśmy, wyszedłem. Miałem znowu szczęście, w jednym z przedziałów pierwszej klasy siedziała tylko jedna pasażerka, kobieta, która zobaczywszy mnie, zaprosiła do środka. Pamiętam, jak dotknęła moich ust i powiedziała: „Co oni z tobą zrobili, ty masz jeszcze mleko matki na ustach”.

Okazało się, że przedział był specjalinie zarezerwowany dla NKWD, a ona była żoną szefa NKWD Uzbekistanu. Powiedziała, że mi pomoże. Pytałem o miejscowości z listy lekarza, powiedziała, że po drodze jest Taszkient, Kokan... Byłem szczęśliwy, że jadę w dobrym kierunku.

Pani ta pomogła mi dotrzeć do Taszkientu, gdzie mieszkała i wyjaśniła mężowi, w jakich okolicznościach mnie poznała. Mieszkałem u nich miesiąc, a potem jej mąż dał mi papiery, abym mógł uciec z Uzbekistanu przez Kokan, Samarkandę i portowe miasto nad Morzem Kaspijskim, Krasnowodsk. Dostałem się tam na statek z węglem i popłynąłem do Iranu. W Teheranie zgłosiłem się do konsulatu brytyjskiego, dzięki któremu dostałem się na statek „Empress of Canada”, który wiózł głównie żołnierzy brytyjskich do Anglii. Gdy opływaliśmy Afrykę, koło Sierra Leone zostaliśmy storpedowani przez włoski okręt podwodny „Leonardo da Vinci” i jako jednemu z nielicznych udało mi się przeżyć. W końcu dostałem się do Anglii, gdzie wstąpiłem do Royal Air Force. Czuję się zmęczony, chodźmy spać zakończył nagle de Kwiatkowski.

Następnego dnia spotkaliśmy się na lunchu.

—Muszę panu powiedzieć, że nie mogłem spać po naszej wczorajszej rozmowie, w czasie której przypomniałem sobie obóz i okupację.

—Nie będę już do tego wracał. Kończy się II wojna, jest pan w lotnictwie w Anglii.

—Studiowałem inżynierię lotniczą w King's College na Cambridge University, potem kilka miesięcy rzeźbę we Florencji, ostatecznie wyjechałem do Kanady na McGill University. W Kanadzie zacząłem pracę dla Pratt Whitney, firmy, która produkowała silniki samolotowe. W 1962 roku, mając 3 tysiące dolarów, otworzyłem własną firmę Kwiatkowski Aircraft Inc.

—Czym się ta firma zajmowała?

—Zorientowałem się, że istnieje duża potrzeba przerabiania samolotów pasażerskich na transportowe. Zacząłem zamieniać Boeingi 707 na samoloty transportowe, a niektóre na obserwacyjne, znane pod nazwą AWACS i sprzedawać, oczywiście z zyskiem.

Pierwszą transakcją była sprzedaż silników odrzutowych do samolołów DC-8 firmie SAS, której później pomogłem sprzedać jej stare śmigłowce DC6.

Nabywcami były meksykański Aeromexico i brazylijski Variga, a z kolei ich samoloty sprzedałem liniom argentyńskim.

Od tamtego czasu sprzedałem ponad 1400 samolotów na całym świecie. Większość transakcji przeprowadziłem bez pomocy prawniczej, na tzw. uścisk dłoni. Nigdy nie miałem spraw sądowych lub prywatnych oskarżeń. W Stanach Zjednoczonych procesowanie się jest bardzo powszechne w biznesie.

—Słyszałem od Wojtka Fibaka, że dużą rolę przywiązuje pan do wychowania swoich dzieci?

—Tak, mam siedmioro dzieci i chcę, aby nie miały takiego życia jak ja. Chcę je tak wychować, aby szanowały autorytety. Wychowywały się w latach sześćdziesiątych, a żadne z nich nie paliło flagi amerykańskiej. Wręcz odwrotnie, pamiętam, jak sześcioro moich dzieci nosiło małe flagi, kiedy nie było to wcale w modzie. Większość urodziła się w Stanach Zjednoczonych, mają podwójne obywatelstwo, matka jest Amerykanką.

Ja otrzymałem paszport kanadyjski na mocy decyzji parlamentu, kiedy Wielka Brytania odmówiła obywatelstwa Polakom i kazała im wracać do kraju lub przesiedlić się. Nie mogłem pojąć, jak Wielka Brytania może odmawiać obywatelstwa ludziom, którzy wspólnie z Brytyjczykami walczyli przeciwko Niemcom. Ktoś w Kanadzie dowiedział się o moich protestach i dano mi paszport.

Równie trudno było przyjechać Polakom do Stanów Zjednoczonych, gdyż przyznano im mniejszy limit niż Pakistańczykom. Poznałem Johna Kennedy'ego, który był wtedy senatorem, i powiedziałem mu o tym. Powiedział, że kiedy zostanie prezydentem, to usunie tę niesprawiedliwość. W ciągu 1000 dni swojej prezydentury nie zmienił żadnych przepisów w tym zakresie, oprócz tych dotyczących imigrantów z Polski. O Polaków nikt nie walczył, nikt ich nie bronił.

—Donald Trump powiedział kiedyś, że „biznes jest sztuką”. Co pan o tym sadzi?

—Myślę, że jest dużo racji w tym stwierdzeniu. Dla mnie jest szczególnie podniecające, gdy ktoś powie, że coś jest niemożliwe do przeprowadzenia.

—Jaką ze swoich operacji finansowych uważa pan za największą?

—Sprzedanie Boeingów 747 linii TWA, która bankrutowała, Iranowi. Pamiętam, jak pojechałem do Iranu mając 24 godziny na zawarcie transakcji. Podpisałem z szachem kontrakt, grając w backgammon. Nie była to prosta transakcja, gdyż była połączona z umową o reaktor nuklearny wartości miliardów dolarów. Całość załatwiłem siedząc w hotelu Hilton w Teheranie. Czekając na telefon z informacją o pozytywnym rezultacie, z podniecenia wydrapałem na ścianie swoje imię. To był chyba jeden z najbardziej podniecających momentów w moim życiu. Trzeba sobie zdawać sprawę, że oprócz pieniędzy podpisanie tej umowy oznaczało ratunek dla 80 tysięcy ludzi, którzy mieli być zwolnieni.

Co ciekawe, nawet przez chwilę nie pomyślałem o pieniądzach, które miałem w wyniku tej transakcji otrzymać, chciałem ją tylko za wszelką cenę przeprowadzić. Siedziałem naprzeciwko szacha, który uważał się za króla królów, i jedno słowo źle wypowiedziane, jeden fałszywy gest mogły wszystko zmienić. Zdawałem sobie dobrze sprawę, że dla niego powiedzieć „tak” czy „nie” nie miało większego znaczenia, on mógł żyć bez Boeingów 747. Dlatego uważam, że przekonać kogoś do czegoś jest sztuką.

—Nie jest tajemnicą, że ma pan bliski kontakt z królową Anglii i księciem Karolem.

—Królowa Anglii bardzo kocha konie, ma olbrzymią wiedzę o koniach czystej krwi i wyścigowych. Często przyjeżdżała do Kentucky i widziała kilka moich koni, szczególnie podobał się jej „Danzig”. Dziś wszystkie moje konie w Anglii są w jej stajniach. Trener królowej jest dzisiaj moim trenerem.

Książę Karol, z którym grywam w polo, jest ogromnym admiratorem postawy Polaków w czasie II wojny światowej.

—Gdzie pan poznał księcia Karola?

—U lorda Mountbattena, przyjechał łowić łososie w jeziorze. Lorda Mountbattena poznałem z okresu podziału Indii na Indie i Pakistan w 1947 roku. Byłem jego pełnomocnikiem, przynosiłem wiadomości od Neru i Ali Khana, który został pierwszym premierem Pakistanu. Byłem jedynym białym, który należał do muzułmańskiego Karaczi Club. Spędziłem również pół roku w buddyjskiej świątyni niedaleko Kaszmiru. Nocami medytowałem patrząc w gwiazdy. Wiele prawd, które tam poznałem, pomagało mi w trudnych okresach mojego życia. Zrozumiałem, że jesteśmy tylko pyłkiem kurzu w słońcu, zobaczyłem wszystko w odpowiedniej perspektywie.

—Co pan sądzi o rodzinie Fibaków, obok których pan mieszka w Greenwich, w stanie Connecticut?

—Wojtek zrobił bardzo dużo dla Polski, którą zawsze stawia na pierwszym miejscu. Kiedy byłem w Poznaniu, poznałem jego ojca, prof. Fibaka, przekazałem nawet dotacje na szpital, w którym on pracuje. Ich córki są przyjaciółkami moich dzieci, korespondują ze sobą.

—Znany jest fakt, że wydał pan obiad dla tysiąca ludzi, kiedy Jan Paweł II lecąc do Ameryki Południowej wylądował na Bahamas, aby nabrać paliwa. Znał pan przedtem Papieża?

—Kiedy Karol Wojtyła został wybrany Papieżem, przypomniało mi się spotkanie z nim w Ameryce, gdzie przyjechał zbierać pieniądze na seminarium w Lublinie. Kardynał Spellman zaprosił mnie wówczas na obiad, zapytałem go, czy potrzebuje pieniędzy, a on powiedział, że przyjdzie interesujący kardynał z Krakowa. Kiedy przyszedłem, dostrzegł, że jestem zniecierpliwiony. Chciałem zostawić czek i jak najszybciej iść grać do klubu. Gdy Karol Wojtyła odezwał się do mnie po włosku, zacząłem z nim rozmawiać i pozostałem do końca.

Kiedy Papież przyleciał na Bahamas, zaprosił mnie do swego samolotu. Zauważyłem, że samolot DC-10 został wyposażony w Kwiatkowski Aircraft Inc. Jest wymagane przez prawo, aby przy licencji pilota znajdowała się tabliczka informująca, skąd samolot pochodzi. Kiedy mu to pokazałem, powiedział śmiejąc się. To właściwie pan mnie tutaj zaprosił.

Ciekawi mnie, dlaczego nie zmienił pan nazwiska na bardziej anglosaskie, co niewątpliwie w powojennych latach mogło panu pomóc w interesach?

Wiele osób mnie o to pytało, ale ja wszystko, łącznie ze swoim biznesem, nazwałem Kwiatkowski. Jestem ponad 30 lat żonaty z córką byłego gubernatora Nowego Jorku. Jej ojciec zapytywał mnie, czy nie byłoby lepiej uprościć nazwisko. Powiedziałem mu, że Kwiatkowski to bardzo popularne nazwisko w Polsce, tak jak Smith w USA. Pochodzę z Polski i nawet zmieniając nazwisko nie zmienię swojego charakteru. Moja firma nazywa się Kwiatkowski, dzieci noszą to nazwisko i są z tego dumne, a chodziły do najlepszych szkół w Stanach Zjednoczonych, Szwajcarii, Anglii, Francji. Nigdy nikomu to nie przeszkadzało. Jakbym dziś wyglądał, gdybym im powiedział, że urodziłem się jako Kwiatkowski, ale obecnie nazywam się Johnson. Wielu członków mojej rodziny walczyło o honor tego nazwiska i gdyby wiedzieli, że jedyny ich potomek, który pozostał przy życiu, zmienił je, to pewnie przewróciliby się w grobach.

PORTRAIT with HISTORY - HENRYK de KWIATKOWSKI (1924-2003)

Henryk de Kwiatkowski (born on February 22, 1924 - died on March 17, 2003), an aviation engineer, achieved a fortune in the aviation business in America, was also the owner of Calumet Farm, one of the most prestigious race horse breeding in the United States.

Henryk de Kwiatkowski, born in Poznań at the age of 15, was captured by the Soviet army and sent to a labor camp in Siberia. After two years, as one of the few, he escaped and made his way through Iran to England, where he joined the Royal Air Force, serving until 1947. According to his son, Henryk de Kwiatkowski was the prototype of Abel Rosnovski in the novel "Kane and Abel" by Jeffrey Archer.

After the war in 1952, de Kwiatkowski immigrated to Canada and began working as an engineer at the airline company Pratt & Whitney in Montreal. In 1957 he went to the United States, where he founded Kwiatkowski Aircraft Ltd. and Intercontinental Aircraft Ltd based in New York, earning a fortune through leasing and brokering the sale of used commercial aircraft. Located on the 28th floor in Rockefeller Plaza, Kwiatkowski's company brokered the sale of used aircraft exceeding $ 2 trillion.

In 1967, de Kwiatkowski bought a house in the exclusive community of Lyford Cay on the island of New Providence in the Bahamas and an 80-acre estate in Greenwich, Connecticut, which he sold in 2004 for $ 45 million. He was an art collector, he favored impressionists, he had works by, among others, Paul Gauguin, Georges Braque and Claude Monet.

Kwiatkowski began to play sports, his Kennelot stable in Greenwich, Connecticut led the polo team in which he played. He was also a member and player at Palm Beach Polo and Country Club in Wellington, Florida. Along with Canadian retail magnate Galen Weston and American actress Stefanie Powers, Henryk de Kwiatkowski was one of the first foreign members of the Royal County of Berkshire Polo Club, Windsor, Berkshire, of which the Prince of Wales is a member. In the mid-1970s, de Kwiatkowski became involved in thoroughbred horse racing when he purchased the Kennelot mare, which became the foundation of his racing and breeding activities and for which he named his stable in Greenwich, Connecticut. At its peak, the Kennelot Stable had over 60 horses. De Kwiatkowski was the owner of the conquistador Cielo, the winner of Belmont Stakes and the horse of 1982, which was valued at the then record price of USD 36.4 million.

Kwiatkowski flies a private jet between his residences: in Manhattan - Beakman Place, a duplex overlooking the East River, with a large collection of works of art, including valuable French Impressionists; in Greenwich, Connecticut, his estate and 50 acres of extremely expensive land bordering the Fibak estate; in Florida at Palm Beach; at Bahamas, in London, Monaco, Paris, Buenos Aires ... In winter, he plays polo at the snobbish Palm Beach Polo & Country Club, in summer at Greenwitch.

He is a member of the most prestigious clubs: Manhattan Brook Club or Bohemian Club in San Francisco, which has only one hundred members, among them: Reagan, Kissinger, Ford, Nixon, Carter. I met Henryk de Kwiatkowski at the beginning of the 1980s at Wojtek Fibak in Connecticut, where he lived nearby. When I listened to Jerzy Kosiński excitedly talking about the polo they both played, I talked him into taking pictures in West Palm Beach in January 1991. After two hours of flight from La Guardia National Airport in New York, we land in West Palm Beach. I give the address to the taxi driver. After half an hour drive, we turn into a side road, in front of us an abandoned barrier and a sign with the inscription Palm Beach Polo & Country Club. A man in a uniform resembling a policeman with a pistol in a holster comes out of the glass booth. I give him the name Henryk de Kwiatkowski and the residence number. He checks on the computer and opens the barrier, giving the driver directions on how to get to the polo field, where de Kwiatkowski is currently playing an important match. After two hours of fierce battle, which I photographed, the match ended with a score 12:10 unfavorable for the team de Kwiatkowski. Red from effort de Kwiatkowski gave the horse back and sat down heavily on a chair prepared for him on the pitch of the pitch. One of the people who served him brought him water with ice to wash his face, and then, wincing in pain, poured his hands. One should know that polo is one of the most physically exhausting sports. The game is played at full gallop, changing horses every few minutes to rest.

De Kwiatkowski did not rest too long, stood up vigorously, put a towel around his neck, and nodded to a black Mercedes with the Connecticut registration standing nearby. "We'll go to the stable," he said, "I have to call the New York office."

After a few minutes of driving, we stopped in front of the building, decorated in white and red colors. The luxurious interior, to which de Kwiatkowski invited me, was nothing like the stable. The only elements giving it this character were hanging harnesses on the walls, long riding boots stood against the walls. The rest of the walls were covered with tightly framed photographs of horses: in the stable, at the stadium, on the racetracks, with and without people. Among the people in the pictures I recognize next to de Kwiatkowski Prince Charles, Stephanie Powers and many other personalities.

—Do the horses you played on have any special predispositions? I asked.

Yes, they are specially bred to make them strong and fast, because the game, as you saw, takes place at a gallop. I have 40 horses here in Wallington, and also horses in England and Argentina.

—I wonder the lord of war about which there are legends.

—My father was killed on the first day of the war. I was taken to the east and when the Russians attacked Poland on September 17, 1939, I was taken to the camp by them. I was 14 years old. I was separated from my sister and the other brothers got to England and fought in the Royal Air Force. They all died. I can't talk about it right now.

—My father was killed on the first day of the war. I was taken to the east and when the Russians attacked Poland on September 17, 1939, I was taken to the camp by them. I was 14 years old. I was separated from my sister and the other brothers got to England and fought in the Royal Air Force. They all died. I can't talk about it right now.

—I know from good sources that in 1982-1983 you helped Poland without displaying how many others did who donated much less?

—I did not do it for the sake of fame, but because of the conviction of the case. I sent, among others Fr.. Jankowski's money and printing machines.

—You have been to Poland for the first time since the war.

—I wanted to do it much earlier, but the situation was unfavorable.

—I met Wałęsa and I am not happy that he became the president of Poland. In my opinion it would be better if he stayed like Gandhi for India. I wish him all the best, but he is not my idol today, as he was before. This is not only my opinion but also many of my friends. No one even dreamed that communism could be overthrown without firing a single cartridge. I am religious and I believe that all these events, including the election of the Polish Pope, are not accidental.

- What was your impression of your stay in Poland?

—In addition to Poland, I visited Russia, Czechoslovakia, Hungary, Romania and I must say that none of them that was built during communism deserves attention. Everything that is worth seeing comes from an earlier period. I saw a cloud of fumes over Krakow, buildings eaten by the fumes of Huta im. Lenin. I wondered why Poland had such a heavy industry. I am amazed that Poland has proved so patient and decided to change at the right time. Had she done it earlier, under Brezhnev, she could share the fate of Hungary and Czechoslovakia, as she was a very important country for Russia.

- Do you intend to invest in Poland?

—Infrastructure in Poland is fragile and insufficient for my field, it was caused by the years of communism. It will be years before everything returns to normal. In Poland people think that they are already free, so they can enjoy the fruits of this victory. They can travel freely to the West, so they try to arrange in New York to raise their standard of living, not to transform it in their own country. I remember that in the underground during World War II there was a completely different need: to create something against all odds. There is no such aspiration in Poland today, only material things play a role. I have acted in my entire life in such a way that when someone told me that certain things are unattainable for me, I came to the goal despite it.

In the evening I went to the Polo Club with de Kwiatkowski, where in honor of the players, among whom there were world fame, a lavish party was organized. To de Kwiatkowski, people stuck like the proverbial flies to goo. After the party, we returned home and as announced by the tea and cake, given by a black maid in the television room, we resumed the interrupted conversation.

- So you were taken prisoner of Russia?

—Yes, therefore, I am reminded of a funny story. Namely, when President Gorbachev and his wife came to the United States, I received a phone call from the State Department. I was asked if I owned a Samarkand racehorse. I said yes. To which I was told that Raisa Gorbachev would like to meet a man who in America gave the horse such a name. I received an invitation to a ball issued by Gorbachev. At the ball, while dancing with Raisa, I spoke Russian to her - at this point de Kwiatkowski begins to speak Russian fluently. - She asked me how I know Russian and why I called the horse Samarkand. When I explained that it was one of the cities on my escape route from Russia, she laughed. But after a while she added that her father was also imprisoned for Stalin.

But seriously, going back to your question, when the Russians entered Poland on September 17, I was in Kremenets, on the border with Bug. I remember that Sergeant Krzyszkowski taught us how to stop tanks. At that time I was a young boy, scout, I went to a Jesuit school, where we were taught that you must not kill. We stopped Russian tanks in such a way that we put bottles under the tracks that ripped the chains preventing them from riding and causing the whole convoys to stop. We did it in great conspiracy, but in the end it seemed and arrested us at school before Christmas. We received a sentence for sabotage - 20 years of exile for heavy work in Siberia. And so they handled us gently, because if it was the NKVD, they would shoot us on the spot. They packed us into cattle cars and we rode for weeks. At the destination they said we would cut trees. They gave us axes and saws and took us to the workplace. They worked for a meal. They stated that if we do not comply with the norm, we will not receive food. I was very young, frost -40 0 C outside, the ax was bouncing from the tree like rubber, and I barely raised the ax. I thought it was over. Somehow I realized that under the snow lay felled trees before. I started scraping them out of the snow. When they came for us in the afternoon and saw an unbelievably large number of trees lying on the ground, they called me Stachanov. As a reward for hard work, I was allowed to work in the kitchen. It was warm and I had something to eat. There I met a doctor from World War I who had been developing an escape plan for years. Having trusted me, he showed him to me. In the years 1941-1942 I repeatedly repeated the names of the places through which the train had to pass and I will probably not forget them until the end of my life, Kuibyshev, Alma-Ata, Tashkent, Kokan, Samarkand, all the way to the Caspian Sea and Iran. But how could the plan be implemented when he had been in the labor camp for decades and no one had escaped from it yet?

—You had to get to the railroad?

—It was extremely difficult. But transport to the camp came to Novosibirsk every two weeks. Sometimes I traveled sleighs tens of kilometers to collect food: salt, lard, kerosene.

Once, when the train was still on the siding and we were loading the provisions, the guard wanted to roll a cigarette, but because he failed in the cold, he entered the wagon for a moment. I ran away from the train and clung to the pipes between the cars. In the meantime, when the guard went outside, the train set off. I survived only because a steam pipe passed there and I felt warm. Other prisoners returned to the camp and said that I was killed.

—Do you ride the train all the time?

- As soon as we went a little further, I left. I was lucky again, in one of the first-class compartments there was only one passenger, a woman who saw me and invited me inside. I remember how she touched my lips and said, "What did they do with you, you still have mother's milk on your lips"

It turned out that the compartment was specially reserved for the NKVD, and she was the wife of the head of the NKVD of Uzbekistan. She said she would help me. I asked about the town from the doctor's list, she said that there is Tashkent, Kokan on the way ... I was happy that I was going in the right direction.

This lady helped me reach Tashkent, where she lived and explained to her husband in what circumstances she met me. I lived with them a month, and then her husband gave me papers so that I could escape from Uzbekistan through Kokan, Samarkand and the port city on the Caspian Sea, Krasnowodsk. I got there on a coal ship and sailed for Iran. In Tehran, I reported to the British consulate, thanks to which I got on the ship "Empress of Canada", which mainly transported British soldiers to England. While we were sailing around Africa, we were torpedoed near Sierra Leone by the Italian submarine "Leonardo da Vinci" and as one of the few I survived. Finally, I got to England, where I joined the Royal Air Force. I feel tired, let's go to sleep suddenly de Kwiatkowski ended.

The next day we met for lunch.

—I have to tell you that I couldn't sleep after our conversation yesterday, during which I remembered the camp and the occupation.

—I will not go back to that anymore. The Second World War is ending, you are in aviation in England.

—I studied aviation engineering at King's College at Cambridge University, then a few months of sculpture in Florence, eventually I went to Canada at McGill University. In Canada, I started working for Pratt Whitney, a company that produced aircraft engines. In 1962, having 3,000 dollars, I opened my own company Kwiatkowski Aircraft Inc.

—What did the company do?

—I realized that there is a great need to convert passenger aircraft into transport aircraft. I began to exchange Boeing 707 for transport aircraft and some for observation ones, known as AWACS, and sell them, of course, at a profit.

The first transaction was the sale of DC-8 jet engines to SAS, which I later helped sell its old DC6 helicopters.

The buyers were Mexican Aeromexico and Brazilian Variga, and in turn their aircraft were sold to Argentine airlines.

I've sold over 1,400 aircraft around the world since then. I carried out most of the transactions without legal assistance, the so-called handshake. I have never had legal cases or private accusations. In the United States, litigation is very common in business.

—I heard from Wojtek Fibak that you attach a great role to raising your children?

- Yes, I have seven children and I want them not to have a life like me. I want to raise them so that they respect authorities. They grew up in the sixties, and none of them burned the American flag. Quite the reverse, I remember how my six children wore small flags when it was not in vogue at all. Most were born in the United States, have dual citizenship, the mother is American.

I received a Canadian passport by a parliamentary decision, when Great Britain refused citizenship to Poles and ordered them to return to the country or resettle. I could not understand how Great Britain could deny citizenship to people who, together with the British, fought against Germany. Someone in Canada found out about my protests and I was given a passport.

It was equally difficult for Poles to come to the United States because they were given a smaller limit than Pakistani. I met John Kennedy, who was a senator at the time, and told him about it. He said that when he became president, he would remove this injustice. During the 1000 days of his presidency, he did not change any regulations in this respect, except those concerning immigrants from Poland. Nobody fought for Poles, nobody defended them.

—Donald Trump once said that 'business is art'. What do you think about it?

—I think that's right in this statement. For me it is especially exciting when someone says that something is impossible to carry out.

—What of your financial operations do you consider to be the largest?

—Sale Boeing 747 bankrupt TWA lines to Iran. I remember when I went to Iran with 24 hours to conclude the transaction. I signed the contract with respect, playing backgammon. It was not a simple transaction because it was connected to a nuclear reactor contract worth billions of dollars. I did everything while sitting at the Hilton Hotel in Tehran. Waiting for the call with information about a positive result, I excitedly scratched my name on the wall. It was probably one of the most exciting moments in my life. It is important to realize that, in addition to money, signing this agreement meant saving 80,000 people who were to be fired.

Interestingly, I didn't even think about the money I was supposed to receive as a result of this transaction, I just wanted to make it at all costs. I sat in front of the Shah who considered himself the king of kings, and one word misspelled, one false gesture could change everything. I was well aware that for him to say "yes" or "no" did not matter much, he could live without Boeing 747. Therefore, I believe that convincing someone to something is an art. —It is no secret that you have close contact with the Queen of England and Prince Charles. —The Queen of England loves horses very much, she has a great knowledge of pure-bred and racing horses. She often came to Kentucky and saw several of my horses, she particularly liked "Danzig". Today all my horses in England are in her stables. The queen's coach is my coach today. Prince Karol, with whom I play polo, is a huge admirer of the attitude of Poles during World War II. —Where did you meet Prince Charles? - At Lord Mountbatten, he came to fish for salmon in the lake. I met Lord Mountbatten from the division of India into India and Pakistan in 1947. I was his representative, I brought messages from Neru and Ali Khan, who became the first prime minister of Pakistan. I was the only white man who belonged to the Muslim Karachi Club. I also spent half a year in a Buddhist temple near Kashmir. At night I meditated looking at the stars. Many truths that I got to know there helped me during difficult times of my life. I understood that we are only dust pollen in the sun, I saw everything in the right perspective. —What do you think about the Fibak family you live next to in Greenwich, Connecticut?

—Wojtek has done a lot for Poland, which he always puts first. When I was in Poznań, I met his father, prof. Fibaka, I even donated to the hospital where he works. Their daughters are friends of my children, they correspond with each other. —It is known that you gave dinner to a thousand people when John Paul II flying to South America landed in the Bahamas to get fuel. Did you know the Pope before? —When Karol Wojtyła was elected Pope, I remembered meeting him in America, where he came to collect money for a seminary in Lublin. Cardinal Spellman invited me to dinner then, I asked him if he needed money, and he said that an interesting cardinal from Krakow would come. When I came, he saw that I was impatient. I wanted to leave a check and go to the club as soon as possible. When Karol Wojtyła spoke to me in Italian, I started talking to him and I stayed until the end. When the Pope arrived in the Bahamas, he invited me to his plane. I noticed that the DC-10 was equipped with Kwiatkowski Aircraft Inc. It is required by law that there be a plate with the pilot's license indicating where the aircraft is from. When I showed him this, he said laughing. You actually invited me here. I wonder why you didn't change your name to a more Anglo-Saxon one, which undoubtedly could have helped you in the post-war years? Many people asked me that, but I called everything, including my business, Kwiatkowski. I am over 30 years old married to the daughter of former New York Governor. Her father asked me if it would be better to simplify my name. I told him that Kwiatkowski was a very popular name in Poland, just like Smith in the USA. I come from Poland and I won't change my character even if I change my name. My company name is Kwiatkowski, children bear this name and they are proud of it, and they went to the best schools in the United States, Switzerland, England and France. It never bothered anyone. What would I look like today if I told them that I was born Kwiatkowski, but now my name is Johnson. Many members of my family fought for the honor of this name and if they knew that their only surviving descendant had changed them, they would probably fall in their graves.

  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon