Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Agnieszka Osiecka

Aktualizacja: 11 sie 2019



Agnieszka Osiecka (1936-1997) Znaliśmy się od połowy lat 80-tych, kiedy zaczęłem przylatywać z Nowego Jorku do Warszawy i wciągnęłem Agnieszkę do współpracy z magazynem ilustrowanym, który wychodził w Nowym Jorku. Zastanawiałem się, jak ją przedstawić. Agnieszka jednym tchem była wymieniana koło takich gigantów tekstów piosenek jak: Wojciech Młynarski czy Jonasz Kofta. Jej teksty były uniwersalne, ponadczasowe i słuchacze się z nimi identyfikowali. Nie zdawałem sobie sprawy, ale Agnieszka Osiecka napisała około 2000 tekstów piosenek, śpiewanych przez największe gwiazdy, w tym Marylę Rodowicz, Irenę Santor, Skaldów, Czerwone Gitary, Edytę Geppert, Violettę Villas, Alibabki, Magdę Umer, Andrzeja Zielińskiego czy Urszulę Sipińską, aby wymienić kilka. Przez całe życie otaczała się mężczyznami, przeżywała burzliwe związki, rozstania i romanse – wśród jej partnerów byli pisarze Marek Hłasko i Andrzej Jarecki, krytyk literacki Zbigniew Mentzel oraz dziennikarz Daniel Passent, ojciec jedynego dziecka Osieckiej, Agaty Passent, która po latach założyła Fundację Okularnicy, zajmującej się twórczością Osieckiej. Pierwszym mężem Osieckiej był producent Wojciech Frykowski, którego Osiecka wspominała po latach: „...Był postacią tak malowniczą, że w wielu ludziach, nie tylko we mnie, wzbudzał fascynacje literackie. Posiadał swoisty dar uwodzenia ludzi, nie tylko kobiet, ale i mężczyzn. Każdy miał wrażenie, że w chwili poznania Wojtka otwierał się przed nim baśniowy świat kolorowych przygód...”. Kilka lat póżniej w 1969 r. Frykowski został zamordowany w willi Romana Polańskiego w Los Angeles przez fanatyków z grupy Mansona. Przez wiele lat tajemnicą był romans Osieckiej z Jeremim Przyborą z Kabaretu Starszych Panów.


O swoim romansie z Markiem Hłasko mówiła dla nowojorskiego magazynu sama Osiecka: "...Poznałam Marka w okresie "odwilży", miałam dzietnaście czy dwadzieścia lat i w sprawach miłości byłam strasznie infantylna. Raz mi się wydawało tak, raz siak, wszystko było grą wyobraźni. Marek był jeszcze barwniej upierzonym ptakiem! Raz odgrywał kowboja, raz starca pochylonego nad grobem, raz typa z pod ciemnej gwiazdy, raz znowu brutalnego "maczo", to znamy z jego prozy. W życiu Marka kobiety chyba nie odgrywały większej roli. Jeżeli kogoś naprawdę uwielbiał, to Hankę Golde. To była taka znana piękność warszawska, jeszcze z okresu Tyrmanda. Znacznie później, "po mnie", była w Izraelu taka dziewczyna opisana jako Ester. Nazywał ją "Kaczor Donald". Tak się śmiesznie złożyło, że wyszła potem za mąż za jakiegoś amerykańskiego oficera, który serio miał nazwisko Donald. Marek lubił przezwiska. Na jednego mojego amanta mówił tancerz Druciński. Mnie nazwał "Panna Czaczkes". O moim gadulstwie mawiał "Masz rozszerzenie na dziób i zwężenie na móźdżek". Ale lubił mnie, czuliśmy czułość. Chyba go trochę znałam. Było w nim coś, co jest w jego książkach: przeczucie katastrofy, a jednocześnie rozpierająca go radość życia.(...) Uważał, że świat wali się w gruzy, to znaczy upadają wszelkie wartości, które miały jakikolwiek sens: honor, wierność, prawda...". Pierwsze zdjęcia Agnieszki Osieckiej w jej mieszkaniu na ul. Dąbrowieckiej 25 na Saskiej Kępie w Warszawie zrobiłem 12 IX 1989. Dziś po latach, dom, gdzie mieszkała Osiecka, upamiętnia tablica w formie zeszytu z wiecznym piórem i tekstem Osieckiej: „To był maj, pachniała Saska Kępa...”, znanym z „Małgośki”, którą śpiewała Maryla Rodowicz. Tak historia łączy się z teraźniejszością.


„Czym dla mnie jest fotografia? Może czymś takim jak piosenka: pamięcią, którą zna się na pamięć” – pisała Agnieszka Osiecka w książce "Na początku był negatyw". Osiecka uwielbiała robić zdjęcia. Zawsze, kiedy się spotykaliśmy, nieważne czy w Nowym Jorku, czy w Warszawie, całymi godzinami dyskutowaliśmy o fotografii. Kiedy pogrążaliśmy się w rozmowie czy to o zdjęciach, czy o Nowym Jorku, który uwielbiała, zapominała o moim aparacie. Mogłem wtedy bezkarnie robić jej naprawdę fantastyczne zdjęcia. Pamiętam, jak w swoim mieszkaniu na Saskiej Kępie zaczęła pokazywać mi ważne dla niej przedmioty, pamiątki, a wśród nich zwinięte w rolki negatywy. Każdej innej osobie zwróciłbym uwagę, że tak negatywów przechowywać nie należy, ale Agnieszka pokazywała mi je z taką gracją, że nie miałem śmiałości jej pouczać, że powinno się je ciąć po 6 klatek i przechowywać rozprostowane. Bardzo lubię zdjęcia Agnieszki z warszawskiej Starówki i przy słynnym Pomniku Syrenki. Zrobiłem je 7 II 1990 roku. Umówiłem się z Osiecką na Starym Mieście, gdzie dołączyła do nas zaproszona przez nią Maryla Rodowicz. Agnieszka nie była zachwycona lokalizacją, ale w końcu się zgodziła. Gdy dwie gwiazdy na rynku Starego Miasta ustawiały się do zdjęć i zostały rozpoznane przez przechodniów, zrobiło się zbiegowisko i musieliśmy się przenieść w bardziej ustronne miejsce.



Kilka dni po spektaklu na Rynku Starego Miasta spotkałem się z Agnieszką w kawiarni Hotelu Europejskiego, do której przyniosłem jej plik zdjęć zrobionych na Starówce. Odłożyła kilka, pytając, czy może je sobie wziąć. – Oczywiście – odpowiedziałem. Wyjęła mały notes z żółtymi kartkami i zaczęła szybko pisać, po chwili wyrwała dwie kartki i podała mi, mówiąc – To dla ciebie. "...Kiedy oglądam zdjęcia – jakiekolwiek zdjęcia – myślę przede wszystkim o upływie czasu. O tym, jak się postarzałam od poprzedniego zdjęcia. Chyba nie ma człowieka, który o tym nie myśli. Ale kiedy oglądam zdjęcia Czesłwa Czaplińskiego, widzę coś znacznie więcej: widzę siebie w pejzażu, widzę izolację lub ufność w stosunku do pejzażu, lub zachwyt nawet. Samopoczucie w pejzażu: na warszawskim rynku. Na spacerze nad Wisłą. Raz nawet, jak się zdaje, biję pejzażowi brawo. Druga rzecz: widać nieraz na tych zdjęciach stosunek „obiektu” do fotografującego. Jest kontakt. Sympatia. I to się chyba potem „przerzuca” na tych, którzy później na nasze zdjęcia patrzą: czytelników pism, „oglądaczy wystaw”, znajomych i nieznajomych. To ważne. —Agnieszka Osiecka W tych kilku zdaniach Agnieszka zawarła całą idę fotografii portretowej. Podsumowała to, co w niej najważniejsze. Cała Agnieszka… Miała niezwykły dar przekazywania w skondensowanej formie istoty rzeczy. Była przecież autorką sloganu „Coca-Cola. To jest to!”. Temu genialnemu w swej prostocie hasłu mogą się równać chyba tylko slogany reklamowe wymyślone w latach trzydziestych przez Melchiora Wańkowicza: „Cukier krzepi” dla Związku Cukrowników, a „Lotem bliżej” dla linii lotniczych LOT.


Od zawsze interesował mnie proces twórczy. Byłem bardzo ciekawy, jak w głowie Agnieszki powstają wiersze. Kiedyś zapytałem ją o to. – To bardzo proste – powiedziała. – Zaczynam coś pisać i widzę drzewo, na którym zamiast liści są słowa. I biorę je tak, jakbym zrywała liście… Faktycznie, to bardzo proste. Kiedy do Polski przyleciał z Nowego Jorku pisarz Jerzy Kosinski i robiliśmy spotkanie w Studio 102 TVP (18 IX 1990) Agnieszka wzięła w tym udział, gdyż znała go już wcześniej podczas bytności w Ameryce i bardzo ceniła jego twórczość. Dwa lata po śmierci Kosińskiego 7 VII 1993 była w Klubie Księgarza na Rynku Starego Miasta premiera mojej książki o nim "Pasje Jerzego Kosińskiego". Pokazałem Agnieszcze fragmenty książki i zaprosiłem na spotkanie, zaproponowała, że z chęcia przeczyta fragmenty książki na promocji. Tak zresztą się stało, co było niemałą sensają. Muszę przyznać, że dużą niespodzianką dla mnie było, kiedy 5 XII 2013 NBP wybił srebrna 10 złotową monetę z Agnieszką Osiecką, której awars był z mojej fotografii, zrobionej u niej w domu na Saskiej Kępie w Warszawie. Jak więc widać, mimo, że od śmierci Agnieszki mineło już 20 lat, to nasza znajomość ciągle trwa i mam nadzieję będzie się dalej rozwijać.



  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon