Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Prof.Wacław Jędrzejewicz



Prof. Wacław Jędrzejewicz (1893-1993)

„Naród, który traci pamięć przestaje być Narodem — staje się jedynie zbiorem ludzi, czasowo zajmujących dane terytorium” — Józef Piłsudski.

Jedne z pierwszych kroków, po moim przylocie do Nowego Jorku w 1979, skierowałem do Instytutu im. Józefa Piłsudskiego w Ameryce. Głównym celem założycieli Instytutu w Nowym Jorku było prowadzenie stałej, niezależnej instytucji badawczo-naukowej zajmującej się nie tylko gromadzeniem, przechowywaniem i badaniem dokumentów dotyczących Polski, ale także popularyzowaniem prawdziwej, niezafałszowanej wiedzy o Polsce i jej historii najnowszej.

Instytut stał się depozytariuszem pochodzącego z Instytutu w Warszawie tzw. Archiwum Belwederskiego uratowanego z płonącej stolicy.

Nie zapomnę lunchu, ze wspomnieniami Piłsudskiego, w którym uczestniczył jego dyrektor prof. Wacław Jędrzejewicz, jedyny żyjący wówczas członkiem ekipy marszałka Józefa Piłsudskiego i jeden z ostatnich legionistów, który pokazał mi dwa opasłe tomy “Kronika życia Józefa Piłsudskiego 1867-1935”, gdzie dzień po dniu opisywał życie Piłsudskiego. Na obwolucie przeczytałem informację o autorze, Wacław Jędrzejewicz, urodzony w Spiczyncach 29 stycznia 1893 roku. Po ukończeniu gimnazjum gen. Chrzanowskiego w Warszawie (dziś Zamoyskiego), studiował rolnictwo w Uniwersytecie Jagiellońskim oraz na Wyższych Kursach Przemysłowo-Rolniczych w Warszawie. W 1921 roku ukończył Szkołę Sztabu Generalnego w Warszawie. Służył w Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) i w Legionach 5 Pułku I Brygady jako porucznik. Aresztowany i skazany przez Niemców na dziesięć lat więzienia w 1917 roku; uwolniony po zakończeniu I wojny światowej w 1918 roku.

Służył w Wojsku Polskim: w Sztabie Generalnym, Sztabie Armii Rezerwowej gen. Sosnkowskiego, Sztabie I Armii gen. Zygadłowicza. Latem 1920 roku dostał się do niewoli bolszewickiej w Wilnie, skąd uciekł i jako ppłk. dyplomowany pracował w Sztabie Generalnym, biorąc m.in. udział w rokowaniach pokojowych w Rydze.

W latach 1925-1928 przebywał na placówce w Tokio jako attache wojskowy i charge d 'affaires. Po powrocie z Japonii zaczął karierę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 1928-1933 był dyrektorem depertarnentu administracyjnego, a następnie MSZ. W latach 1933-1934 był wiceministrem skarbu, a w latach 1934-1935 –ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego.

Po śmierci marszałka Piłsudskiego był sekretarzem generalnym Komitetu Krzyża i Medalu Niepodległości, przewodniczył m.in. Polskiemu Komitetowi Międzynarodowej Wystawy w Paryżu w 1937 roku. W początkach 1940 roku, po kapitulacji Polski, przewiózł Fundusz Obrony Narodowej z Bukaresztu do Francji, a następnie udał się do Londynu.

Do Ameryki przybył w 1941 roku, gdzie przez pierwszy rok pracował fizycznie w fabryce. Jako współzałożyciel lnstytutu J.Piłsudskiego w Nowyrn Jorku, w 1943 roku został jego pierwszym dyrektorem. W czasie pięćdziesięcioletniego związku z Instytutem sprawował różne funkcje: wice prezesa, prezesa, a dyrektorem naukowym był do grudnia 1990 roku.

W latach 1948-1958 byl profesorem w Wellesley College w stanie Massachusetts, a w latach 1958-1963 profesorem w Ripon College w stanie Wisconsin, gdzie wykładał język rosyjski i literaturę słowiańską, oraz od 1974 roku był profesorem Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie. Otrzymał doktoraty honoris causa Kalamazoo College i Ripon College oraz nagrody im. Jurzykowskiego i im. M. Haimana za dzialalność historyczną.

Autor kilkunastu książek, kilkudziesięciu opracowań naukowych w “Niepodległości", “Zeszytach Historycznych", ,,Kulturze" i kilkuset artykułów prasowych. Najbardziej znane to dwutornowa “Kronika życia Józefa Piłsudskiego" wydana w Londynie w 1977 roku, biografia marszałka pt. ,,Józef Piłsudski – Życiorys 1867-1935", (wiele wydań i tłumaczenie na francuski). W Polsce miniaturowa forma życiorysu Piłsudskiego została wydana w podziemnej oficynie w czasie stanu wojennego, a po angielsku monografia ze wstępem Zbigniewa Brzezińskiego “Piłsudski – A Life for Poland".

Wymieniony w 13 amerykańskich i europejskich “Who's Who". Odznaczony 24 orderami 13 krajów, w tym m.in.: Polska – Virtuti Militari V Klasy, Krzyż Niepodległości z Mieczami, czterokrotny Krzyż Walecznych, Polonia Restituta I Klasy (Wielka Wstęga); Belgia – Krzyż Oficerski Leopolda; Finlandia – Order Białej Róży (komandoria); Francja – Krzyż Kawalerski Legii Honorowej; Japonia - Krzyż Komandorski Świętego Skarbu i Krzyż Oficerski Wschodzącego Słońca; Łotwa – Komandoria Orderu Trzech Gwiazd; Szwecja – Wielka Wstęga Gwiazdy Polarnej; Włochy – Wielka Wstęga Korony Włoch.

Po tym spotkaniu, umówiłem się z prof. Jędrzejewiczem na zdjęcia, u niego w domu na Queens. Muszę powiedzieć, że kot właściwie przejął główną rolę. To zdjęcie z kotem publikowane było wszędzie. Prof. jędrzejewicz wysyłał 2-3 zdjęcia zawsze wybierano to, niezależnie czy to była publikacja po polsku czy angielsku.

Kiedy prof. Jędrzejewicz skończył 99 lat w 1992 r., udało mi się namówić go na rozmowę i sesję zdjęciową. Zapytałem go wówczas – Nurtuje mnie porównanie, że obecnie po prawie piędziesięciu latach Polska odzyskała niepodległość, podobnie jak to bylo w 1918 roku. Czy widzi pan jakieś podobienstwa?


Jędrzejewicz powiedział wówczas – niewątpliwie podobieństwa są, ale wówczas był człowiek, który tę szansę zrozumiał i który umiał rozegrać tę grę. Drugiego Piłsudskiego nie ma i nie będzie tak szybko, przytaczając jego słowa: „Naród, który traci pamięć przestaje być Narodem — staje się jedynie zbiorem ludzi, czasowo zajmujących dane terytorium” Józef Piłsudski.

Podziwiałem jak wówczas na ulicy Mokotowskiej, gdzie mieszkał Piłsudski po powrocie z Magdeburga, rozmawiał z partiami politycznymi. Piłsudski rozmawiał z każdą partią, z wyjątkiem endeków, bo to było beznadziejne do rozmowy.

Było z osiem, dziesięć partii, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie Piłsudski słuchał i spotykał się ze wszystkimi i wybrał umiarkowanego, ale bojowego socjalistę na premiera – Moraczewskiego, który był doskonałym premierem przez pare miesięcy. Ludzie, którzy szli szli do rządu, chcieli coś zrobić dla kraju, byli ideowi, i to znacznie ułatwiło współpracę. Mimo to szło z wielkimi trudnościami. Uwierzyli Piłsudskiemu.

Teraz, gdy obserwuję sytuację w Polsce do wydaje mi się, że ludzie głównie chcą władzy i pieniędzy. Niestety nie ma przywódcy narodu. Jak patrzę na nowy skład rządu, to poza dwiema, trzema osobami nic o innych nie wiem i nic o nich nie czytałem, mimo że się interesuję sprawami Polski. I nagle zostają ministrami.

Rozmowę z prof. Jędrzejewiczem zapisałem w formie monologu Profesora.

Pierwszy raz rozmawiałem z Piłsudskim we wrześniu 1915 roku, już w Legionach — wspomina Jędrzejewicz. To znaczy po okresie pracy w POW, w latach 1914-1915 na tyłach rosyjskich, przemaszerowaliśmy do Legionów na Wołyniu. Tu jako dowódca kompanii, podporucznik Pierwszej Brygady, byłem odkomenderowany do jakiejś wsi ukraińskiej z tą kompanią. I Piłsudski, który wracał właśnie z Królestwa, z Warszawy, zatrzymał się tam. Pamiętam, że Wieniawa przygalopował wcześniej i powiedział: „Tutaj za chwilę Komendant przyjedzie i będzie u was jadł śniadanie. Potem jedziemy zaraz do Kowla. Przygotujcie, co macie do jedzenia”. I rzeczywiście, po pół godzinie przyjeżdża na bryczce Piłsudski z paroma oficerami, między innymi z Kadenem Bandrowskim. Ja się wtedy zameldowałem. Piłsudski obejrzał okopy, któreśmy robili na głównej drodze, żeby w razie czego zatrzymać ewentualne patrole kozackie i wtedy odbyła się krótka rozmowa. Pierwsza. A potem Piłsudski zabrał się do jedzenia. Chwała Bogu, przywieźli ze sobą doskonałe rzeczy. Skorzystałem z tego, bo zjadłem dobre śniadanie. I pojechali dalej. Później, już w czasie pobytu w Brygadzie, panowało wielkie porozumienie między Pierwszą Brygadą i Czwartym Pułkiem pułkownika Roi. Odbywały się różne oficerskie wypitki. Piliśmy zdrowo i mocno; pamiętam rum, który dostarczała nam kantyna austriacka. Od tego czasu rumu nie pijam. I te obiady wspólne z Piłsudskim, rozmowy. Niesłychanie wesołe, czarujące. Wieniawa śpiewał najbardziej niecenzuralne piosenki, jakie można sobie wyobrazić. I Piłsudski zaśmiewający się. Ten człowiek potrafił się rzeczywiście śmiać, jak dziecko, w taki wesoły, pogodny sposób…

—…Rok 1920. Odwrót naszej armii pod atakami marszałka Tuchaczewskiego. Byłem wtedy szefem II Oddziału Informacyjnego I Armii w Lidze. Pamiętam, 13 czy 14 lipca przychodzi z Belwederu polecenie, że jeśli Wilno ma być oddane bolszewikom, to raczej trzeba dogadać się z Litwinami i oddać Wilno Litwinom. Jako szef II Oddziału informacyjnego zameldowałem generałowi Zygadłowiczowi, memu dowódcy, że polece do Wilna i przeprowadzę z Litwinami rozmowy na ten temat. Dostałem samolot do dyspozycji i lecę do Wilna. Cały lot trwał 50 minut. Lądujemy na Porubanku pod Wilnem. Puste lotnisko. Pilot mnie jeszcze woła: „Panie kapitanie, coś mi się nie podoba, nie ma naszych salotów na lotnisku!” Wiemy, że Wilno jest w rękach polskich. Okazało się, że Wilno było już zajęte przez Bolszewików i myśmy w sztabie armii nie dostali meldunku od dowodzącego tam generała. Pilot zatrzymuje samolot przed hangarem, a tu wyskakują konno kozacy, krzycząc „ura, ura!”.

Łapią mnie po prostu za ręce. Niskie te samoloty. Pierwsze słowa, jakie pamiętam, to „dawaj kolco” — dawaj obrączkę, pierścionek. Nie byłem żonaty, obrączki nie miałem. Biorą mnie do niewoli. Ściągają z samolotu pilota. Ten samolot uratował nam życie, bo wywołał sensację. Jak to, samolot przyleciał i spokojnie wylądował?


Zabrali mnie i zaczyna się marsz do Wilna. Najpierw pułk, do brygady, do trzeciej dywizji kawalerii, która stała w Wilnie na placy Katedralnym.

Maszerujemy, zaczyna się wieczór, pada drobny deszczyk. Oni boją się iść szosą, idziemy na przełaj. Widać Wilno, światła jakieś. Trzech kozaków konno, pilot i ja w środku. I w pewnej chwili oni między sobą coś mówią, zatrzymują się. „Znimaj mundir i sapogi” — zdejmuj mundur i buty. Byłem szefem II Oddziału, który zajmował się wywiadem, a więc wiedziałem co to znaczy. Koniec. Później powiedzą, że uciekałem, że trzeba było strzelać. Mówię: „Nie zdejmę munduru!” Siadam na jakimś kamieniu. Ściągnęli mi ten mundur. Idziemy dalej. Ja na biało, w gaciach. Idziemy w stronę Wilna. Ulica Wielka i w pewnej chwili patrzę — Ostra Brama. Przechodzimy pod Ostrą Bramą. Tym z państwa, którzy nie znają Wilna, muszę powiedzieć, że Ostra Brama to wieża postawiona tak, że pod nią jest ulica, a kaplica z obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej znajduje się wyżej, na piętrze wieży. Ludzie stoją na ulicy, a ksiądz odprawia na balkonie nabożeństwo.

Przechodzę pod tą bramą i uświadamiam sobie w tej chwili: Matko Boska Ostrobramska, to jest ta wieża, pod którą teraz przechodzę biedny, w takiej opłakanej sytuacji!

Wiozą mnie do dowódcy korpusu. Ja i Gaj-Chan. Stoję tak na biało. Dwaj kozacy z szablami stoją przy mnie. Przepędził tych kozaków. I mówi mi (powtórzę po polsku, rozmowa była po rosyjsku oczywiście): „Bardzo mi przykro widzieć pana w takiej sytuacji, ale pan wie…” — i tu mówi po francusku: „a la guerre come a la guerre” — na wojnie jak, to na wojnie. Jak usłyszałem francuskie słowa u tego bolszewickiego oficera, od razu lżej mi się zrobiło. To nie jest rozstrzał.

Rozmowa trwała ze dwie godziny w pałacu Tyszkiewiczów w Wilnie. Wspaniały pałac, śliczne meble, piękne dywany i ja w tych gaciach stoję na dywanach, a przede mną siedzi ten oficer. Potem wsadził mnie do więzienia w Łukiszkach, tam siedziałem tydzień. Następnie całą grupę więźniów, przeszło 1000 żołnierzy, którzy dostali się do niewoli, bolszewicy oddali Litwinom, żeby ci ich przetrzymali. Nie chcieli nas transportować do Smoleńska czy w głąb Rosji.

Idziemy kolumną. Las jakiś. Uciekłem z tej kolumny, byłem w cywilu. Miałem ubranie, dostałem je z Komitetu Obywatelskiego, jaki zawiązał się w Wilnie. I oczywiście przysłali mi jakieś portki, jakąś kurtkę, jakąś koszulę, byłem ubrany po cywilnemu. Pamiętam, że współtowarzyszom z czwórki, w której szedłem, powiedziałem: „Ja się przesunę na lewe skrzydło, będę wyrywał, nie oglądajcie się za mną, bo tutaj żołnierz litewski przede mną, dziesięć kroków dalej inny, a ja muszę między nimi wyskoczyć”. Wyskoczyłem do lasu. W te śliczne, wspaniałe lasy. Cały przebieg wypadków utkwił mi w pamięci. Szedłem tamtymi lasami. Doszedłem do jakiegoś dworu. Zachorowałem, miałem zapalenie płuc. W tym dworze wsadzili mnie do takiej maleńkiej izdebki. To już była litewska strona, już byli żołnierze litewscy. Sowietów tam nie było. Kurowałem się dwa tygodnie.

Nareszcie przychodzą wieści, że jest ofensywa polska, że bolszewicy się cofają. Walki były dopiero co pod Warszawą, a teraz słyszę — już pod Łomżą. Czas uciekać, czas iść dalej.

Zdecydowałem, że pójdę na augustowskie, uznałem, że idąc tamtędy najprędzej spotkam wojska polskie. Przed opuszczeniem dworu powiedziałem właścicielce, pani Staniewiczowej (której syn był potem rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, ministrem reform rolnych w rządzie polskim, wielkim moim przyjacielem), że jutro ide jak najwcześniej. Budzą mnie. Na dole widzę zebrany cały tłum. Dwie panie, jak to zwykle po dworach polskich, i cała służba odmawiają litanię do Matki Boskiej na moją intencję, żebym się dostał do Polski. To było bardzo wzruszające. Pamiętam te modlitwy z tak charakterystycznym akcentem litewskim… A ja stałem z torbą napełnioną chlebem i wędliną na drogę. Potem matka właścicielki zdejmuje obrączkę i daje mi ją, że może mi się przyda w ciężkiej chwili, bo złota. Idę, wychodzę na szosę. Ide tak przez godzinę, może dłużej. Jedzie policja litewska. Bryczka. Siedzi w niej dwóch policjantów. Zatrzymują mnie, pytają się: „Kto ty jesteś, co tu robisz” itd. Miałem przygotowaną wersję, kto ja jestem. Jakieś nazwisko, którego dziś nie pamiętam, że jestem nauczycielem z Rajgrodu, a Rajgrod znałem dobrze. Dalej — że byłem na kursach nauczycielskich w Wilnie. Przyszli bolszewicy, kursy rozpędzili, mnie zabrali wszystko, i pieniądze, i dokumenty. Wracam do domu.

Jeden z policjantów mówi: „Gadaj tak, gadaj tak sobie, my wiemy, kto ty, na pewno polski żołnierz, pojedziesz do obozu, do Kowna”, a drugi, który obok niego siedzi — a po polsku obydwaj mówią — odzywa się: „On mówi prawdę, moja siostra była na tym kursie nauczycielskim i opowiadała mi to samo, że kurs rozpędzili”. Mnie jakby spadł ciężar z piersi. Policjant machnął ręką i powiedział: „Idź, nie kręć się po szosach, tylko bocznymi drogami do tego Rajgrodu”.

Moja sprawa z Ostrą Bramą nie skńczyła się na tym incydencie. Minęło 14 czy 15 lat i gdzieś latem miał odbyć się w Wilnie wielki zlot harcerstwa. Wojewoda Grażyński, przewodniczący Harcerstwa Polskiego, poprosił mnie, wówczas ministra oświaty, o obecność na tym zjeździe. Takiej prośbie nie mogłem odmówić. Pojechałem do Wilna. W programie była defilada harcerzy w Alei Mickiewicza, później miała się odbyć msza święta w Ostrej Bramie. Sprawowałem te moje reprezentacyjne czynności jak mogłem najlepiej, a bardzo ich nie lubiłem. Witałem dziesiątki nie znanych mi osób, które uważały sobie za zaszczyt podanie ręki ministrowi. Po skończonej defiladzie poszliśmy do Ostrej Bramy. Tam, na ulicy naprzeciwko ołtarza z obrazem Matki Boskiej, stał fotel dla ministra i krzesła dla wojewody, generałów i wyższych urzędników. Z powodu ciągłych rozmów z otaczającymi mnie osobami nie mogłem się na niczym skupić.

Wreszcie księża weszli przed ołtarz i rozpoczęła się msza święta.

Siedzę w tym fotelu i nagle podniosła mi się w oczach jakaś zasłona. Ujrzałem siebie idącego przez tę samą Ostrą Bramę, po tych samych kamieniach, w bieliźnie, boso, otoczony trzema kozakami konno. Przypomniała mi się nędza mego ówczesnego położenia w, zdawało się, beznadziejnej sytuacji, a tu dziś jestem na tym samym miejscu jako przedstawiciel Polski.

Niezapomniane dla mnie przeżycie — obraz upadku i zmartwychwstania. To mi zostało na całe życie, a bardzo piękny obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej wisi w mym mieszkaniu…

Do Japonii zostałem wysłany, gdy w polskim wojsku była czystka, usuwali piłsudczyków. Sikorski, który, objął ministerstwo, robił to bardzo kulturalnie wysyłając nas za granicę. Mnie wysłał do Tokio, Matuszewskiego do Rzymu, innych w inne strony.

Mnie taka odmiana się podobała. Przed wyjazdem do Tokio pracowałem w Sztabie Generalnym, gdzie byłem kierownikiem działu rosyjskiego, znałem Rosję, język, gdyż szkołę kończyłem pół polską, pół rosyjską.


W pierwszej mojej rozmowie z ministrem spraw wojskowych Japonii, powiedział mi: „Jakże się cieszymy, że pan do nas przyjechał, bo wiem, że zna pan Rosję. A Polska z Japonią mają to wspólne, że dzieli nas Rosja, której znajomość dla was i dla nas jest tak samo ważna”. Później miałem z nimi idealne warunki. Co miesiąc odbywałem konferencje z oficerami japońskiego sztabu generalnego, którzy znali język rosyjski. Dzieliliśmy między siebie zadania, rozpracowywania dyslokacji wojsk rosyjskich, a później udostępnialiśmy sobie tajne raporty. Wywiad bardzo dobrze pracował. Przychodziły informacje, które później były oceniane, niektóre fałszywe, niektóre niepewne, inne ścisłe. Niepewne informacje potwierdzaliśmy przez Japończyków.

Dostałem wszystkie odznaczenia japońskie, jakie się należą mojej randze podpułkownika, ale poza tym od Sztabu Generalnego Japonii dostałem starą szablę japońską z XIV wieku. To było największe wyróżnienie, nikt z obecych ludzi nie dostawał szabli, dawali wazony, rzeźby, ale nigdy nie szable. Niestety zginęła w czasie wojny.

Pisałem do gen. Piskora, który był szefem sztabu: „Kochany generale odwołajecie mnie już i dajecie mi przydział do batalionu w Kołomyi albo innej dziurze. Nie chce w Warszawie i innym dużym mieście”. Nie było długo żadnej odpowiedzi, aż po pewnym czasie przychodzi odwołanie — wracać najkrótszą drogą do Warszawy. A ja chciałem wracać długą przez Cejlon.

W Warszawie czekał na mnie pułkownik Matuszewski, który był w MSZ i jechał na posła do Węgier, ja po nim miałem objąć stanowisko administracyjne, tzn. budżet i personalia MSZ.

Tydzień potem miałem rozmowę z Piłsudskim. Nawet nie u niego, tylko na przyjęciu u Amerykanów, na śniadaniu. Ja mówię:

—Komendancie, właśnie wróciłem.

—A to bardzo dobrze.

—Ale w MSZ ja nie chce pracować, mam za sobą służbę wojskową.

—Nic z tego — powiedział komendant — pójdziecie do MSZ, będziecie tam pracować, z wojskiem się pożegnacie, munduru nie włożycie więcej. Nie będziecie tam sami, przyjdą inni ludzie, trzeba tam porządek zrobić.

Rozmowa była grzeczna, tylko się w pewnej chwili rozzłościł, jak ja się sprzeciwiałem, krzyczał:

—Nic z tego, nic z tego! Do cywila i róbcie tam porządną robotę.

Krótko byłem wiceministrem skarbu, po to aby zrobić reformę uposażeń. Potem przyszła na mnie zupełnie nieoczekiwana rzecz — oświata. Co ja mam do ministerstwa oświaty? Mój brat Janusz był ciężko chory i musiał wyjechać za granicę. Umówił się z Piłsudskim, że przychodzi na rok jako premier, a na swoje miejsce (był wówczas ministrem oświaty i wychowania) proponuje mnie.

Ja znałem reformę szkolnictwa, którą on zaczął, bardzo mi się podobała, ale być ministrem nie wyobrażałem sobie. Z pół roku przekonywał mnie do tego, a ja kategorycznie odmawiałem. On tłumaczył, że chce uratować tę reformę, która wymaga jeszcze kilku lat zanim wszystkie roczniki przez nią nie przejdą. Ostatecznie się zgodziłem.

Ale objęcie ministerstwa oświaty to był ciężki dzień w moim życiu. Od razu ataki na mnie, żarty: „Mówi Piłsudski — wyobraźcie sobie, że jest trzeci Jędrzejewicz, co z nim zrobić?”

Po śmierci Piłsudskiego przyśli inni, którzy inaczej podchodzili, nie podobała mi się rola śmigłego, mimo że miałem z nim po śmierci Marszałka dobre stosunki. Po prostu nikt nie mógł zastąpić Piłsudskiego, upłynie wiele pokoleń zanim ktoś taki się pojawi. Oprócz tego Piłsudski pracował nad sobą ciężko, jego słynne nieprzespane noce, gdy do czwartej rano chodził po pokoju, myślał, kombinował, spierał się sam z sobą, walił pięścią w stół — dało mu ogromne zrozumienie u ludzi. To nie były oczywiście żadne osobliste sprawy, kochał córki, ale Polska była na pierwszym miejscu.


W okresie amerykańskim, który zaczął się od 1941 roku, gdy prof. Jędrzejewicz przyjechał do Nowego Jorku, zasłynął jako historyk piszący książki, rozprawy naukowe, artykuły oraz wykłady na amerykańskich uniwersytetach. W jednym z wywiadów w „Zeszytach Historycznych wspominał:

„…Ironia losu albo niezwykłość wypadków. Właśnie dzięki rosyjskiemu uzyskałem po parudziesięciu latach stanowisko profesora rosyjskiego i literatury rosyjskiej we wspaniałym Wellesley College pod Bostonem. Była to katedra po znakomitym pisarzu Nabokowie. Pamiętam, że miałem poważne wątpliwości, czy mogę przyjąć te posadę jako Polak, z moją przeszłością. Wykładać język rosyjski dziewczynom amerykańskim? Był to wtedy college żeński. Ale wahania trwały krótko, gdyż otrzymałem depeszę z Wellesley (nie wiedziałem nawet, skąd oni znają moje nazwisko), czy mnie ta propozycja interesuje i jeżeli tak, żebym za parę dni przyjechał. Musiałem szukać na mapie, gdzie to jest, no i tak się zaczęło. Zresztą sympatyczna była rozmowa z prezydentem Wellesey. Pewna kobieta, mnie zapytała: „Pan jest Polakiem i miał pan bardzo określoną karierę w Polsce, a ja znam stosunek Polaków do Rosji. Czy pan jako Polak będzie mógł wykładać język i literaturę rosyjską obiektywnie? Ma pan na pewno ogólnie antyrosyjskie nastawienie?”

Wytłumaczyłem jej, iż to nie będzie miało wpływu, ponieważ bardzo lubię język rosyjski i znam go na tyle dobrze, jak i literaturę rosyjską, którą cenię i lubię, że moim zdaniem, wszystko będzie w porządku. I po pierwszym roku byłem, jak się to mówi wśród studentów a very prominent profesor.(…)

Jedną z największych emocji w moim życiu było nie dostanie się do niewoli bolszewickiej, ale pierwszy wykład w Wellesley College. Wstęp do literatury rosyjskiej. Byłem bardzo przygotowany, siedziałem sobie w ślicznym gabinecie i czekałem na dzwonek. I nagle dopadł mnie strach. Co to będzie, za chwilę mam mówić, kompromitacja całkowita, bo to po angelsku, a ja tego nie potrafię zrobić. Po prostu zląkłem się. Nigdy nie miałem takiego uczucia strachu. Przecież byłem żołnierzem, biłem się w bitwach, strzelano do mnie, byłem w robocie podziemnej, wykonywałem różne przykre rzeczy z bronią w ręku, groziły mi ciężkie kary, a tutaj taki strach przed tymi dziewczynami! Ale kiedy wszedłem na katedrę, nagle wszystko przeszło…

Pamiętam, kiedy ostatni raz się widziałem z prof. Jędrzejewiczem, na kilka miesięcy przed śmiercią, wychodziliśmy razem z Instytutu Piłsudskiego, on wracał do siebie metrem, ja do siebie. Kiedy zobaczyłem, że 99 letni “staruszek” zakłda płaszcz, chciałem mu pomóc. Obruszył się i powiedział, że sam sobie poradzi i szybko narzucił płaszcz jak młodzieniaszek, uśmiechając się do mnie filuternie.


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon