Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ prof.Andrzej Strumiłło

Aktualizacja: kwi 9


Dziś 9 kwietnia 2020 r. zmarł w Suwałkach wielki artysta Andrzej Strumiłło, uczeń Władysława Strzemińskiego. Pierwszy portret zrobiłem mu w październiku 1982 r. w Nowym Jorku, na dachu wieżowca w którym mieszkał, od tego czasu się przyjaźniliśmy, bagatela prawie 40 lat. Ostatnie zdjęcia Strumiłły w pracowni i z córką i synem zrobiłem 12 września 2018 r. w Maćkowej Rudzie, wpadając niespodziewanie jadąc z Wilna.

Andrzej Strumiłło ur. 23 X 1928 roku w Wilnie – malarz, grafik, rzeźbiarz, fotograf, pisarz i poeta.

Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi pod kierunkiem Władysława Strzemińskiego i w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Był asystentem tych uczelni w latach 1949-1953, profesorem ASP w Krakowie (1977-1980), wykładowcą filii ATK w Suwałkach (1987-1988). W latach 1982-84 był naczelnym grafikiem Sekretariatu Generalnego ONZ w Nowym Jorku. Zainicjował i od 1977 roku jest komisarzem Spotkań Sztuka – Środowisko w Wigrach.

Wydał dwa tomy poezji oraz liczne książki o przyrodzie i kulturze (m.in. Nepal). Jako podsumowanie podróży artystycznych stworzył cykle rysunkowe i fotograficzne, m.in. Chiny 1954, 1961; Włochy 1957; Indie 1959, 1970, 1972; Nepal 1974, 1980; Japonia i Tajlandia 1987. Zgromadził kolekcję sztuki i przedmiotów kultury materialnej Dalekiego i Środkowego Wschodu dla Muzeum Etnograficznego w Krakowie i Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie. Otrzymał szereg nagród państwowych.

Andrzej Strumiłło uprawia wiele dyscyplin: malarstwo, grafikę, rysunek, fotografię, ilustrację, projektowanie książek, wystawiennictwo, scenografię. Fotografuje od 1945 roku. Kiedy na początku czytałem tę wymieniankę dziedzin, którymi się zajmuje Strumiłło, myślałem, że przesadza, albo jest to bardzo powierzchowne. Poznaliśmy się w październiku 1982 r., jak Strumiłło przyjechał do Nowego Jorku i został naczelnym grafik w ONZ, często się spotykaliśmy. Za każdym razem wypytywał mnie o fotografię: jaki aparat, jakie filmy, wywoływacze, jak robić contact sheet (wglądówki)…chodziliśmy po Nowym Jorku i fotografowaliśmy. Zrobił w ciągu 2-3 lat kilkadziesiąt tysięcy zdjęć.

Po pobycie w Nowym Jorku, wrócił do Polski, nabył ziemię na Suwalszczyźnie, nad Czarną Hańczą w Maćkowej Rudzie. Potem zbudował dom, następnie stajnie, wozownię, dom dla gości… i tak powstał zaścianek. Od końca lat osiemdziesiątych, jak przylatywałem do Polski, to go tam odwiedzałem, gdzie do dziś żyje, w zgodzie z naturą. Ostatni raz byłem u niego


Przysłał mi telegram w styczniu 1989 r. do Zachęty, gdzie miałem wystawę i był również jego portret, zresztą napisał krótki wstęp do katalogu obok Ryszarda Kapuścińskiego.

Kiedy w styczniu 1989 r., miałem indywidualną wystawę pt.”Twarzą w twarz” w Galerii Narodowej Zachęta w Warszawie, w związku ze 150.leciem wynalezienia fotografii, napisał mi krótki wstęp do katalogu, koło Ryszarda Kapuścińskiego: „Wonderful picture” /wspaniałe zdjęcie/ powiedział Joseph Brodsky, pisarz, noblista o fotografii Czesława Czaplińskiego. Ja mógłbym powiedzieć po polsku „rzetelna fotografia”. I nie czułbym potrzeby komentowania sądu lub mnożenia superlatywów. Myślę, że jest to właściwe słowo, określające i metodę, i jakość. Ludzie patrzą na siebie sfotografowanego i przymierzają podobiznę do swoich pojęć i życzeń. Jest to i pozostanie bardzo intymna autointerpretacja osoby własnej. Niewielu fotografowanych rozumie proces fotografowania, zna możliwości aparatów i trud wyborów. Pracując od dzieciństwa w materii sztuk wizualnych i znając z autopsji także, wiele przykładów przerostu aspiracji wobec możliwości i potrzeb, zbędnych stylizacji i udziwnień, zapożyczeń i fałszerstw, cenię coraz bardziej rzeczową rzetelność, oszczędność środków, powagę i powściągliwość wobec zaciemniającej lub niszczącej temat dominacji ekspresji subiektywnej. Z zawodowym szacunkiem dostrzegam to w fotografiach Czesława Czaplińskiego”.  

Andrzej Strumiłło nie mógł być na otwarciu mojej wystawy w Warszawie, gdzie zresztą oprócz tekstu w katalogu, był jego portret. Wysłał mi gratulacyjny telegramem. Młodzi ludzie, dziś nawet nie wiedzą, co to jest telegram i jak wyglądał, przy dzisiejszej technologii, telefonów komórkowych i internetu. A wówczas, to robiło wrażenie, gdyż telegram przychodził do dyrekcji Zachęty i oficjalnie było mi dostarczany.

Pierwszy raz po powrocie z Nowego Jorku, odwiedziłem Andrzeja Strumiłłę i żonę Danute w Maćkowej Rudzie 21 sierpnia 1986 r. i powiedział mi wówczas:

„…Już dawno po św. Janie i pachnie jesienią, ale wczorajszym wieczorem, chodząc po bagnach nad Czarną Hanczą, widziałem wiele ogników świętojańskich. Idąc dalej, prawie zobaczyłem ptaka, który żywiąc się świetlikami, sam stał się świetlisty jak one.

W dzieciństwie wyobrażałem sobie, że wysoko nad nami jest nieboraj, pełne kolorowych ptaków i że strzała z dobrego łuku wysoko wystrzelona, wracając przyniesie nam pod nogi cudo-ptaka.


Może przyszedł już czas i strzała powraca. W międzyczasie, już jako myślący człowiek, przeżyłem wojnę, tracąc Ojca, Kraj Dzieciństwa i wiele złudzeń. W jej trakcie rysowałem sosny i studiowałem sople lodowe, zwisające z dachu. Malowałem też kopyta konia marszałka Woriszyłowa, olejem.

Po wojnie zapisałem się jako student Nr 15 do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi, a na gorącą prośbę mojej Mamy podjęłem studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Łódzkiego.

W Łodzi miałem szczęście spotkać Władysława Strzemińskiego. Jemu zawdzięczam pierwsze świadome otwarcie oczu. Ze Strzemińskim rozmawialiśmy nie tylko o sztuce. Wspominaliśmy Ziemię Mińską, skąd pochodził i on, i mój Ojciec, i nasi krewni. Jego ascetyczną, piękną twarz widzę dziś wyraźnie, chociaż od czasu jego smutnego pogrzebu minęło już trzydzieści kilka lat [zm.1952, wypowiedź 1986]. Nie mogę powiedzieć, że byłem zawsze jego wiernym uczniem. Ale coraz bliżej jestem białego milczenia.

Ukończyłem Wydział Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Moim kolegą był Andrzej Wróblewski. Andrzej żył krótko, ale jego „Rozstrzelanie” pozostaje dla mnie najlepszym obrazem z tych, które próbowały udźwignąć ciężar czasu wojny, a może i w ogóle z namalowanych przez nasze pokolenie. I niech będzie to poczytane za moje credo.

Wiele w życiu widziałem. Podróże, które mam za sobą przez góry, pustynie, stepy, tajgi, dżungle, morza, oceany, przez cywilizacje i czas, nauczyły mnie tolerancji, względności i zbliżyły do pogodzenia się z losem. Sztuka wydała mi się aktem egzystowania tak naturalnym, jak wszystko inne, co mieści się pomiędzy narodzinami i śmiercią.

Pominę tu wyliczanie tego, co zrobiłem przez 40 lat [1986] pracy w dziedzinie matarstwa, rysunku, grafiki, ilustracji książkowej, wystawiennictwa, scenografii, fotografii i poezji. Mówi o tym ponad 300 pozycji biograficznych, które zebrała, pisząc prace magisterską na mój temat, pani Aleksandra Paszek z Uniwesytetu Jagielońskiego.

Pominę też nagrody i sukcesy, a także porażki, upokorzenia i klęski, których los dbający o równowagę, nie oszczędził. Nieraz musiałem zarabiać robiąc rzeczy błahe, stosowane, obce sobie. Przez kilka lat byłem asystentem i profesorem malarstwa. Przez dwa lata byłem urzędnikiem Organizacji Narodoów Zjednoczonych w Nowym Jorku, prowadząc tam pracownię projektowania graficznego. Manhattan, hyperurbią będący, dał mi wszystko, co dać może cywilizacja. Oglądałem setki galerii, tysiące wystaw pod zawołaniem „I am the best”, ukazujących w krzyku dramat istnienia. Po tym wszystkim nie pozostaje nic bardziej godnego niż milczenie. Zasypiając pod Brooklyn Bridge, myślą byłem nad granicą litewską.

Od wielu lat część swoich sił poświęcam „kreowaniu otoczenia człowieka”, działając na rzec ochrony krajobrazu Polski północno-wschodniej, która jest bliska memu sercu, również i dlatego, że przypomina Kraj Dzieciństwa.

Może przyszedł już czas i strzała powraca. Wczorajszym wieczorem prawie zobaczyłem ptaka.

Wszyscy zawsze mi zazdrościli — a ja pytam się, czego? Ale wielu, gdyby znalazło się w moich warunkach, podniosłoby ręce do góry.

Ryszard Stanisławski, Andrzej Wajda i Mieczysław Porębski napisali mi listy, przygotowałem duże portfolio ze wszystkich swoich dziedzin działalności artystycznej i wysłałem do ONZ w Nowym Jorku. Z ogromnej liczby zgłoszeń ja zostałem wybrany.

Nowojorskie doświadczenie było koronacją mojej wiedzy o świecie, o mechanizmach jego funkcjonowania. Wobec moich azjatyckich doświadczeń brakowało mi wiedzy o cywilizacji zachodniej. Bywałem dużo w Europie Zachodniej, ale to nie to, dopiero Stany Zjednoczone, a w nich Manhattan, jest koncentracją energii i dynamiki ludzkiej, funkcjonowania pieniądza i zapowiedzią przyszłych sytuacji wielkiej aglomeracji. Niezwykle sobie to cenię, ale nie mogłem tego przedłużać, bo akumulator kipiał. Widząc równocześnie, że tego zakątka mi nikt nie zrobi, muszę mieć resztki sił, aby to zrobić samemu…”.


Znając a właściwie przyjaźniąc się z Andrzejem Strumiłło, prawie czterdzieści lat, wielokrotnie zadawałem sobie pytanie kim jest Andrzej Strumiłło? Niedawno skończył 90 lat. I nie znajduję jednoznacznej odpowiedzi. Bez wątpienia jest człowiekiem renesansowym, poruszającym się swobodnie w wielu dyscyplinach i odnoszącym znaczące sukcesy. Wszystko to w epoce niebywałej specjalizacji. U Strumiłły pasja tworzenia przechodzi w pasję życia, a sztuka staje się sposobem życia i odwrotnie.

To, że Strumiłło na moim blogu jest nieopodal Wawrzyniaka, nie jest przypadkowe, są od dziesiątków lat zaprzyjaźnieni, wiele prac Strumiłły jest w Muzeum Azji i Pacyfiku im. Andrzeja Wawrzyniaka.

W nowojorskim magazynie „Kariera” - luty 1991 – ukazał się mój artykuł o ANDRZEJU STRUMIŁŁO – Nowojorskie doświadczenie było koronacją mojej wiedzy o świecie, o mechanizmach jego funkcjonowania:

Amerykańskie „Who's Who in the World” wydawane w Chicago i „Kto jest kim w Polsce” w dużym skrócie podają, że urodzony w 1928 r. w Wilnie Andrzej Strumiłło ukończył Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Łodzi i Akademię Sztuk Plastycznych w Krakowie.

W latach 1950-53 był asystentem na ASP w Krakowie, a w 1977-80 profesorem krakowskiej ASP; 1982-84 — szefem Projektowania Graficznego ONZ w Nowym Jorku, 1977-87 –współorganizatorem i komisarzem spotkań wigierskich pt. „Kultura i środowisko”.

Odbył liczne podróże do Indii, Nepalu, Mongolii, Syrii, Turcji, Gruzji, na Daleki Wschód ZSRR.

Od 1950 roku wystawia swoje prace na indywidualnych i zbiorowych wystawach na całym świecie: Moskwa, Leningrad, Berlin, Nowy Jork, Brema, Praga, Bratysława, Sztokholm, Mediolan, Ułan Bator, Pekin, Hanoi, New Delhi, Katmandu, Oslo, Hawana, Wiedeń, Rzym, Tokio, Kair, Bagdad, Paryż, Chicago, Lizbona.

Tworzy w wielu dziedzinach sztuk plastycznych: malarstwo, grafika, rysunek, ilustracja książkowa, wystawiennictwo, plakat, scenografia, fotografia. Jest autorem ilustracji do ponad 100 książek, scenografii dla Teatru Ateneum, Studenckiego Teatru Satyryków i Teatru Telewizji. Jako fotograf wykonał ponad 20 tysięcy zdjęć etnograficznych w krajach Azji, ponad 10 tysięcy zdjęć Manhattanu.

Jego prace znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie, Krakowie, Poznani zbiorowych wystawach na całym świecie: Morodowej, Ermitażu w Leningradzie, Muzeum im. Puszkina w Moskwie, Muzeum Sztuki w Skopje, Muzeum im. S.Allende w Hawanie, Muzeum Polskim w Chicago.

Opublikował dwa tomy swojej poezji: „Moje” (1970) i „Jak” (1983), albumy fotograficzne: „Mazurski Park Krajobrazowy” (1985), „Suwalski Park Krajobrazowy” (1986), „Wigierski Park Krajobrazowy” (1987), „Nepal” (1987).

W katalogu wystawy w Centrum Sztuki — Galerii EL w Elblągu (1987) w tekście pt. „Zamiast życiorysu” napisał: „Już dawno po św. Janie i pachnie jesienią ale wczorajszym wieczorem, chodząc po bagniskach nad Czarną Hańczą, widziałem wiele ogników świętojańskich. Idąc dalej, prawie zobaczyłem ptaka, który żywiąc się świetlikami, sam stał się świetlisty jak one.


W dzieciństwie wyobrażałem sobie, że wysoko nad nami jest niebo-raj, pełne kolorowych ptaków i że strzała z dobrego łuku wysoko wystrzelona, wracając przyniesie nam pod nogi cudo-ptaka.

Może przyszedł juź czas i strzała powraca. W międzyczasie, już jako myślący człowiek, przeżyłem wojnę, tracąc Ojca, Kraj Dzieciństwa i wiele złudzeń. W jej trakcie rysowałem sosny i studiowałem sople lodowe, zwisające z dachu. Malowałem też kopyta konia marszałka Woroszyłowa, olejem.

Po wojnie zapisałem się jako student Nr 15 do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi, a na gorącą prośbę mojej Mamy podjąłem studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Łódzkiego.

W Łodzi miałem szczęście spotkać Władysława Strzemińskiego. Jemu zawdzięczam pierwsze świadome otwarcie oczu. Ze Strzemińskim rozmawialiśmy nie tylko o sztuce. Wspominaliśmy Ziemię Mińską, skąd pochodził i on, i mój Ojciec, i nasi krewni. Jego ascetyczną, piękną twarz widzę dziś wyraźnie, chociaż od czasu jego smutnego i skromnego pogrzebu minęło już trzydzieści kilka lat. Nie mogę powiedzieć, że byłem zawsze jego wiernym uczniem. Ale coraz bliżej jestem białego milczenia.

Ukończyłem Wydział Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Moim kolegą był Andrzej Wróblewski. Andrzej żył krótko, ale jego „Rozstrzelanie” pozostaje dla mnie najlepszym obrazem z tych, które próbowały udźwignąć ciężar czasu wojny, a może i w ogóle z namalowanych przez nasze pokolenie. I niech będzie to poczytane za moje credo.

Wiele w życiu widziałem. Podróże, które mam za sobą przez góry, pustynie, stepy, tajgi, dżungle, morza, oceany, przez cywilizacje i czas, nauczm mnie tolerancji, względności i zbliżyły do pogodzenia się z losem. Sztuka wydała mi się aktem egzystowania tak naturalnym, jak wszystko inne, co mieści się pomiędzy narodzinami i śmiercią.

Pominę tu wyliczanie tego, co zrobiłem przez 40 lat pracy w dziedzinie malarstwa, rysunku, grafiki, ilustracji książkowej, wystawiennictwa, scenografii, fotografii i poezji. Mówi o tym ponad 300 pozycji biograficznych, które zebrała, pisząc pracę magisterską na mój temat, pani Aleksandra Paszek z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Pominę też nagrody i sukcesy, a także porażki, upokorzenia i klęski, których los, dbając o równowagę, nie oszczędził. Nieraz musiałem zarabiać robiąc rzeczy błahe, stosowane, obce sobie. Przez kilka lat byłem asystentem i profesorem malarswa. Przez dwa lata byłem urzędnikiem Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku, prowadząc tam pracownię projektowania graficznego. Manhattan, hyperurbią będący, dał mi wszystko, co dać może cywilizacja. Oglądałem setki galerii, tysiące wystaw pod zawołaniem „l am the best", ukazujących w krzyku dramat istnienia. Po tym wszystkim nie pozostaje nic bardziej godnego niż milczenie. Zasypiając pod Brooklyn Bridge, myślą byłem nad granicą litewską.

Od wielu lat część swoich sił poświęcam „kreowaniu otoczenia człowieka”, działając na rzecz ochrony krajobrazu Polski północno-wschodniej, która jest bliska memu sercu, również i dlatego, że przypomina Kraj Dzieciństwa.


Może przyszedł już czas i strzała powraca. Wczorajszym wieczorem prawie zobaczyłem ptaka, który... — Andrzej Strumiłło, Maćkowa Ruda, 21 Vill 1986 r.

Artysta o sobie

MALARSTWO: ...Malarstwo i rysunek były moją młodzieńczą pasją. Z romantycznych mgieł i heroicznych werbli zrodzone, przeszły próbę racjonalnej szkoły Strzemińskiego, wały świętokradczą poetykę „dada", podejmowały trudną próbę dialogu z rzeczywistością, w chwilach zwątpień i niepowodzeń wycofując się do okopów liryki i w głąb ciemnego lasu. Z biegiem lat i ze wzrostem mojej aktywności zawodowej „malarstwo czyste” musiało wchłonąć w siebie i materię innych doświadczeń, trawiąc je ze zmiennym zdrowiem.

RYSUNEK REPORTAŻOWY: Powstał w czasie podróży. Rysowałem prawie wyłącznie z natury, uwierzytelniając szkic podpisem osoby portretowanej i znakiem graficznego alfabetu. Presja widza oczekującego podobizny wiernej i pejzażu rozpoznawalnego odgrywała tu dużą rolę.

Pierwsze rysunki tego typu powstały w latach wojny i zaraz po jej zakończeniu. Rysowałem krajobraz białoruski i „biežeńców”. W 1945 r. powstał cykl rysunków piórkiem ze zburzonego Gdańska i Malborka. Potem notatki mazurskie z początków lat pięćdziesiątych i z Chin w 1954 roku.

Blisko 200 rysunków z Państwa Środka stanowi moment istotny w mojej edukacji artystycznej. Silny wpływ starej kultury, znaku i hieroglifu, klasycznego warsztatu, doskonałość papieru, tuszu i pędzli, wrafinowana kuchnia, kontakt osobisty z wybitnymi twórcami, jak niezapomniany Ci Bai Szi, nie pozostały bez wpływu na moją manierę.

Wiele podróżując, wiele rysowałem. Za cenę wygody i wypoczynku utwalałem Wietnam lat wojny, lodowce Himalajów, szczyty Ałtaju i pustynne stepy Mongolii, nadamurską tajgę i łowców z Sichote Alin, sycylijskich chłopów, Jangcy-ciang, Czandigarh Corbusiera, syryjskie suki, świątynię Khadżuraho i tyle innych rzeczy.

FOTOGRAFIA: Zdjęcia zaczęłem robić trzydzieści lat temu aparatem Leica z obiektywem Elmar i pracuję nim do dziś. Byłoby wywarzaniem otwartych drzwi dowodzenie praw fotografii do samodzielności wśród sztuk wizualnych XX wieku.

Sam będąc gorącym miłośnikiem „przyrody naturalnej” i bezpośrednich z nią kontaktów, widzę jednak wyraźnie proces zastępowania lub uzupełniania „przyrody naturalnej” poprzez otoczenie „sztuczne”, tworzone przez człowieka. Wytwory te, w tym i materia informacji masowej, na którą składa się film, TV, reklama, prasa, pocztówka, album rodzinny itp., muszą stać się z czasem przedmiotem rozważań i uogólnień artysty, podobnie jak dawniej biegnące zwierzę.

Miliardy zdjęć pokrywają już powierzchnię Ziemi. Tylko w Polsce wykonano 160 000 000 zdjęć radiologicznych. Trudno nie włączyć tego fenomenu w świat obowiązujący artystę.

ILUSTRACJA KSIĄŻKOWA: Pierwszą książkę zilustrowałem w roku 1956. Była to proza dla młodzieży „Przygody Li Ta Hai". Sądzę, że wydawca, „Nasza Księgarnia” zleciła mi ją nieprzypadkowo — kierując się moją znajomością tematu, jaką dała podróż do Chin w 1954 r.


Zawsze czułem się zobowiązany do szacunku wobec poetyki autora, epoki, geografii. Bliższy bywałem grzechu niż pastiszu, niź interpretacji egocentrycznej. Jestem przekonany, iż nie udało mi się dorobić własnego stylu ilustracji uniwersalnie pasującej do wszystkiego. Może tylko troska o architekturę książki — jej funkcjonowanie w czasie otwarcia kart przypominają, że równolegle projektowałem wielkie pawilony i pałace. Może tylko odrobina smutku i refleksji, a także trudniejsza nieco w odbiorze ilustracja dla dzieci przypominają, że równoległe malowałem i rysowałem świat własny.

Tak się szczęśliwie złożyło, że mogłem spłacić osobisty dług zaciągnięty w dzieciństwie i młodości ilustrując dzieła H.Beecher-Stowe, H. Ch.Andersena, J. Verne'a, A.Czechowa, J.Conrada, a także przekazać część refleksji z podróży odbytych w wieku dojrzałym w książkach o Chinach, Wietnamie, Mongolii, Indiach, ZSRR.

SCENOGRAFIA: To drobny epizod. Dawne związki z STS-em i Ateneum, przyjaźnie z Wojtkiem i Xymeną. Telewizja była mniej zbiurokratyzowana. Było w niej znacznie mniej ludzi, a więcej znajomych. Pracowałem z Hanuszkiewiczem, Rćne, Markuszewskim, Siemionem, Holoubkiem, Czyžewską, Lipińską, Łomnickim, Łapickim, Śląską Cybulskim, Krasnowieckim, Świderskim, Mikołajską, Kucówną Kowalczykiem, Opalińskim, WiIhelmim, Czechowiczem, Stankówną, Wyrzykowskim, Karewiczem, Bielawskim, Zapasiewiczem i tyloma innymi, których ruchy, brzmienie głosu i oczy pozostają dla mnie istotą teatru.

Słodka niewiedza dodawała mi śmiałości, a eksperyment i improwizacja aprobowane były przez przyjaznych reżyserów.

Po wielu godzinach jazdy pociąg z Łodzi wtoczył się na końcową stację w Suwałkach. Na peron wysypało się kilkadziesiąt osób, z czego większość to młodzież z plecakami, są przecież wakacje. Rozprostowując zdrętwiałe kości po nie kończącej się podróży rozglądamy się z żoną za postojem taksówek, gdyż do Maćkowej Rudy jest jeszcze kilkanaście kilometrów.

We wsi zjeżdżamy z głównej drogi, przed wysokim, drewnianym krzyżem. Po obu stronach polnej drogi stawy, z lewej murowane zabudowania w neoklasycystycznym stylu. Za chwilę zza kępy drzew wyłania się drewniany dworek. Na ganku wita nas serdecznie Danuta, żona Andrzeja Strumiłły, również malarka.


—Proszę do środka. Ile to lat, jak spotykaliśmy się na Manhattanie?

Idzie przodem, otwiera drewniane drzwi; zaglądam jej przez ramię, zaciekawiony. Duże, niezbyt wysokie pomieszczenie wypełnione stołami, na których leży mnóstwo rysunków, szkiców, książek, tubek z farbami. Andrzej Strumiłło leży na podłodze i podmalowuje dolne partie obrazu. Na podłodze leży też nowy numer magazynu „Art in America”.

Rozmawiamy już w saloniku.

— To nieprawdopodobne, że po niezwykle aktywnym, światowym życiu znalazł się pan tu, w Maćkowej Rudzie, parę kilometrów od wschodniej granicy Polski? — Nie tak bardzo — tu są najbliższe z możliwych memu sercu tereny. Urodziłem się w Wilnie, ziemi oddychającej przestrzenią, pulsującej wiosną, latem, jesienią i zimą, ziemi, która była moją pierwszą miłością. Uczucie owo sprawiło, że w latach późniejszych szukałem wszędzie tych wartości, przemierzając ścieżki dalekowschodniej tajgi, stojąc nad brzegami dalekich rzek i oceanów, zasypiając na lodowcach himalajskich i pod wielkim niebem Mongolii. Do dziś cieszę się pierwszym śniegiem. Drugą moją miłością, a później i zawodem, stała się sztuka. Wiele podróżując, kontemplowałem jej formy i sam ją uprawiałem.

—Wkoło pięknie, zielono, nie opodal szumi krystalicznie czysta rzeka z rakami, Czarna Hańcza. Przyjemnie tu odpocząć, ale przenieść się na stałe w pełni sił twórczych, mając możliwość zostać w Manhattanie, w centrum sztuki światowej?

—Tak, wybrałem modrzew, mogąc wybrać Manhattan — uśmiecha się Strumiłło. —Manhattan wspaniały, ring otwarty, na którym można zdobyć złote rękawice lub pójść w zapomnienie. Miałem propozycje, jakich nikt tu, gdzie wróciłem, nie powtórzy. Chciałem mieć przeświadczenie, że to nie lęk przed nowym i trudnym. Bo tu, gdzie wróciłem, też trzeba być odważnym i nie liczyć na miłosierdzie.

Różne bywają formy człowieka. O sobie mógłbym powiedzieć, że jestem „homo ecologicus”. Dotykanie ziemi, a już szczególnie ziemi ojczySłej i własnej, życie jej problemami, jej czasem, z jej ludźmi, jest mi potrzebne.

Nie znałem większych radości niż spotykanie wiosny z własnym synem. Powie ktoś, a Oregon, a Washington, a piękny stan Maine? Jeżeli lubisz ziemię, lasy i wody, to tam masz to w skali wspanialszej. A na dodatek wolność.

Ale czas, który przeżyłem tu, jest niepowtarzalny. Miejsca znajome. Znajome tak jak imiona przodków…i ja jestem już stary. Odpowiadając sobie samemu nie mogę nazwać tego patriotyzmem. Szyderca bezlitosny, siedzący we mnie, skrzywi się natychmiast. Ktoś inny powie: przecież stale powstają nowe Ojczyzny. To naturalny proces. Krąży nawet żart: „zamienię M-3 w Warszawie na śpiwór w Nowym Jorku”. Sztuka nie zna granic.

A więc niech będzie, że wróciłem pod modrzew dla własnej wygody. To, co lubię i co jest mi potrzebne, tam kosztuje drożej lub jest nieosiągalne.

— W czasie pobytu w Nowym Jorku prowadził pan osobisty dziennik, przytoczę kilka fragmentów, które są czymś więcej niż tylko zapisem.

5 VIII 1982 — przez całą noc przeglądałem New York Times — gazeta gigant. Proporcjonalna do metropolii spuchnięta i niebotyczna. Dżungla spraw ludzkich... Aż podziw bierze, jak można je zebrać i uporządkować.

3 X 1982 — dzisiaj był Pułaski Day. Parada szła Piątą Aleją, przez kilka godzin. Staliśmy z Danusią przy barierce z napisem „Police Line” przełykając łzy wzruszenia... i goryczy.

Według jednego szablonu szły dzielnice, parafie, szkoły, koła, towarzystwa, związki, drużyny polonijne, gniazda sokołów przeplecione policją stanową, wozami straży pożarnej i orkiestrami. Stroje krakowsko-operetkowe. Byli ułani, byli dostojni obywatele we frakach, szedł biały orzeł, karykaturalnie szpetny, jechały królowe dzielnic na rydwanach ciągnionych przez krążowniki szos, a ozdobionych panoramą Częstochowy i orłami w koronach. Szli strzelcy i strzelali co chwila z karabinów — do góry, na wiwat. Niesiono sztandary z napisem Polish Power... i feretrony z Matką Boską Częstochowską — takie same jak na odpuście w Myszyńcu, jechał Król Kartofli, maszerowali marszałkowie parady. Pierwszy wśród nich Edward Ostrowski z Sanitationes Association, szedł burmistrz Koch, czarni bębniarze, Liga Morska, kilku Litwinów z transparentem... i kilku Afgańczyków.

Było coś ogromnie smutnego i żenującego w tym ciągnącym godzinami, rzadkim tłumie rodaków. Czuło się na nich piętno ubóstwa duchowego, parafiańszczyzny i specyficznego prowincjonalizmu...

25 VIII 1983 — tu w Ameryce, zamiast gromadzić wiedzę, gromadzę tylko dowody niewiedzy własnej i rozległości świata. Spostrzegam dziedziny, o istnieniu których nie wiedziałem dotychczas. Widzę swoją słabość. Nie jestem potrzebny. Moja sztuka nie zainteresuje tutaj nikogo, o ile nie będzie rokować pomnażania wydanych pieniędzy w krótkim czasie. Sztuki za darmo i sztuki bezinteresownej to miasto ma po dziurki w nosie, na każdym rogu. Brakuje mi czasu, a także sił i pieniędzy, aby zrobić sobie pozycję...

21 VII 1984 — Edward Redliński postawił mi przedwczoraj wieczorem pytanie: dlaczego ludzie chcą mieszkać w mieście? Odpowiedziałem: bo boją się śmierci, która w samotności, w obliczu świata nie zasłoniętego szumem pozorówjawi się ostrzej. Taki jest sens stada. W stadzie nie zawsze ja muszę umrzeć pierwszy. W samotności zawsze...


—Można by przytaczać dalsze fragmenty pamiętnika, ale już z tych wyraźnie widać, że był pan przeładowany wrażeniami.

— Tak jak akumulator w samochodzie. Jestem sentymentalny i dla mnie otoczenie, w którym żyję, rodzaj nieba, ludzie — jest wartością która się liczy, tym bardziej, im jestem starszy. Instynktownie chcę wrócić do szczęśliwego dzieciństwa; wiem, że to jest niemożliwe, bo człowiek się porusza po spirali i tylko się nad nim unosi, ale nie jest w stanie "lądować, bo jest w innym miejscu w czasie.

— Jest pan uwikłany w wiele działań?

— Nie chcę się specjalizować w jednej manierze, być zależny od jednego marszanda. Chcę traktować sztukę jako sposób życia, a nie jako konieczność. Mieć możność zmiany dyscypliny, tematu, podjęcia eksperymentów na własne ryzyko. W sztuce trzeba burzyć, prowokować, robić rzeczy, których się nie robiło, nieoczekiwane, zaskakujące, jednostkowe, na krawędzi błędu, kiczu, katastrofy — bo tylko tam są miejsca, które są coś warte. Tam, gdzie można zginąć, tam można najwięcej znaleźć.

— Rozmawiając z ludźmi w Warszawie usłyszałem, że Strumiłło zbudował sobie kolejną posiadłość po powrocie z Ameryki i uniezależnił się od otoczenia...

— Ambasador z ONZ w Nowym Jorku, który mnie żegnał, powiedział — pan jest dziwnym przykładem człowieka, któremu proponują pozostanie, a on chce wyjechać. Tutaj bardzo wielu powinno brać z pana przykład, są tacy, którzy powinni wyjechać, a nie chcą.

Kiedy w 1953 r. proponowano mi profesurę, odmówiłem Sokorskiemu, bo był to okres stalinowski. Wyjechałem na cztery lata z dwójką dzieci w Lasy Piskie, do domu, gdzie nie było wody i żadnych wygód. Mój siennik przymarzał do ściany, a w kuchni trzeba było rąbać lód, dziurawą łódką płynęłem 14 km po chleb do Rucianego i z powrotem. Po pażdzierniku 1956 r. wróciłem, przez to zachowałem niezależność.

Wszyscy zawsze mi zazdrościli — a ja pytam się czego? Ale wielu, gdyby znalazło się w moich warunkach, podniosłoby ręce do góry. Po śmierci Zamecznika dawano mi propozycję na ASP „fotografia pomocnicza dla grafiki”, czy prowadzenie przy Szajnie scenografii dla TV. Mnie wówczas interesowała samodzielna katedra malarstwa, która kształci światopoglądowo w sensie artystycznym człowieka, a nie to, że student malarstwa i rysunku będzie się uczył u kogoś innego, a u mnie stosował. Ja wówczas nie mam z nim kontaktu.


Ryszard Stanisławski, Andrzej Wajda i Mieczysław Porębski napisali mi listy, przygotowałem duże portfolio ze wszystkich swoich dziedzin działalności artystycznej i wysłałem do ONZ w Nowym Jorku. Z ogromnej liczby zgłoszeń ja zostałem wybrany. Zwolniłem się z profesury w ASP w Krakowie, na paszport czekałem dwa lata. Czego tu zazdrościć?

— Jak w stosunku do innych miejsc, które pan odwiedził w czasie swych licznych podróży, odebrał pan Nowy Jork?

— Nowojorskie doświadczenie było koronacją mojej wiedzy o świecie, o mechanizmach jego funkcjonowania. Wobec moich azjatyckich doświadczeń brakowało mi wiedzy o cywilizacji zachodniej. Bywałem dużo w Europie Zachodniej, ale to nie to, dopiero Stany Zjednoczone, a w nich Manhattan, jest koncentracją energii i dynamiki ludzkiej, funkcjonowania pieniądza i zapowiedzią przyszłych sytuacji wielkich aglomeracji. Niezwykle sobie to cenię, ale nie mogłem tego przedłużać, bo akumulator kipiał. Wiedząc równocześnie, że tego zakątka mi nikt nie zrobi, muszę mieć resztki sił, aby to zrobić samemu.

— Co chciałby pan jeszcze zrobić, chociaż tym, co już pan zrobił, można by obdzielić wielu?

— Chciałbym napisać coś, co chcę nazwać „Summą życia”, zawierającą dokumenty z twórczości malarskiej, bo to jest moja pierwsza, najwcześniejsza miłość. A także uporządkować zbiory fotograficzne, dzienniki, przygotować albumy, książki. Mam w teczkach dziesiątki koncepcji na cykle rysunków, które nie zostały zrealizowane, a wobec niektórych straciłem już świeżość, tak samo cykle obrazów, niektóre pozostaną tylko w szkicach.


Chciałbym zilustrować poezję narodów mi bliskich: Litwy, Białorusi, ale na to, aby do tego doszło, musiałem zilustrować poezję Armenii, Gruzji, Rosji przedrewolucyjnej. Wiem, że ilustrowanie książek jest rzeczą niebezpieczną dla malarza, bo wpływa na manieryczne spojrzenie, na pewną deformację ręki, sięga po ducha narracji.

To, że zajmuję się fotografią, też rzutuje na malarstwo, a to, że zajmuję się malarstwem, na fotografię. To, że oglądam W czy film, też formuje moje spojrzenie na świat. Nie da się żyć w laboratoryjnej czystości i tylko uprawiać jeden kierunek sztuki, niezależny od innych. Zawsze mnie też pasjonowało słowo, związek między słowem a obrazem. Rezultatem są próby książek poetyckich, autorskich.

Chcę zrobić coś, co byłoby summą o sobie, gdzie byłby duży katalog przeglądowy z dużym komentarzem, taką książkę ma Kantor, Grotowski. Wiem, że za mnie nikt tego nie zrobi, bo materiał jest skomplikowany i rozproszony. Już mi się śpieszy, mam nóż na gardle.

—Włączył się pan również w sprany ekologiczne regionu, jako organizator wigierskich spotkań pt. „Kultura i środowisko

— Umiłowanie fragmentu przyrody Polski, gdzie mieszkam, obliguje mnie do aktywnego udziału w jego ochronie, uczestniczę w wielu radach społecznych, w tym w Wojewódzkiej Radzie Ochrony Przyrody. Ciągle mam nowe propozycje, muszę się bronić, gdyż czasu pozostało mi już niewiele.

Wracając do postawionego wcześniej pytania — które stawiało sobie wiele osób przede mną — kim jest Andrzej Strumiłło, nie znajduję jednoznacznej odpowiedzi. Bez wątpienia jest człowiekiem renesansowym, poruszającym się swobodnie w wielu dyscyplinach i odnoszącym znaczące sukcesy. Wszystko to w epoce niebywałej specjalizacji. U Strumiłły pasja tworzenia przechodzi w pasję życia, a sztuka staje się sposobem życia i odwrotnie.



PORTRAIT with HISTORY Andrzej Strumiłło (1928-2020) Today, on April 9, 2020, the great artist Andrzej Strumiłło, a student of Władysław Strzemiński, died in Suwałki. I made his first portrait in October 1982 in New York, on the roof of the skyscraper in which he lived, since then we have been friends, trifle nearly 40 years. I took the last photos of Strumiłło in the studio and with my daughter and son on September 12, 2018 in Maćkowa Ruda, dropping by unexpectedly coming from Vilnius. Andrzej Strumiłło born on October 23, 1928 in Vilnius - painter, graphic artist, sculptor, photographer, writer and poet. He studied at the State College of Fine Arts in Łódź under Władysław Strzemiński and at the Academy of Fine Arts in Krakow. He was an assistant of these universities in the years 1949-1953, a professor at the Academy of Fine Arts in Krakow (1977-1980), a lecturer at the branch of the University of Applied Sciences in Suwałki (1987-1988). In 1982-84 he was the chief graphic designer of the UN General Secretariat in New York. He initiated and since 1977 he is the commissioner of the Art - Environment Meetings in Wigry. He published two volumes of poetry and numerous books on nature and culture (including Nepal). As a summary of artistic travels, he created drawing and photographic series, including China 1954, 1961; Italy 1957; India 1959, 1970, 1972; Nepal 1974, 1980; Japan and Thailand 1987. He collected a collection of art and material culture of the Far and Middle East for the Ethnographic Museum in Krakow and the Asia-Pacific Museum in Warsaw. He received a number of state awards. Andrzej Strumiłło practices many disciplines: painting, graphics, drawing, photography, illustration, book design, exhibition, set design. Photographs since 1945. When I first read this list of areas that Strumiłło deals with, I thought it was exaggerating or very superficial. We met in October 1982, when Strumiłło came to New York and became the chief graphic artist at the UN, we often met. Every time he asked me about photography: what camera, films, developers, how to make contact sheets ... we walked around New York and photographed. He took tens of thousands of photos in 2-3 years.

After a stay in New York, he returned to Poland, purchased land in the Suwalki region, on the Czarna Hańcza in Maćkowa Ruda. Then he built a house, then stables, a coach house, a guest house ... and this was the backwater. From the end of the eighties, when I came to Poland, I visited him there, where he lives to this day, in harmony with nature. I was at his last time He sent me a telegram in January 1989 to Zachęta, where I had an exhibition and also a portrait of him, and he wrote a short introduction to the catalog next to Ryszard Kapuściński. When in January 1989 I had an individual exhibition entitled "Face to face" at the Zachęta National Gallery in Warsaw, in connection with the 150th anniversary of the invention of photography, he wrote me a short introduction to the catalog, next to Ryszard Kapuściński: "Wonderful picture" photo / said Joseph Brodsky, writer, Nobel laureate about photography by Czesław Czapliński. I could say in Polish "reliable photography". And I would not feel the need to comment on the court or multiply superlatives. I think this is the right word for both method and quality. People look at each other photographed and try on an image of their concepts and wishes. This is and will remain a very intimate self-interpretation of the person. Few people understand the process of photography, know the capabilities of cameras and the hardships of choices. Working from childhood in the field of visual arts and also knowing from autopsy, many examples of the overgrowth of aspirations to possibilities and needs, unnecessary stylizations and oddities, borrowings and falsifications, I value more and more substantive reliability, saving resources, seriousness and restraint towards the obfuscating or destructive theme of the dominance of expression subjective. I see it with professional respect in the photographs of Czesław Czapliński. " Andrzej Strumiłło could not be at the opening of my exhibition in Warsaw, where, besides the text in the catalog, there was his portrait. He sent me a congratulatory telegram. Young people today do not even know what a telegram is and what it looked like with today's technology, cell phones and the Internet. And then, it was impressive, because the telegram came to the management of Zachęta and was officially delivered to me.



For the first time after returning from New York, I visited Andrzej Strumiłła and wife Danute in Maćkowa Ruda on August 21, 1986 and told me then:

"... long after Saint. Janie and it smells of autumn, but yesterday evening, walking through the marshes of the Black Hancza, I saw many fireflies. Going forward, I almost saw a bird that, feeding on fireflies, became luminous like them.

In my childhood, I imagined that the sky above us was full of colorful birds, and that an arrow from a good bow, high shot, would bring us a miracle-bird under our feet.

Maybe the time has come and the arrow is back. In the meantime, as a thinking man, I survived the war, losing my father, my childhood country and many illusions. In the course of it, I drew pine trees and studied ice icicles hanging from the roof. I also painted the hooves of Marshal Voroshov's oil with oil.

After the war, I signed up as a student No. 15 to the State College of Fine Arts in Lodz, and at my mother's fervent request, I started studying at the Faculty of Humanities at the University of Lodz.

In Lodz I was lucky to meet Władysław Strzemiński. I owe him the first conscious opening of eyes. We talked with Strzemiński not only about art. We remembered the Land of Minsk, where he and my father and our relatives came from. I can see his ascetic, beautiful face today, although thirty years have passed since his sad funeral [d.1952, statement 1986]. I can't say that I was always his loyal student. But I'm getting closer to white silence.

I graduated from the Painting Department of the Academy of Fine Arts in Krakow. Andrzej Wróblewski was my friend. Andrzej lived a short life, but his "Shooting" remains for me the best picture of those who tried to bear the weight of the time of war, and maybe even those painted by our generation. And let this be considered my credo.

I've seen a lot in my life. The journeys that I have behind me through mountains, deserts, steppes, taiga, jungles, seas, oceans, through civilizations and time have taught me tolerance, relativity and brought me closer to accepting fate. Art seemed to me an act of existence as natural as anything else that lies between birth and death.

I will skip the list of what I have done for 40 years [1986] in the field of mathematics, drawing, graphics, book illustrations, exhibitions, stage design, photography and poetry. More than 300 biographical items that she collected while writing her master's thesis about me, Aleksandra Paszek from the Jagiellonian University, speak about it. I will also skip prizes and successes, as well as failures, humiliation and defeats, which fate that kept balance did not spare. Sometimes I had to earn money by doing trivial, used and foreign things. For several years I was an assistant and a professor of painting. For two years I was an official of the United Nations in New York, running a graphic design studio there. Manhattan, being a hyperurbia, gave me everything that civilization can give. I watched hundreds of galleries, thousands of exhibitions under the banner "I am the best", screaming the drama of existence. After all, there is nothing more dignified than silence. Falling asleep under the Brooklyn Bridge, I was thinking over the Lithuanian border. For many years I have devoted part of my strength to "creating the human environment", acting to protect the landscape of north-eastern Poland, which is close to my heart, also because it resembles the Country of Childhood. Maybe the time has come and the arrow is back. I almost saw a bird last night. Everyone has always envied me - and I ask what? But many, if they were in my conditions, would raise their hands up. Ryszard Stanisławski, Andrzej Wajda and Mieczysław Porębski wrote me letters, prepared a large portfolio of all their fields of artistic activity and sent to the United Nations in New York. I was chosen from a huge number of applications.


The New York experience was the coronation of my knowledge about the world and its mechanisms of functioning. Due to my Asian experience, I lacked knowledge about Western civilization. I have been to Western Europe a lot, but it is not the United States, and Manhattan in it, that is a concentration of energy and human dynamics, the functioning of money and an announcement of the future situation of a large agglomeration. I value it tremendously, but I couldn't extend it because the battery was boiling over. Seeing at the same time that this corner will not be done to me, I must have the last strength to do it myself ... ". Knowing or actually friends with Andrzej Strumiłło, almost forty years, I asked myself many times who is Andrzej Strumiłło? He recently turned 90 years old. And I can't find a definite answer. Undoubtedly, he is a Renaissance man, moving freely in many disciplines and achieving significant successes. All this in an era of extraordinary specialization. For Strumiłło, the passion for creation becomes the passion for life, and art becomes a way of life and vice versa. The fact that Strumiłło on my blog is near Wawrzyniak is not accidental, they have been friends for decades, many of Strumiłło's works are in the Asia and Pacific Museum of Andrzej Wawrzyniak. In the New York magazine "Career" - February 1991 - my article about ANDRZEJ STRUMIŁŁO appeared - The New York experience was the coronation of my knowledge about the world and the mechanisms of its functioning: The American "Who's Who in the World" published in Chicago and "Who's Who in Poland" in a nutshell say that Andrzej Strumiłło, born in 1928 in Vilnius, graduated from the State College of Fine Arts in Łódź and the Academy of Fine Arts in Krakow. In 1950-53 he was an assistant at the Academy of Fine Arts in Krakow, and in 1977-80 a professor at the Academy of Fine Arts in Kraków; 1982-84 - head of UN Graphic Design in New York, 1977-87 - co-organizer and commissioner of the Wigry meetings entitled "Culture and the environment". He made numerous trips to India, Nepal, Mongolia, Syria, Turkey, Georgia and the Far East of the USSR.


Since 1950, he has exhibited his works at individual and collective exhibitions around the world: Moscow, Leningrad, Berlin, New York, Bremen, Prague, Bratislava, Stockholm, Milan, Ulaanbaatar, Beijing, Hanoi, New Delhi, Kathmandu, Oslo, Havana, Vienna, Rome, Tokyo, Cairo, Baghdad, Paris, Chicago, Lisbon.

He creates in many fields of visual arts: painting, graphics, drawing, book illustration, exhibitions, poster, stage design, photography. He is the author of illustrations for over 100 books, set designs for the Ateneum Theater, Student Satirical Theater and Television Theater. As a photographer, he took over 20,000 ethnographic photos in Asian countries, over 10,000 Manhattan photos.

His works are in the collections of the National Museum in Warsaw, Krakow, Poznan collective exhibitions around the world: Morodowa, Hermitage in Leningrad, Museum of Pushkin in Moscow, Skopje Art Museum, Museum of S.Allende in Havana, Polish Museum in Chicago.

He published two volumes of his poetry: Moje (1970) and Jak (1983), photo albums: Mazurski Landscape Park (1985), Suwalski Landscape Park (1986), and Wigierski Landscape Park (1987), "Nepal" (1987).

In the exhibition catalog at the Art Center - Galeria EL in Elbląg (1987) in the text titled Instead of a biography, he wrote: "Long after Saint. Janie and it smells like autumn, but yesterday evening, walking across the marshes on the Black Hańcza river, I saw many locusts. Going forward, I almost saw a bird that, feeding on fireflies, became luminous like them.

In my childhood, I imagined that high above us was a heaven-paradise, full of colorful birds and that an arrow from a good bow high shot, returning, would bring us a miracle bird.

Maybe the time has come and the arrow is back. In the meantime, as a thinking man, I survived the war, losing my father, my childhood country and many illusions. In the course of it, I drew pine trees and studied ice icicles hanging from the roof. I also painted the hooves of Marshal Voroshilov's oil with oil.


After the war, I signed up as a student No. 15 to the State College of Fine Arts in Lodz, and at my mother's fervent request, I started studying at the Faculty of Humanities at the University of Lodz.

In Lodz I was lucky to meet Władysław Strzemiński. I owe him the first conscious opening of eyes. We talked with Strzemiński not only about art. We remembered the Land of Minsk, where he and my father and our relatives came from. I can see his ascetic, beautiful face today, although thirty years have passed since his sad and humble funeral. I can't say that I was always his loyal student. But I'm getting closer to white silence.

I graduated from the Painting Department of the Academy of Fine Arts in Krakow. Andrzej Wróblewski was my friend. Andrzej lived a short life, but his "Shooting" remains for me the best picture of those who tried to bear the weight of the time of war, and maybe even those painted by our generation. And let this be considered my credo.

I've seen a lot in my life. Travels that I have behind me through mountains, deserts, steppes, taiga, jungles, seas, oceans, through civilizations and time, teach me tolerance, relativity and have come close to accepting fate. Art seemed to me an act of existence as natural as anything else that lies between birth and death.

I will skip the list of what I have done for 40 years of work in the field of painting, drawing, graphics, book illustration, exhibitions, stage design, photography and poetry. More than 300 biographical items that she collected while writing her master's thesis about me, Aleksandra Paszek from the Jagiellonian University, speak about it.


I will also skip prizes and successes, as well as failures, humiliation and defeats, which fate, not caring for balance, spared. Sometimes I had to earn money by doing trivial, used and foreign things. For several years I was an assistant and professor of painting. For two years I was an official of the United Nations in New York, running a graphic design studio there. Manhattan, being a hyperurbia, gave me everything that civilization can give. I watched hundreds of galleries, thousands of exhibitions under the slogan "l am the best", screaming the drama of existence. After all, there is nothing more dignified than silence. Falling asleep under the Brooklyn Bridge, I thought I was on the Lithuanian border. For many years I have devoted part of my strength to "creating the human environment", working to protect the landscape of north-eastern Poland, which is close to my heart, also because it resembles the Country of Childhood. Maybe the time has come and the arrow is back. Last night I almost saw a bird ... - Andrzej Strumiłło, Maćkowa Ruda, 21 Vill 1986

An artist about himself

PAINTING: ... Painting and drawing were my youthful passion. Born from romantic mists and heroic snares, they passed the test of Strzeminski's rational school, embarked on the sacred stealth poetics of "dada", made a difficult attempt at dialogue with reality, in moments of doubt and failure retreating to the trenches of poetry and deep into the dark forest. Over the years and with the growth of my professional activity, "clean painting" had to absorb into itself and the matter of other experiences, digesting them with changing health.

REPORTING DRAWING: Created during the journey. I drew almost exclusively from nature, authenticating the sketch with the signature of the person portrayed and the graphic alphabet sign. The pressure of the viewer expecting the image of the faithful and recognizable landscape played a big role here. The first drawings of this type were created during the war and immediately after it. I drew the Belarusian landscape and "runners". In 1945, a series of pen drawings was created from the demolished Gdańsk and Malbork. Then Masurian notes from the early 1950s and from China in 1954.

Nearly 200 drawings from the Middle Kingdom constitute an important moment in my artistic education. The strong influence of old culture, sign and hieroglyph, classic workshop, perfection of paper, ink and brushes, sophisticated cuisine, personal contact with outstanding artists, such as the unforgettable You Bai Shi, have not affected my manners.

Traveling a lot, I drew a lot. For the price of comfort and rest, I made Vietnam war years, Himalayan glaciers, Altai peaks and desert steppes of Mongolia, Nadamurska taiga and hunters from Sichote Alin, Sicilian peasants, Yangtze-ciang, Chandigarh Corbusier, Syrian bitches, Khajuraho temple and so many other things.


PHOTOGRAPHY: I started taking pictures thirty years ago with a Leica camera with an Elmar lens and I still work with it today. It would be an open door that proves photography's right to independence among visual arts of the 20th century.

Being an ardent lover of "natural nature" and direct contacts with it, I can clearly see the process of replacing or supplementing "natural nature" through "artificial" man-made environments. These products, including the matter of mass information, which consists of film, TV, advertising, press, postcard, family album, etc., must become the subject of the artist's considerations and generalizations, just like a running animal in the past.

Billions of photos already cover the surface of the Earth. Only in Poland, 160,000,000 radiological images were taken. It is difficult not to include this phenomenon in the world of the artist.

BOOK ILLUSTRATION: I illustrated the first book in 1956. It was a prose for the youth of "The Adventures of Li Ta Hai." .

I have always felt obliged to respect the author's poetics, epoch and geography. I was closer to sin than to the pastiche than to the egocentric interpretation. I am convinced that I did not manage to add my own style of illustration, universally matching everything. Perhaps only concern for the architecture of the book - its functioning during the opening of the cards remind me that in parallel I designed large pavilions and palaces. Maybe only a bit of sadness and reflection, as well as a slightly more difficult to perceive illustration for children remind me that I painted and drew my own world in parallel.

Luckily, I was able to pay off my personal debt incurred in my childhood and youth by illustrating the works of H. Beecher-Stowe, H. Ch.Andersen, J. Verne, A. Czechow, and J. Conrad, as well as to convey part of my travel reflections. in adulthood in books about China, Vietnam, Mongolia, India, and the USSR.


SCENOGRAPHY: It's a small episode. Former relationships with STS and Ateneum, friendships with Wojtek and Xymena. Television was less bureaucratic. There were far fewer people and more friends. I have worked with Hanuszkiewicz, Rćne, Markuszewski, Siemion, Holoubek, Czyžewska, Lipińska, Łomnicki, Łapicki, Śląsk Cybulski, Krasnowiecki, Świderski, Mikołajska, Kucówna Kowalczyk, Opaliński, WiIhelmi, Czechowicz, Stanków, and Tylowski, whose movements, voice and eyes remain the essence of theater for me. Sweet ignorance gave me boldness, and experiment and improvisation were approved by friendly directors. After many hours of driving, the train from Łódź rolled to the final station in Suwałki. Dozens of people spilled onto the platform, most of them young people with backpacks, there are holidays. Straightening the numb bones after an endless journey, we look around with my wife for a taxi stand, because there are still a few kilometers to Maćkowa Ruda. In the village, we leave the main road, in front of a high wooden cross. Ponds on both sides of the dirt road, on the left, brick buildings in the neoclassical style. In a moment a wooden manor house emerges from behind a clump of trees. On the porch, Danuta, wife of Andrzej Strumiłło, also a painter, warmly welcomes us.

—Go inside. How old were we when we met in Manhattan?

He goes ahead, opens the wooden door; I look over her shoulder, curious. A large, not very high room filled with tables, on which there are a lot of drawings, sketches, books, tubes of paint. Andrzej Strumiłło is lying on the floor and painting the bottom parts of the picture. The new issue of "Art in America" ​​is also on the floor.

We are already talking in the living room.

- It is unbelievable that after an extremely active world life you found yourself here in Maćkowa Ruda, a few kilometers from the eastern border of Poland? - Not so much - here are the areas closest to my heart. I was born in Vilnius, a land that breathes space, pulsates in spring, summer, autumn and winter, a land that was my first love. This feeling made me search for these values ​​everywhere in the later years, traveling the paths of the Far East taiga, standing on the banks of distant rivers and oceans, falling asleep on Himalayan glaciers and under the great sky of Mongolia. To this day I enjoy the first snow. Art became my second love and later also a profession. Traveling a lot, I contemplated its forms and cultivated it myself.

- Beautiful, green, nearby there is a crystal clear river with crayfish, Czarna Hańcza. It's nice to relax here, but to move permanently in full creative power, having the opportunity to stay in Manhattan, in the center of world art?


"Yes, I chose larch to be able to choose Manhattan," Strumiłło smiles. —Manhattan magnificent, open ring, where you can get gold gloves or go into oblivion. I had suggestions that no one will ever repeat here. I wanted to have a conviction that this is not a fear of new and difficult. Because here, where I came back, you also have to be brave and not count on mercy. There are different forms of man. I could say that I am "homo ecologicus". Touching the land, especially homeland and my own, I need her life, her problems, sometimes her, with her people. I knew no greater joy than meeting spring with my own son. Anyone say Oregon and Washington and beautiful Maine? If you like land, forests and waters, then you have it on a larger scale. Plus, freedom. But the time I have lived here is unique. Familiar places. Familiar as the names of ancestors ... and I am already old. Answering myself, I can't call it patriotism. The merciless mocker sitting in me grimaces immediately. Someone else will say: after all, new Homelands are constantly emerging. It's a natural process. There is even a joke: "I will exchange the M-3 in Warsaw for a sleeping bag in New York." Art knows no boundaries. So let it be that I returned under the larch for my own convenience. What I like and what I need is more expensive or unattainable there.


- During your stay in New York, you kept a personal journal, I will quote a few fragments that are more than just a record. 5 VIII 1982 - I was browsing the New York Times all night - a giant newspaper. Proportional to the metropolis, swollen and sky-high. The jungle of human affairs ... It is awe how you can collect and organize them. 3 October 1982 - today was Pulaski Day. The parade followed Fifth Avenue for several hours. Danusia and I stood at the railing with the words "Police Line", swallowing tears of emotion ... and bitterness. According to one template, there were districts, parishes, schools, circles, societies, unions, Polish diaspora teams, falcon nests interwoven with state police, fire brigades and orchestras. Krakow-operetta costumes. They were loyal, dignified citizens in tailcoats, a white eagle walked, caricaturedly ugly, rode queens on chariots pulled by cruisers of roads, decorated with the panorama of Częstochowa and eagles in the crowns. Riflemen were walking and firing rifles from time to time - up, cheering. The banners bearing the inscription Polish Power ... and feretrons with Our Lady of Częstochowa were carried - the same as for the pilgrimage in Myszyniec, the Potato King rode, the parade marshals marched. The first among them was Edward Ostrowski from the Sanitationes Association, the mayor of Koch, black drummers, the Sea League, several Lithuanians with a banner ... and several Afghans. There was something immensely sad and embarrassing in this dragging hours, the rare crowd of compatriots. They felt the mark of spiritual poverty, parish and specific provincialism ...


25 VIII 1983 - here in America, instead of gathering knowledge, I gather only evidence of ignorance and the extent of the world. I see areas that I didn't know yet. I see my weakness. I am not needed. My art will not interest anyone here unless it promises to multiply the money spent in a short time. Free art and selfless art this city has a hole in its nose at every corner. I lack the time, strength and money to make myself a position ... July 21, 1984 - Edward Redliński asked me the day before yesterday evening: why do people want to live in the city? I answered: because they are afraid of death, which in loneliness, in the face of the world not covered by noise, will appear sharper. That is the meaning of the herd. In the herd, I don't always have to die first. In loneliness always ... —You could cite further fragments of the diary, but from these you can clearly see that you were overwhelmed with impressions. - Just like a car battery. I am sentimental and for me the environment in which I live, the type of sky, people - is the value that matters, the more I get older. Instinctively, I want to go back to a happy childhood; I know that it is impossible because a man moves in a spiral and only hovers above him, but he is unable to "land" because he is in a different place in time.

- Are you involved in many activities? - I don't want to specialize in one manner, be dependent on one art dealer. I want to treat art as a way of life, not as a necessity. Be able to change the discipline, topic, and experiment at your own risk. In art you have to tear down, provoke, do things that you didn't do, unexpected, surprising, individual, on the brink of error, kitsch, catastrophe - because only there are places that are worth something. Where you can die, you can find the most. - Talking to people in Warsaw, I heard that Strumiłło built himself another property after returning from America and became independent of the environment ... - The UN ambassador in New York who said goodbye to me said - you are a strange example of a man who they propose to stay and he wants to leave. Here, many should follow your example, there are those who should leave but do not want to. When I was offered a professorship in 1953, I refused Sokorski because it was the Stalinist period. I left for four years with my two children in Laski Piskie, home, where there was no water and no amenities. My mattress was freezing to the wall, and in the kitchen you had to chop ice, I sailed 14 km for the bread to Ruciane and back again with a leaky boat. After October 1956 I came back, thus I remained independent.

Everyone has always envied me - and I ask what? But many, if they were in my conditions, would raise their hands up. After Zamecznik's death, I was offered an "auxiliary photography for graphics" at the Academy of Fine Arts, or set design for TV at Szajnie. At that time, I was interested in an independent painting department that educates the worldview in the artistic sense of man, and not that a student of painting and drawing will learn from someone else and use it with me. I don't have contact with him then. Ryszard Stanisławski, Andrzej Wajda and Mieczysław Porębski wrote me letters, prepared a large portfolio of all their fields of artistic activity and sent to the United Nations in New York. I was chosen from a huge number of applications. I retired from professorship at the Academy of Fine Arts in Krakow, I waited for two years for my passport. What are you jealous of here? - How did you receive New York in relation to other places you visited during your travels? - The New York experience was the coronation of my knowledge about the world and its mechanisms. Due to my Asian experience, I lacked knowledge about Western civilization. I have been to Western Europe a lot, but it is not the United States, and Manhattan in it, that is a concentration of energy and human dynamics, the functioning of money and an announcement of the future situations of large agglomerations. I value it tremendously, but I couldn't extend it because the battery was boiling over. Knowing at the same time that no one will do this corner to me, I must have the last strength to do it myself.

- What else would you like to do, although what you have already done could be shared by many? - I would like to write what I want to call the "Summa of Life", containing documents from painting, because this is my first, earliest love. And also organize photo collections, diaries, prepare albums, books. I have dozens of concepts in my briefcases for cycles of drawings that have not been realized, and for some I have already lost freshness, as well as cycles of images, some will remain only in sketches. I would like to illustrate the poetry of the nations close to me: Lithuania, Belarus, but for this to happen I had to illustrate the poetry of Armenia, Georgia and pre-revolutionary Russia. I know that illustrating books is a dangerous thing for a painter because he influences his mannerism, some form of hand deformation, and reaches for the spirit of narrative. The fact that I deal with photography also affects painting, and the fact that I deal with painting, photography. The fact that I watch W or a movie also shapes my view of the world. It is impossible to live in laboratory purity and only practice one art direction, independent of the other. I've always been passionate about the word, the relationship between word and image. The result are samples of poetic and authorial books. I want to do something that would be a summa about myself, where there would be a large overview catalog with a large commentary, this is the book Kantor, Grotowski. I know that nobody will do it for me, because the material is complicated and dispersed. I'm in a hurry, I have a knife on my throat. —You also joined the ecological wash of the region as an organizer of the Wigry meetings titled "Culture and the environment"?

- Love for a fragment of Polish nature where I live obliges me to actively participate in its protection, I participate in many social councils, including the Provincial Council for Nature Protection. I still have new suggestions, I have to defend myself because I have little time left. Returning to the question posed earlier - which many people have asked myself - who Andrzej Strumiłło is, I do not find a definite answer. Undoubtedly, he is a Renaissance man, moving freely in many disciplines and achieving significant successes. All this in an era of extraordinary specialization. For Strumiłło, the passion for creation becomes the passion for life, and art becomes a way of life and vice versa.


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon