Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Edward J.Piszek


Edward J. Piszek (ur. 24 października 1916 r. w Chicago – zm. 27 marca 2004 r. w Fort Washington/PA) – milioner, filantrop, był współzałożycielem marki mrożonek „Mrs. Paul’s”.

Urodził się w 1916 roku w Chicago, dokąd kilka lat wcześniej przybyli za chlebem jego rodzice zostawiając małe gospodarstwo pod Tarnowem. Większość swego życia spędził w Filadelfii, gdzie rodzice dorobili się małego sklepu. Już w wieku 17 lat, po tragicznej śmierci ojca, musiał wraz z pięcioma siostrami walczyć o przetrwanie. Imał się różnych zajęć i dopiero po latach wraz ze wspólnikiem otworzył niewielki sklepik, w którym sprzedawał morskie przysmaki, m.in. tzw. „devil-cakes” (ciastka z krabów). Któregoś dnia 1946 roku, jak sam wspomina w jednym z wywiadów, ruch w sklepie był mały i wiele „devil-cakes” pozostało. Nie chcąc ich wyrzucić postanowił je zamrozić. Okazało się, że po zamrożeniu, następnego dnia kraby były jeszcze lepsze. Być może właśnie wówczas narodziła się koncepcja założenia firmy „Mrs. Pauľs Kitchens”, która po wielu latach stała się jedną z największych w Ameryce, produkujących mrożonki. Piszek został milionerem.

Niezależny finansowo, niczego nie odziedziczył, wszystko co miał, zdobył własną pracą. Do jego przyjaciół należeli kardynał Król, znany pisarz James Michener, wielu kongresmenów i polityków z Waszyngłonu.

Szansę, jaką dała mu Ameryka, kraj nadal nieograniczonych możliwości, wykorzystał. Nie fetyszyzuje pieniędzy — były dla niego tylko środkiem do osiągnięcia celu. Ich posiadanie, zdaniem Piszka, nakłada na człowieka również obowiązki, m.in. pomoc innym. Jest filantropem — to bardzo staromodne słowo, ale w Ameryce dzięki takim jak on powstawały centra kultury, rozwijają się uniwersytety, prowadzone są badania naukowe.

Napisał książkę „Some Good in the World: A Life of Purpose”. Dał miliony do walki z gruźlicą w Polsce i założył Copernicus Society of America, aby uhonorować polskie osiągnięcia. Kupił dom w Filadelfii, w którym mieszkał Tadeusz Kościuszko, polski mąż stanu, który wspomógł rewolucję amerykańską, odrestaurował go i przekazał na rzecz Parku Narodowego. Jest teraz częścią Narodowego Parku Historycznego Niepodległości.

Jego darowizny dla Little League Baseball w Polsce sprawiły, że Kutno, jest europejskim centrum treningowym ligi basebolla. Zaprzyjaźnił się z kardynałem Karolem Wojtyłą z Krakowa, zanim został papieżem Janem Pawłem II.

Do rozmowy z Piszkiem przygotowałem się bardzo starannie, wiedząc, że mimo zwyczaju opowiadania podczas rozmowy dowcipów i dykteryjek jest precyzyjny i bardzo ceni swój czas, którego, jak mówi, niewiele mu pozostało. Spotkałem się w jego rezydencji w White Marsh 13 stycznia 1990 r.

—Czesław Czapliński: Jest pan biznesmenem, filantropem, w różny sposób niesie pan pomoc Polsce, ale głównie skupia się pan na propagandzie, na upowszechnianiu polskich spraw i polskiej kultury w środowisku amerykańskim. Dlaczego?

—Edward Piszek: Moim zdaniem, jednym z wielu powodów wszystkich polskich nieszczęść jest fakt, że nigdy nie znalazło się wystarczająco dużo Polaków, którzy potrafiliby się komunikować ze światem. Świat nigdy nie wiedział, co Polacy myślą ani co robią. Teraz sytuacja się zmieniła.

—Cz.Cz.: Dużym wydarzeniem była książka Jamesa Michenera „Poland”. W sukcesie jej ma pan swój udział.

—E.P.: Tak, mam. Z jej autorem jesteśmy przyjaciółmi. To ja go po raz pierwszy zawiozłem do Polski, a potem jeździłem z nim tam przez dziesięć lat. Nie liczyłem, że napisze książkę, choć miałem taką nadzieję. Nie można go prowadzić za nos. Przez wszystkie te lata ułatwiałem mu spotkania z ludźmi z różnych środowisk w Polsce. Stał się namiętnym kibicem polskiej drużyny narodowej w piłce nożnej (a były to jeszcze dobre czasy dla polskiej piłki). Poznał hierarchię kościelną, jej wpływy, poznał Ojca Świętego. W wyniku tego powstała książka o Polsce, którą kupiło sześć milionów ludzi na świecie, co znaczy, że przeczytało ją co najmniej 15 milionów. To jednak nie wszystko. Aktualnie Michener pisze nową książkę o swych podróżach do Polski. Ma nosić tytuł „Pilgrimage”. Jeszcze nikt nic o niej nie wie; ma być wydana przez Rodea Press. (Książka wyszła 1 października 1990 r. pod tytułem “Pilgrimage: A Memoir of Poland and Rome” ze wstępem Lecha Wałęsy).

—Cz.Cz.: Jaka jest korzyść z pisania książek o Polsce?

—E.P.: Niech pan się zastanowi — przeczytanie takiej książki zajmuje około 24 godzin. Przez tyle czasu czytelnik skoncentrowany jest na sprawach Polski, na tym, co ogólnie nazywamy polskością. Jak go do tego zmusić jakimkolwiek innym sposobem — nie da rady, choćby pod groźbą pistoletu. Rozmawiałem z przyjacielem z Orchard Lake, ojcem Walterem Ziębą, wielkim specjalistą od propagandy. Jego zdaniem, książka „Poland” jest ekwiwalentem kampanii propagandowej na rzecz Polski, która musiałaby kosztować co najmniej siedem do dziesięciu miliardów dolarów. Może pan wierzyć lub nie, ale Michener napisał „Poland” w ciągu jednego roku.

—Cz.Cz.: Znany jest pan też dzięki akcji POLE, na którą wydaje pan miliony dolarów, zwalczającej tzw. „Polacks jokes” (dowcipy o Polakach). Wykupił pan w Filadelfii Dom Kościuszki, stworzył Copernicus Society, przekazał duże dotacje na Dom Jana Pawła II w Rzymie… Dlaczego wydaje pan na te przedsięwzięcia ciężko zarobione pieniądze?

—E.P.: Zwalczanie „Polacks jokes” to był początek. Były to czasy, gdy ludzie wstydzili się w Ameryce przyznawać do polskiego pochodzenia. Teraz jest inaczej. Przestaliśmy zwalczać prymitywne dowcipy o Polakach, podeszliśmy do zagadnienia z drugiej strony — pokazujemy pozytywy: polską historię, polską kulturę. Naszym błędem było, że nie mówiliśmy o sobie, nie dawaliśmy się poznać. Znają nas tylko z ludowego tańca, a jest przecież Chopin, Szymanowski, Penderecki. Komunikacja, którzy potrafiliby się komunikować ze światem. Świat nigdy nie wiedział, co Polacy myślą ani co robią. Teraz sytuacja się zmieniła.


Komunikacja masowa ma olbrzymią siłę. Trzeba się uczyć wykorzystywać ją. Tysiące rzeczy jest do zrobienia, teraz na przykład trzeba przeprowadzić przez Kongres ustawę, by Dom Kościuszki stał się narodowym pomnikiem. Musi się to udać, tak jak udała się akcja w 500-lecie urodzin Kopernika. Kosztowała pół miliona dolarów, ale dziś nikt tu nie powie, że Kopernik był Niemcem. Wciągnęliśmy do akcji Smithsonian Institute, Akademię Nauk, zorganizowaliśmy wystawę instrumentów astronomicznych z czasów Kopernika, czy też, jak mówiliśmy, jego własnych. Tylko jakiś działacz z Polski, który przybył, by nam pomóc, w wywiadzie dla tutejszej prasy powiedział, że nie jest pewny, czy są to instrumeny Kopernika... To świadczy o zupełnym braku wyczucia zasad amerykańskiej propagandy. No, ale udało się.

—Cz.Cz.: Ciekawi mnie, jaką pan miał opinię o Polsce i Polakach nim pierwszy raz w życiu, w 1963 roku, odwiedził Polskę?

—E.P.: Byłem zaskoczony i zdziwiony, kiedy przybyłem do Polski, 99 procent Polaków, z którymi się stykałem w USA, to byli chłopi z pochodzenia. Ciekaw byłem, kto projektował miasta polskie, kto budował systemy kanalizacyjne. Austriacy, Niemcy? Kto zarządza elektrowniami? Ci Polacy, których tu znałem, nie potrafili tego. I zaskoczenie, że tam jest stara kultura, stara cywilizacja, nie ma psów na ulicach w Warszawie, ani świń tarzających się w błocie na rynkach miasteczek. I natychmiast dojrzałem możliwość, że za relatywnie małe pieniądze można w Polsce zrobić wiele dobrego. Mówię: relatywnie małe, bo pierwsza akcja zwalczania gruźlicy jako choroby społecznej — kosztowała prawie milion dolarów. Zmusiłem ludzi, by pracowali 24 godziny na dobę, bo przecież to był ich problem. Dostarczyłem wyposażenie: Il urządzeń do prześwietlania płuc, 42 samochody dostawcze, generatory, transformatory, tak by można było badać ludzi w terenie przez ekipy objazdowe. Ale resztę zrobili polscy lekarze dysponujący już wyposażeniem. I w trzy lata mieli gruźlicę pod kontrolą. A ja przeszedłem wszelkie możliwe doświadczenia. Kiedyś jeden z wysokich urzędników w Polsce zaproponował mi, bym napisał w swojej książce, że zbrodnię katyńską popełnili Niemcy. Chyba pan jest głupi — powiedziałem mu.

Nawet jeśli napiszę, to czy sądzi pan, że ktokolwiek w Ameryce w to uwierzy? Zagroził wtedy, że uniemożliwi mi pracę. Kazałem dać sobie to na piśmie i wtedy się wycofał. To był bluff, ale świadczy o warunkach, w jakich wtedy się w kraju pracowało.


—Cz.Cz.: Urodził się pan w Chicago, w polskiej rodzinie.

—E.P.: Tak, urodziłem się w Chicago, ale gdy miałem dziewięć miesięcy rodzice przenieśli się do Quarketown w Pennsylvanii, tak więc jestem „Chłopak ze Wschodu”. Mój ojciec po sprzedaniu farmy przeniósł się do miasta, gdzie rodzice prowadzili sklep, ale nie w polskiej dzielnicy. Dlatego musieli nauczyć się po angielsku, ja także. W domu rzadko mówiliśmy po polsku. Rodzice przybyli do USA jakieś 10 lat przed moim urodzeniem, czyli około roku 1906, a pochodzili z okolic Tarnowa. Przyjechali każde osobno i każde osobno wstąpiło w związek małżeński. Moja matka wyszła za Szweda w Chicago, który zmarł i zostawił jej troje dzieci. Zmarła też pierwsza żona mego ojca. Ojciec poślubił więc moją matkę z jej trojgiem dzieci. Razem mieli jeszcze trójkę. Nie chodziłem do polskiej szkoły, nie mówiłem po polsku. Trochę się nauczyłem przez te 26 lat, gdy odwiedzałem kraj, ale niewiele. Próbowałem rozmawiać po polsku z prymasem Józefem Glempem, ale porozumieliśmy się tylko dlatego, że on zna trochę angielski.

—Cz.Cz.: Pomówmy o teraźniejszości, o karierze...

—E.P.: Och, kariera, moja kariera to biznes. Dzięki sukcesowi mogę oddawać się działalności humanitarnej w różnych dziedzinach — religijnej, nauczania polskości, głównie dzieci od przedszkola do szóstej klasy, amerykańskiego patriotyzmu. Czuję po prostu boże posłannictwo i wiem, że wszystko co robię, tego chce Bóg, daje mi to satysfakcję i czuję się stosunkowo szczęśliwy. Robię — co robię. Mam 73 lata... A rady dla tych, co robią kariery... Widzę świat jako wielką piramidę, na szczycie której jest miejsce dla niewielu. Ale jest mnóstwo miejsca poniżej i każdy musi w zgodzie z sobą umieć je znaleźć. Nie każdy może być na szczycie, ale gdziekolwiek się jest, gdy w zgodzie ze sobą robi się najlepiej to, co się robi, ma się satysfakcję. Nie warto natomiast zdobywać pieniędzy czy reputacji nie będąc w zgodzie ze sobą. Jestem przecież w biznesie od wielu lat i coś o tym wiem. Zdarzyło mi się stracić 100 milionów dolarów i nigdy się nie załamałem. Po prostu Bóg chciał, bym zrobił więcej niż robię, za mniej pieniędzy.

A same pieniądze nie wystarczą do szczęścia: gdy człowiek zaspokoi już swoje potrzeby, gdy ma wszystko, co chciałby mieć z rzeczy, musi mieć jeszcze coś do zrobienia. Same pieniądze to nie wszystko.


—Cz.Cz.: Jak pan zaczynał swój biznes i jak zarobił pierwszy milion?

—E.P.: Pierwszy milion — to bardzo ważne. Zaczynałem z 350 dolarami w kieszeni, jakieś 40 lat temu. Jest kilka rzeczy, które każdy zaczynający biznes winien wiedzieć. Trzeba wiedzieć jaki rodzaj działalności ma szansę na rozwój, nie każdy przecież ma. Co trzeba robić — posłużę się przykładem. Ktoś daje ci garść kukurydzy. Możesz zjeść ją na śniadanie. I to wszystko. Ale jeśli zasiejesz, możesz w rok uzyskać i ze sto buszli. Okay? Możesz jeść je przez rok. Ale możesz je zasiać i mieć za rok 50 tysięcy buszli. Jeśli wstrzymasz się nadal od jedzenia — możesz dojść do miliona. I musisz żyć jak mysz kościelna, jeśli chcesz rozwijać biznes. To jest tylko jedna z dróg dochodzenia do bogactwa. Możesz słyszeć od innych, że trzymają wszystko w akcjach — to jest bzdura. Trzeba, powtarzam, trzeba pomnażać swój kapitał. I oszczędzać. Jeśli zaoszczędzisz od początku, będziesz żył skromnie, później kupisz, co zechcesz. To jest formuła dana od Boga — formuła oczywiście chłopska, ale ja z chłopów pochodzę, z Rzeszowszczyzny.

—Cz.Cz.: Czy tę formułę można zastosować do dzisiejszej Polski?

—E.P.: Tak, myślę, że w ciągu 3 do 7 lat Polska osiągnie spektakularny sukces. Choć musi być jak przy nowym narodzeniu: musi przejść przez ból, przez krew i to wszystko, co wiąże się z narodzinami. Nikt nie może tego uniknąć, nie unikną i Polacy.

PORTRAIT with HISTORY Edward J.Piszek

Edward J. Piszek (born on October 24, 1916 in Chicago - died on March 27, 2004 in Fort Washington / PA) - millionaire, philanthropist, co-founder of the frozen brand "Mrs. Paul's ".

He was born in 1916 in Chicago, where a few years earlier his parents came for bread, leaving a small farm near Tarnów. He spent most of his life in Philadelphia, where his parents made a small store. Already at the age of 17, after the tragic death of his father, he and his five sisters had to fight for survival. He took on various activities and only years later he and his partner opened a small shop where he sold sea delicacies, including the so-called. "Devil-cakes" (crab cakes). One day in 1946, as he mentions in one of the interviews, the traffic in the store was small and many "devil-cakes" remained. Not wanting to throw them away, he decided to freeze them. It turned out that after freezing, the next day the crabs were even better. Perhaps it was then that the concept of establishing the company "Mrs. Pauľs Kitchens ”, which after many years has become one of the largest frozen food producers in America. Piszek became a millionaire.

Financially independent, he did not inherit anything, he gained everything he had with his own work. His friends included Cardinal King, the famous writer James Michener, many Congressmen and politicians from Washington.

He took advantage of the opportunity that America gave him, the country of unlimited possibilities. He does not fetishize money - it was only a means for him to achieve his goal. Their possession, according to Piszek, also imposes obligations on man, including help to others. He is a philanthropist - this is a very old-fashioned word, but in America, thanks to him, cultural centers were created, universities are developing, and scientific research is being conducted. He wrote the book "Some Good in the World: A Life of Purpose". He gave millions to fight tuberculosis in Poland and founded the Copernicus Society of America to honor Polish achievements. He bought a house in Philadelphia, in which Tadeusz Kościuszko, a Polish statesman, who helped the American revolution, restored it and transferred it to the National Park. It is now part of the National Independence Historical Park. His donations to Little League Baseball in Poland made Kutno a European baseball league training center. He made friends with Cardinal Karol Wojtyła from Kraków before he became Pope John Paul II.

I prepared myself very carefully for the conversation with Pisz, knowing that, despite the habit of telling jokes and dykteryjek during the conversation, he is precise and values ​​his time, which, he says, he doesn't have much left. I met at his residence in White Marsh on January 13, 1990.

—Czesław Czapliński: You are a businessman, a philanthropist, you help Poland in various ways, but you mainly focus on propaganda, dissemination of Polish affairs and Polish culture in the American environment. Why?

—Edward Piszek: In my opinion, one of the many reasons for all Polish misfortunes is the fact that there have never been enough Poles who could communicate with the world. The world has never known what Poles think or do. Now the situation has changed.

—CzCz.: A major event was the book by James Michener 'Poland'. You have your share in her success.

—E.P.: Yes, I have. We are friends with its author. I took him to Poland for the first time, and then I went there with him for ten years. I did not count on writing a book, although I had hoped so. It cannot be led by the nose. Over all these years I have facilitated meetings with people from various environments in Poland. He became a passionate supporter of the Polish national football team (and these were still good times for Polish football). He got to know the church hierarchy, its influences, he met the Holy Father. As a result, a book about Poland was created, which was bought by six million people around the world, which means that it was read by at least 15 million. However, this is not all. Currently, Michener is writing a new book about his travels to Poland. It will be entitled "Pilgrimage". Nobody knows anything about her yet; to be published by Rodea Press. (The book was published on October 1, 1990 under the title "Pilgrimage: A Memoir of Poland and Rome" with an introduction by Lech Wałęsa).


—CzCz .: What is the benefit of writing books about Poland?

—E.P .: Think about it - it takes about 24 hours to read such a book. For so long, the reader has been focused on Polish matters, on what we generally call Polishness. How can you force him to do it by any other means - he can't do it, even under the threat of a gun. I spoke to a friend from Orchard Lake, father Walter Zięba, a great propaganda specialist. In his opinion, the book "Poland" is the equivalent of a propaganda campaign for Poland, which would have to cost at least seven to ten billion dollars. Believe it or not, Michener wrote Poland in one year.

—CzCz .: You are also known for the POLE campaign, on which you spend millions of dollars, fighting the so-called "Polacks jokes" (jokes about Poles). You bought it in Philadelphia, Kosciuszko House, created the Copernicus Society, donated large grants to the John Paul II House in Rome ... Why do you spend hard-earned money on these projects?

—E.P.: Fighting 'Polacks jokes' was the beginning. These were the times when people were ashamed in America to admit their Polish origin. Now is different. We stopped combating primitive jokes about Poles, we approached the issue on the other hand - we show the positives: Polish history, Polish culture. Our mistake was that we didn't talk about each other, we didn't let ourselves be known. They know us only from folk dance, and there is Chopin, Szymanowski, and Penderecki. Communication who would be able to communicate with the world. The world has never known what Poles think or do. Now the situation has changed.


Mass communication has enormous strength. You must learn to use it. There are thousands of things to do, now, for example, you need to pass a bill through Congress to make Kosciuszko's House a national monument. It must succeed, as did the action on the 500th anniversary of Copernicus' birth. It cost half a million dollars, but today no one will say that Copernicus was German. We took part in the action of the Smithsonian Institute, the Academy of Sciences, we organized an exhibition of astronomical instruments from the time of Copernicus, or, as we said, his own. Only an activist from Poland who came to help us in an interview with the local press said that he was not sure if they were Copernicus's instrumens ... This indicates a complete lack of sense of the principles of American propaganda. Well, I succeeded.

—CzC.:I wonder what opinion you had about Poland and Poles before you visited Poland for the first time in 1963?

—E.P .: Think about it - it takes about 24 hours to read such a book. For so long, the reader has been focused on Polish matters, on what we generally call Polishness. How can you force him to do it by any other means - he can't do it, even under the threat of a gun. I spoke to a friend from Orchard Lake, father Walter Zięba, a great propaganda specialist. In his opinion, the book "Poland" is the equivalent of a propaganda campaign for Poland, which would have to cost at least seven to ten billion dollars. Believe it or not, Michener wrote Poland in one year.

—CzCz .: You are also known for the POLE campaign, on which you spend millions of dollars, fighting the so-called "Polacks jokes" (jokes about Poles). You bought the Kościuszko House in Philadelphia, created the Copernicus Society, donated large grants to the John Paul II House in Rome ... Why do you spend hard-earned money on these projects?

—E.P .: Fighting 'Polacks jokes' was the beginning. These were the times when people were ashamed in America to admit their Polish origin. Now is different. We stopped combating primitive jokes about Poles, we approached the issue on the other hand - we show the positives: Polish history, Polish culture. Our mistake was that we didn't talk about each other, we didn't let ourselves be known. They know us only from folk dance, and there is Chopin, Szymanowski, and Penderecki. Communication who would be able to communicate with the world. The world has never known what Poles think or do. Now the situation has changed.

Mass communication has enormous strength. You must learn to use it. There are thousands of things to do, now, for example, you need to pass a bill through Congress to make Kosciuszko's House a national monument. It must succeed, as did the action on the 500th anniversary of Copernicus' birth. It cost half a million dollars, but today no one will say that Copernicus was German. We took part in the action of the Smithsonian Institute, the Academy of Sciences, we organized an exhibition of astronomical instruments from the time of Copernicus, or, as we said, his own. Only an activist from Poland who came to help us in an interview with the local press said that he was not sure if they were Copernicus's instrumens ... This indicates a complete lack of sense of the principles of American propaganda. Well, I succeeded.

—CzC.:I wonder what opinion you had about Poland and Poles before you visited Poland for the first time in 1963?

—E.P .: I was surprised and surprised when I came to Poland, 99 percent of Poles I met in the USA were peasants by origin. I wondered who designed Polish cities, who built sewer systems. Austrians, Germany? Who manages power plants? Those Poles whom I knew here could not. And the surprise that there is old culture, old civilization, there are no dogs on the streets in Warsaw, nor pigs rolling in the mud on town markets. And immediately I saw the possibility that for a relatively small money you can do a lot of good in Poland. I say: relatively small, because the first action to fight tuberculosis as a social disease - it cost almost a million dollars. I forced people to work 24 hours a day, because it was their problem. I provided equipment: Il devices for lung x-rays, 42 vans, generators, transformers, so that people could be examined in the field by traveling teams. But the rest was done by Polish doctors who already had the equipment. And in three years they had tuberculosis under control. And I went through all possible experiences. Once, one of the high officials in Poland offered me to write in his book that the Katyn massacre was committed by Germans. You must be stupid, I told him.

Even if I write, do you think anyone in America will believe it? He threatened to prevent me from working. I ordered it in writing and then he withdrew. It was a bluff, but it testifies to the conditions in which people worked in the country at the time.

—CzCz .: You were born in Chicago in a Polish family.

—E.P .: Yes, I was born in Chicago, but when I was nine months old my parents moved to Quarketown, Pennsylvania, so I'm "Boy from the East". After selling the farm, my father moved to the city, where my parents ran a store, but not in the Polish district. That's why they had to learn English, me too. We rarely spoke Polish at home. My parents came to the USA about 10 years before my birth, that is around 1906, and they came from around Tarnów. They came each separately and got married separately. My mother married a Swede in Chicago who died and left her three children. My father's first wife also died. So my father married my mother with her three children. Together they had three more. I didn't go to Polish school, I didn't speak Polish. I learned a little during these 26 years when I visited the country, but not much. I tried to speak Polish with Primate Józef Glemp, but we only communicated because he knew some English.

—Cz. Cz .: Let's talk about the present, about the career ...

—E.P .: Oh, career, my career is business. Thanks to my success, I can devote myself to humanitarian activities in various fields - religious, teaching Polishness, mainly children from kindergarten to sixth grade, American patriotism. I just feel God's mission and I know that everything I do is what God wants, it gives me satisfaction and I feel relatively happy. I do - what I do. I am 73 years old ... And advice for those who make careers ... I see the world as a great pyramid, at the top of which there is room for few. But there is plenty of space below and everyone must be able to find them in harmony. Not everyone can be at the top, but wherever you are, when you do what you do in harmony with yourself, you get satisfaction. However, it's not worth getting money or reputation without being in tune with yourself. I have been in business for many years and I know something about it. I have lost $ 100 million and have never collapsed. God simply wanted me to do more than I do for less money. And money alone is not enough for happiness: when a person satisfies his needs, when he has everything he would like to have from things, he must have something to do. Money alone is not everything.

—CzC: How did you start your business and how did you earn the first million?

—E.P .: First million - it's very important. I started with $ 350 in my pocket about 40 years ago. There are a few things that anyone starting a business should know. You need to know what kind of business has a chance for development, not everyone has. What needs to be done - I will use an example. Someone is giving you a handful of corn. You can eat her for breakfast. And that's all. But if you sow, you can get a hundred bushels in a year. Okay? You can eat them for a year. But you can sow them and have 50,000 bushels in a year. If you still refrain from eating - you can reach a million. And you have to live like a church mouse if you want to grow a business. This is just one way to get rich. You may hear from others that they are holding everything in action - this is bullshit. You have to, I repeat, you have to multiply your capital. And save. If you save from the beginning, you will live modestly, then buy whatever you like. This is a God-given formula - of course, a peasant formula, but I come from peasants, from the Rzeszów region.

—Cz. Cz.: Can this formula be applied to today's Poland?

—E.P.: Yes, I think that Poland will achieve spectacular success within 3 to 7 years. Although it must be like a new birth: it must go through pain, through blood and all that is associated with birth. No one can avoid it, and Poles will not avoid it.



  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon