Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Benedykt Jerzy Dorys


polskiego Mistrza fotografii Benedykta Jerzego Dorysa spotkałem pierwszy raz osobiście w lipcu 1987 roku, przy ul. Nowy Świat 29 w Warszawie, tuż obok cukierni Bliklego. Ale nie było to przypadkowe, lecz umówione spotkanie na które przyniosłem trochę swoich portretów. 

—Nie zdążyłem jeszcze dobrze usiąść, kiedy Dorys zapytał, czy mam z sobą portrety, o które prosił w rozmowie telefonicznej. Żółte pudełko Kodaka ze zdjęciami, przekazałem w ręce Dorysa. Dorys otworzył pudełko i wolno przekładał je z jednej strony na drugą. Kiedy doszedł do końca, przełożył wszystkie z powrotem. Nic nie mówił w czasie oglądania. Pomyślałem sobie, to nic dobrego nie wróży. Po krótkiej chwili Dorys rozpromieniony wstał, a właściwie poderwał się z fotela: „Bardzo się cieszę, że pan przyszedł do mnie i że mogłem zobaczyć, co pan robi — rozpoczął wyraźnie podniecony Dorys.

— Nie mogę panu powiedzieć większego komplementu niż to, że osiągnął pan umiejętność fotografowania prostoty. To jest najtrudniejsze. Pana portrety są zupełnie pozbawione jakichkolwiek efektów. To, co ja najbardziej cenię, i do czego dochodzi się po wielu latach! Weźmy dla przykładu pana portret Tadeusza Różewicza — znakomity. Nie chodzi o jego nos, oczy… Chodzi o to, co dzieje się pod czaszką, a nawet w jego sercu, jakie są jego emocje I w jaki sposób pan cząstkowo ujawnił to, co jest wyłącznie jego. Nieprawda, że wszyscy ludzie są jednakowi. Jeśli są jednakowi to tylko dlatego, że każdy ma dwie nogi, dwie ręce, jedną głowę, ale nie ma ludzi identycznych, nawet wśród bliźniaków. 

Można się nauczyć fotografowania, ale aby odczuć i zrozumieć człowieka, a potem oddać to w swojej sztuce — jest już sprawą nieczęstą. Pan to osiągnął! Pan dociera do człowieka zupełnie inną metodą niż ja. Ale cel mamy jeden — chcemy jak najgłębiej wniknąć w osobowość człowieka. I panu się to udaje. To są wspaniałe portrety!”. 

Taki komplement od Dorysa, który znany był z tego, że mało mówił o sobie i o portretowanych osobach. Być może nikt by w tę historię nie uwierzył, gdyby nie fakt, że wszystko co tu cytuję, zostało nagrane na magnetofonie o co poprociłem Dorysa, jak zoriętowałem się co mówi.

Benedykt Jerzy Dorys urodził się w 1901 roku, w Kaliszu, nazywał się właściwie Rottenberg, bo to była wielonarodowa Polska, zmienił nazwisko jak przeniósł się do Warszawy. Fotografować zaczął jako 13-latek, zmajstrowanym przez siebie aparatem kliszowym. Rodzina sądziła, że wyrośnie z niego jakiś Paganini czy Yehudi Menuhin, bo świetnie mu szły lekcje skrzypiec. Ale dylematy szybko zostały rozwiane. W1926 r., Dorys został przyjęty do Polskiego Towarzystwa Miłośników Fotografii w Warszawie. Było to duże wyróżnienie, gdyż członkami byli znani już wówczas artyści tej miary, co Dederko, Mioduszewski, Szporek. Towarzystwo posiadało atelier, ciemnię, bibliotekę wyposażoną w najnowsze pozycje z całego świata. „Ja się tam po prostu uczyłem — wspominał Dorys. – Mój start w dziedzinie fotografii był przeze mnie zamierzony. Każdy z członków Towarzystwa miał swoją szafkę zamykaną na kłódkę. Kiedyś po powrocie z rodzinnego miasta Kalisza od narzeczonej, moi koledzy, a właściwie wówczas mistrzowie, włamali się do mojej szafki. Wzięli moje zdjęcia i wysłali na kilka zagranicznych konkursów. Byłem zrozpaczony, myślałem, że to się jeszcze nie nadaje. Boczyłem i gniewałem się na nich do momentu, aż nie wróciły z medalami”. 

Zagraniczne sukcesy uskrzydlają Dorysa, który wraz z żoną Haliną w 1929 r. przy Al. Jerozolimskich 41 otwiera ekskluzywne i na wskroś nowoczesne studio portretu fotograficznego. „Postanowiłem sobie wówczas, że będę najdroższy, bo czy jest się najlepszym, jest zawsze sprawą dyskusyjną”– wspomina Dorys.



Studio, zawrotnej wówczas wielkości 90 m kw., Dorys sam zaprojektował. Były tam sześciany, czarne parapety, a sam znak graficzny firmy FOTO-DORYS projektował wybitny grafik Tadeusz Kulisiewicz. Pierwsza klientka, która weszła do studia, była niezmiernie zażenowaną, skromnie ubraną ładną dziewczyną. Oświadczyła, że koleżanki z biura złożyły się, aby mogła sobie zrobić zdjęcie, które ma wysłać na pierwszy w historii konkurs Miss Polonia, organizowany przez „Express Wieczorny”. Dorys zrobił serię zdjęć i zajął się nowymi zleceniami, aż tu po kilku tygodniach rozdzwonił się telefon, że właśnie ona zdobyła tytuł Miss Polonia. „I tak wystartowałem w świat, gdyż zaczęły się zgłaszać różne firmy, które chciały do celów reklamowych mieć jej zdjęcie” – wspominał rozbawiony Dorys.

W krótkim czasie Firma FOTO-DORYS stała się wręcz kultowa, a portret od Dorysa był ekstrawagancją podobną do tej jaką miała bohema 20-lecia międzywojennego zamawiając portret w firmie portretowej Witkacego. Przez studio Dorysa przewinęła się plejada aktorów, literatów, kompozytorów, ludzi z tzw. śmietanki towarzyskiej. 

W warszawskim studiu Benedykta Jerzego Dorysa pojawiała się cała plejada artystów m.in.: Nina Andrycz, Eugeniusz Bodo, Władysław Broniewski, Jan Bułhak, Maria Dąbrowska, Xawery Dunikowski, Adolf Dymsza, Konstanty Ildefons Gałczyński, Loda Halama, Zbigniew Herbert, Stefan Jaracz, Jan Kreczmar, Maria Kuncewiczowa, Hanka Ordonówna, Ksawery Pruszyński, Antoni Słonimski, Jadwiga Smosarska, Karol Szymanowski, Julian Tuwim, Melchior Wańkowicz, Aleksander Zelwerowicz…

Przyjmowałem tylko jedną lub dwie osoby dziennie, a kolejka była zawsze kilkutygodniowa — mówi Dorys. Pamiętam, jak nagle nie zapowiedziany przyjechał do studia płk. Koc, to była postać nr 2 w przedwojennej Polsce, musiał czekać trzy godziny. Kiedyś przyszedł adiutant Rydza-Śmigłego, że potrzebne są zdjęcia na znaczki. Miałem akurat bilet do Zakopanego i odmówiłem, polecając inne studio, tak mocną była moja pozycja”. 

Wybuch II wojny światowej przerywa działalność Dorysa, ginie bezpowrotnie wiele negatywów. Zaraz po zakończeniu wojny w 1945 r. Dorys odbudowuje studio, tym razem już na Nowym Świecie. Uczestniczy w historycznym zebraniu 10 lutego 1946 r. jako jeden z członków założycieli Związku Polskich Artystów Fotografików. Pracuje nad fototeką wybitnych twórców kultury i sztuki polskiej.

Nigdy w ZPAF nie dałem się namówić na przyjęcie funkcji prezesa — mówi Dorys — pełniłem wiele innych. Moi koledzy wiedzieli, co robiłem przed wojną, młodzi, których przyjmowałem do ZPAF, brali to na wiarę. Koledzy namówili mnie, abym pokazał swój dorobek i zdecydowałem się w 1960 r. zrobić wystawę retrospektywną, składającą się z materiałów, jakie ocalały z pierwszych dni mojego fotografowania. Głównie chodziło mi o to, aby młodsi koledzy zobaczyli, co robię. O powodzeniu tej wystawy, która była eksponowana w Kordegardzie, może świadczyć fakt, że codziennie sprzątano dwa kubły piasku naniesionego butami zwiedzających. Dostałem wówczas tyle kwiatów, że zajęły cały samochód, musiałem wracać do domu taksówką - wspomina Dorys.

Uważam, że cykl „Kazimierz nad Wisłą 1931-1932”, który Dorys wykonał jakby na pograniczu swoich głównych zainteresowań portretem, który po raz pierwszy zobaczyłem w „American Photographer” w Nowym Jorku jako początki światowego reportażu. Użył do tych zdjęć nowego wówczas aparatu małoobrazkowego Leica. „Kazimierz nad Wisłą” Dorysa uznany został za pierwszy reportaż fotograficzny w Polsce.

Prasa rozpisywała się o nim. W polskim odpowiedniku tygodnika „Life” — „Świecie”, Adolf Rudnicki pisał: „…Ten cykl zawiera wszystko, co trzeba, aby świat, którego już nie ma, ożył. Zapach, klimat, temperatura, ludzie — wszystko autentyczne. Jest to świat gorzkiej, krzyczącej nędzy, ruder, błota, bosych i obdartych dzieci, bawiących się o krok od rynsztoka, nędznych sklepików, których całą zawartość stanowi słój ogórków kiszonych, kilogram cukierków lub beczka z naftą. Jest to świat bogaty i miękki w swojej nędzy, nie pochwycony w żadne cugle organizacyjne, świat ocalony z jednej pożogi i czekający na drugą, świat dramatyczny, pełny i uśpiony, oczekujący nieszczęścia i bezsilny, by się przed nim uchronić. Oglądając ten świat ani na chwilę nie da się go zobaczyć bez ostatniego rozdziału. Widzi się pikujące bombowce września, słyszy się salwy plutonów egzekucyjnych, krzyk uduszonych w wagonach i w komorach gazowych. Patrząc na śliczną dziewczynkę w grubej, ciemnej sukni w upalny dzień, bawiącej się kamyczkiem, nie sposób nie myśleć o tym, jak zginęła. Tych zdjęć nie można chłonąć bez późniejszych wypadków, są organicznie ze sobą splecione. Wszystkie te zdjęcia robią wrażenie zdjęć z ostatniego lata — przed potopem…”.

Całkowicie poświęcona portretowi była wystawa Dorysa „Aktorzy i moda lat trzydziestych”, eksponowana w Starej Galerii ZPAF w 1974 r. Przez cały czas trwania wystawy przy portretach nieżyjących już aktorów leżały zawsze świeże kwiaty — tak wspominała swoich ulubieńców publiczność, ta z pokolenia co najmniej „kolumbów”. Taka była moc oddziaływania portretów Jerzego Dorysa”.

Był laureatem nagrody Ministerstwa Kultury w latach 1960, 1973,1975, działaczem Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego oraz Sekcji Fotograficznej ZAiKS.

Jego prace znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie i Wrocławiu, Muzeum Sztuki w Łodzi oraz w Warszawie w Bibliotece Narodowej, Instytucie Sztuki PAN, Muzeum Teatralnym i wielu zbiorach prywatnych.

Maestrię portretów Dorysa doceniłem w pełni dopiero wówczas, gdy przejrzałem kilka tysięcy zdjęć, by wybrać około stu na wystawę. Oryginały (uzyskane od spadkobiercy – prof. Ludwika Dobrzyńskiego oraz z Biblioteki Narodowej, Muzeum Teatralnego, Instytutu Sztuki PAN i Muzeum Narodowego w Warszawie, a także z Muzeum Sztuki w Łodzi i od kolekcjonerów prywatnych), prawie stuletnie portrety, przywracałem do życia na ekranie komputera. Znając z autopsji pracę w ciemni Dorysa, stworzyłem system „rekonstruowania” zdjęć – tak by nie zatracić nic z tamtego procesu.

Na wystawie pt. „ARTYŚCI Portrety ostatniego stulecia – J.B. Dorys & Cz. Czapliński” w Muzeum Narodowym w Warszawie (2007), którą w całości przygotowałem, zdjęcia wyglądały tak, jakby Dorys zrobił je dziś. Pokazałem w nich bogactwo, przy jednoczesnej oszczędności szczegółów; światło, które podkreśla to, co najważniejsze i nie rozprasza; nadzwyczajny kontakt artysty z ludźmi, których fotografował. Wszystko to potęguje wrażenie, że portrety sprzed dziesiątek lat nic nie straciły, a wręcz nabrały nowych wartości. Cieszę się, że mogłem pokazać swoje portrety obok prac legendarnego Dorysa, jako kontynuację rozpoczętego przez niego dzieła – zapisywania naszej historii.

O okresie wojny, nic nie wiedziałem o Dorysie. Tylko tyle, że jak powstało getto w Warszawie, do studia Dorysa przyszedł szmalcownik i powiedział, że wie, że Dorys jest Żydem i nazywał się Rottenberg i chciałby razem z nim prowadzić studio. Dorys powiedział, że chętnie będzie z nim współpracował i prosił, aby przyszedł jutro w południe, to podzielą się pracą. W tym czasie Dorys zakopał wszystkie negatywy w piwnicy i rano sam zgłosił się do getta.

Czas okupacji to zupełnie przemilczany okres w biografii Dorysa — sam nic o tym nie mówił, choć pytałem go o to kilka razy. Już po śmierci Dorysa dowiedziałem się, że jeden z rodziałów książki Stefana Chaskielewicza pt. „Ukrywałem się w Warszawie: styczeń 1943 – styczeń 1945” („Znak”, 1988), w której zamieszczono „Rozmowę z panem J.B.D.” (to pseudonim Benedykt Jerzy Dorys).


Oto kilka fragmentów przywołanej rozmowy:

Stefan Chaskielewicz: Powiedz parę słów o swoich losach w pierwszych dwóch miesiącach wojny.

J.B.D.: Po wybuchu wojny, rodzina mojej żony – rodzice i szwagrowie – uciekając przed nawałą niemiecką, przyjechała z Kalisza do Warszawy. Ja zostałem umundurowany i uzbrojony na ulicy Poznańskiej w utworzonym tam doraźnie punkcie rekrutacyjnym oddziałów ochotniczych. Brałem udział w obronie Warszawy na Mokotowie. Na apel o wyjście z Warszawy, nadany przez radio, szwagrowie moi i żona wyjechali kierując się na wschód. Dowiedziałem się o tym dopiero następnego dnia, gdy wyszedłem na przepustkę. Po kapitulacji, wraz z grupą około 30 wojskowych, nie posłuchałem rozkazu i nie poszedłem do niewoli.

Stefan Chaskielewicz: Może powiesz o wydarzeniach, które nie pozwalały na przyzwyczajenie się do warunków getta?

J.B.D.: Pamiętam kilka takich potwornych obrazów. Była w getcie akcja pomocy dzieciom i rozlepiano plakaty z napisem „Nasze dzieci muszą żyć”. Kiedyś przechodziłem ulicą Leszno. Na murze plakat z tym napisem, a pod nim, na chodniku, leżały zwłoki dziecka przykryte papierem. Inny obrazek. Była przy ulicy Leszno nieźle zaopatrzona mała restauracja. Witryna i wystawiona tam pieczona gęś ozdobnie garnirowana, a pod tą witryną dziecko zmarłe z głodu. Widziałem na tej samej ulicy kiedyś balkon, z którego zwisało kilka trupów. Ludzie z zagipsowanymi ustami, powieszeni przez Niemców.

Stefan Chaskielewicz: Kiedy zacząłeś myśleć o wyjściu z getta?

J.B.D.: Nie myślałem. Za mnie myślano. Myślała moja i mojej żony przyjaciółka Stefa, która była przez cały czas po stronie aryjskiej. Pracowała oficjalnie w jakimś biurze, które handlowało z Niemcami. Jej mąż, Żyd, był w obozie jenieckim i tam podczas wojny popełnił samobójstwo. Ona miała przyjaciela jeszcze przed wojną, Żyda, ale znakomicie zakamuflowanego i o doskonałym wyglądzie. Otóż Stefa przysłała do mnie policjanta granatowego, który powiedział, że wszystko jest gotowe i żebym powiedział kiedy wyjdę. To chyba było w końcu września 1942 r. Ja byłem wtedy w złej formie. Miałem tylko jedno marzenie: z jedną ręką i jedną nogą, ale doczekać końca Niemców.

Stefan Chaskielewicz: Jakie były, Twoim zdaniem, powody, że ludzie narażali się, by ratować Żydów?

J.B.D.: W moim przypadku, a tylko o nim mogę powiedzieć, to byli po prostu przyzwoici ludzie. Ja nie miałem pieniędzy i żadnego ekwiwalentu nie mogłem im dać. Oni to robili z przyjaźni dla Kazia Wiłkomirskiego, ale działali jako Polacy. Oni mnie przygarnęli, bo czuli się Polakami i chcieli ratować innych, którzy także się czuli Polakami.

Wiele kiedyś głośnych nazwisk, czy dzieł z biegiem czasu traci na aktualności, aby zupełnie pójść w niepamięć. Ze zmarłym w 1990 r. w Warszawie Dorysem jest na odwrót, jego portrety nabierają nowych, nie dostrzegalnych kiedyś wartości. Dorys przeszedł na stałe do historii fotografii jako wnikliwy obserwator psychiki ludzkiej, twórca bezcennej galerii ludzi kultury i pionier fotografii reportażowej.

Po moim spotkaniu z Dorysem w czerwcu 1987 r. napisał entuzjastyczny list do Związku Polskich Artystów Fotografików, abym został przyjęty w poczet członków „Z przyjemnością złożyłem swój podpis, jako członek wprowadzający p. Czesława Czaplińskiego do naszego związku. Pana Cz. Czaplińskiego znam od dłuższego już czasu i wysoko cenię jako świetnego fotografa, zwłaszcza w zakresie portretu. Poznałem go również, jako sprawnie funkcjonującego publicystę, zajmującego się tematyką związaną z fotografią. Byłoby mi b. miło powitać go w gronie moich związkowych kolegów” (B.J.Dorys, W-wa, 26 lipca 1988 r.)


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon