Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Victor Markowicz


Victor Markowicz (ur. 6 lipca 1944 w Tynda za Bajkałem w ZSRR, gdzie jego rodzice przebywali na zesłaniu) – matematyk, biznesman.

Brydżysta - Arcymistrz (PZBS), World Master oraz Seniors Grand Master (WBF), European Grand Master w kategorii seniorów (EBL). Do 2008 w statystykach WBF był przypisany do Stanów Zjednoczonych.

W 1946 jako repatriant powrócił do Polski. Rozpoczął studia matematyczne na Uniwersytecie Warszawskim, które po wyjeździe w 1964 do Izraela kontynuował w Instytucie Technologii Technion w Hajfie. Jest twórcą oprogramowania pierwszego komercyjnego komputera izraelskiego ELBIT-100.

W 1970 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Był projektantem pierwszej amerykańskiej loterii stanowej w New Jersey. Współzałożył GTECH Corporation - firmę projektującą systemy loteryjne, również dla loterii państwowych w większości stanów amerykańskich oraz w czterdziestu krajach na pięciu kontynentach. Był także właścicielem koni wyścigowych oraz producentem filmowym. Obecnie mieszka w Nowym Jorku i na Florydzie.

Był jednym z pierwszych donatorów Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Jest współzałożycielem Północnoamerykańskiego Komitetu Wspierania Muzeum, a także od 2008 członkiem Rady Muzeum.

Odznaczony m.in. Ellis Island Medal of Honor, Krzyż Komandorski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Victora Markowicza poznałem zaraz po moim przyjeździe do Nowego Jorku w 1979 r. Już w 1982 r. leciałem z nim, jego samolotem z Nowego Jorku do Providence w stanie Road Island. Co ciekawe Vitec trzymał nawet stery tego samolotu, jako drugi pilot, to było jedno z pierwszych zdjęć jakie mu zrobiłem w maju 1982 r. A potem wielokrotnie go odwiedzałem w jego firmie GTECH Corporation właśnie w Providence w stanie Road Island, gdzie razem z Guy Snowdenem i Robert K.Ster założyli firmę, która została przejęta w 2006 roku za 4,5 miliarda dolarów przez włoską firmę Lottomatica, która później zmieniła nazwę na GTECH. Ale aby nie było tak, że tylko w pracy go fotografowałem, jego pasją były konie wyścigowe oraz sztuka. Jego nowojorska kolekcja dzieł sztuki znalazła się w moim albumie „Kolekcje sztuki polskiej w Ameryce” (2005). A na wyścigach konnych w Aqueduct w Nowym Jorku, również się spotykaliśmy, gdzie jego konie biegały i co ciekawe wygrywały.

Dalsze zdjęcia i niezwykłą rozmowę przeprowadziłem w imponującym rozmiarami i gustownie urządzonym biurze Victora. Przeglądałem materiały informacyjne o GTECH, dowiedziałem się, że jest to największa na świecie korporacja dostarczająca do 47 krajów i wielu stanów całkowite systemy loterii, począwszy od projektowania, instalacji, a skończywszy na jej prowadzeniu.

GTECH, według danych za rok 1991, zatrudnia 2000 pracowników, a roczny obrót wyniósł ponad 350 milionów dolarów, z czego 83 miliony dochodu, co w stosunku do poprzedniego roku jest wzrostem o ponad 40%. Jest to wręcz niespotykany wzrost, w czasie gdy inne korporacje ledwie egzystują lub bankrutują.

Z informacji o firmie dowiedziałem się też, że w marcu 1991 roku GTECH podpisał kontrakt z Przedsiębiorstwem Państwowym Totalizator Sportowy na zainstalowanie w pierwszej fazie 250 terminali w istniejących 2300 punktach w Polsce.

—Czesław Czapliński: Bardzo mało, aby nie powiedzieć nic, nie wiadomo o twoim życiu prywatnym. Z własnych doświadczeń wiem, że pomagasz ludziom w realizacji ich projektów, ostatnio jako producent filmowy. Nie jesteś osobą, która pcha się do prasy, do niniejszej rozmowy musiałem cię długo przekonywać, czy mógłbyś „uchylić rąbka tajemnicy”?

–Victor Markowicz: Urodziłem się za Bajkałem w 1944 roku, gdzie moi rodzice zostali zesłani przez Rosjan ze Lwowa, dokąd uciekli, gdy Niemcy wkroczyli do Polski w czasie II wojny światowej. Po wojnie, w 1946 roku, wróciliśmy do Polski, najpierw do Łodzi, a później od 1952 roku do Warszawy. Chodziłem do szkoły podstawowej na Mariensztacie, a do ogólniaka na Świętokrzyskiej, tzw. Kopernika, razem z Elą Czyżewską. Okres szkolny wspominam z nostalgią, mimo iż życie nie było wtedy łatwe. Kiedy mój ojciec rozczarowany budowaniem socjalizmu w 1956 roku wystąpił z partii, stracił pracę jako dyrektor departamentu w Ministerstwie Energetyki. Po 1956 roku zajmował się tylko tłumaczeniami technicznymi i pracował jako doradca w instytucie. Pamiętam, że od czasu do czasu były problemy z przeżyciem do pierwszego. Trzeba było pożyczać pieniądze, trochę pomagały paczki z zagranicy. Jako młody człowiek nie zastanawiałem się nad tym, gdyż wszystkim było ciężko. Wczoraj widziałem film „Marcowe migdały”, co pozwoliło mi spojrzeć na to z perspektywy.

Mieszkałem na Piwnej w Warszawie, nasz dom był bardzo otwarty, kto przechodził Piwną, wpadał do nas. Lodówka stała przy drzwiach, pierwszą rzeczą było jej otwarcie i z jedzeniem goście wchodzili do kuchni. Rodzice byli bardzo liberalni, koledzy siedzieli do północy. Prywatka u mnie, jeśli tak można powiedzieć, była prawie non-stop, często był Głowa (Głowacki), Piwek (Piwowski), Tomek Łubieński. Na pożegnalnej prywatce u Markowiaków, jak się nas nazywało, kiedy mieszkanie było już puste, bez mebli, byli: Ela Czyżewska, Głowa, Maciek Wierzyński, Dodek Miller, Ola Frykowska... Byłem z tej grupy najmłodszy, gdy ja chodziłem na drugi rok studiów, oni je kończyli. Pamiętam, że jadałem obiady u Literatów, podkochiwałem się w Mazurównej, chodziłem trochę z Moniką (Monika Minkiewicz, obecna żona Victora — przyp. Cz.Cz.), wszystko na szlaku plac Zamkowy, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat.

Oprócz tego miałem inne towarzystwo, kiedy studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim matematykę, inne, gdy grałem całe noce w brydża.

—Cz.Cz.: No właśnie, wiem, że byłeś znanym zawodnikiem brydżowym?

–V.M.: Grałem w drużynie Misfit, w której był Andrzej Jonas, który teraz jest redaktorem „Voice of Warsaw”, Krzysio Wogrodzki, który jest gdzieś w Niemczech, Henio Jakubowski, znana postać, Wiktor Melman, którego wczoraj spotkałeś. To była bardzo dobra drużyna, grałem w brydża od siódmego roku życia, nauczyłem się grać kibicując rodzicom. Jakichś ogromnych sukcesów nie miałem, gdyż zajmowałem się wieloma sprawami naraz.

—Cz.Cz.: Postanowiliście jednak wyjechać z Polski?

–V.M.: Tak. Po październiku 1956 roku rodzice postanowili wyjechać za granicę, złożyli papiery, ale nie otrzymywaliśmy paszportu przez 8 lat i dopiero w 1964 roku wyjechałem do Izraela z rodzicami.

—Cz.Cz.: Mało kto wówczas wyjeżdżał?

–V.M.: Pamiętam, że jak wyjeżdżałem, to na Dworcu Gdańskim było ze trzysta osób, które nas odprowadzały, wiele jechało ze mną pociągiem aż do Łodzi. To było wówczas wydarzenie. Ja muszę przyznać, że nie bardzo wiedziałem, dokąd wyjeżdżam.

—Cz.Cz.: Czym zajmowałeś się w Izraelu?

–V.M.: Ukończyłem matematykę, a później przez dwa lata pracowałem jako projektant komputerów i w 1969 roku wyjechałem do Ameryki. Tutaj przez zupełny przypadek zająłem się loterią, prawie od samego początku.

—Cz.Cz.: Jak to przez przypadek, przecież, jak cię znam, zawsze lubiłeś grać?

–V.M.: Tak – śmieje się Markowicz – jestem „zawodowym” graczem, ale to nie ma nic wspólnego z moją instytucją. Grałem dużo w karty, byłem brydżystą grającym w lidze, dniami i nocami. Grałem w kasynach.

To, że grałem i znałem się na komputerach, bardzo mi pomogło, gdyż wówczas mało kto wiedział, na czym polega loteria. Były przedtem dwie loterie, ale na zasadzie losowania kuponów podpisanych przez graczy. Pierwsza loteria w Stanach została zalegalizowana w 1970 roku w New Jersey. Byłem już wówczas niezależny, z jednym Amerykaninem założyliśmy firmę, doradzaliśmy dużej kompanii Nebisco. Chcieliśmy zautomatyzować dystrybucję ich ciasteczek. Ale wtedy została zalegalizowana loteria w New Jersey, stan zwrócił się do firmy „Matematyka” w Princeton, aby pomogli im zorganizować loterię. „Matematyka” zwróciła się do mnie, gdyż miałem z nimi kontakty i zapytała, czy bym się tym nie zajął, i tak się zaczęło. Zostałem konsultantem i zrobiłem cały plan loterii, która była pierwszą na świecie w całości drukowaną przez komputery, wszystko było kontrolowane przez komputery.

Ponieważ sukces loterii był ogromny, założyliśmy kompanię, która zajęła się doradzaniem innym rządom stanowym przy zakładaniu loterii. Wtedy przeszedłem przez cykl, cztery miesiące w New Hampshire, trzy miesiące w Connecticut, pół roku w Ohio... byłem w I l stanach, w ciągu trzech lat.

Z dwoma kolegami odeszliśmy i założyliśmy w 1976 roku nową firmę Gamming Dimension, która była początkiem obecnej, nastawionej już wyłącznie na prowadzenie komputerowe.

—Cz.Cz.: Na czym to polega?

–V.M.: Nie istnieje dystrybucja biletów. W momencie, kiedy kupujesz zakład, twoje numery zostają wprowadzone przez linię telefoniczną lub radiową do centralnych komputerów, gdzie zostają zarejestrowane i odsyłają natychmiast odpowiedź do terminalu drukującego bilet jako potwierdzenie zakładu. Potem jest ciągnienie, komputer oblicza, ile było wygranych, dzieli wygraną, a następnie przychodzi się z wygranym biletem, terminal sprawdza i mówi, ile wypłacić sprzedającemu. Aby uniknąć fałszerstw, każdy bilet ma zakodowany numer.

—Cz.Cz.: Ile takich biletów wydajecie dla przykładu w stanie Nowy Jork, gdzie zainstalowane są wasze terminale?

–V.M.: Każdego tygodnia wydajemy 10 milionów biletów, każdy bilet jest co do centa obliczony, jak w banku. A nawet powiedziałbym, że lepiej niż w banku, bo w banku czasem się mylą.

To wszystko robi nasza firma, prowadzimy loterie w 26 stanach. Dostarczamy terminale, podłączamy do linii telefonicznych, jak się coś popsuje, to oni dzwonią do nas, uczymy ich, jak obsługiwać terminal.

—Cz.Cz.: Co się dzieje z pieniędzmi z loterii?

–V.M.: Większość idzie do kasy stanu, my dostajemy mały procent, od 2-10%, w zależności od wielkości kontraktu. Nasz sukces jest głównie związany ze słabą ekonomią, wskutek której podatki się zmniejszają, powstaje deficyt, trzeba dziurę załatać i najpopularniejszym rozwiązaniem staje się loteria. W tej chwili np. muszę zrobić loterię w Teksasie, bo inaczej nie będą mieli czym zapłacić za szkoły, a loteria przyniesie im w przyszłym roku ponad miliard dolarów.

Wydawać by się mogło, że jeżeli budżet w Polsce jest w złej, żeby nie powiedzieć tragicznej, sytuacji, loteria mogłaby go uratować?

Oczywiście. Czytając polskie gazety widać, że tu brakuje 20 milionów dolarów, gdzie indziej 10 milionów. To nie są duże sumy. Tzw. Toto-Lotek ma obecnie w Polsce około 50 milionów dolarów rocznie, te obroty mogłyby być pięć, sześć razy większe.

—Cz.Cz.: Co stoi na przeszkodzie?

–V.M.: Potrzebna jest odpowiednia liczba punktów sprzedaży i reklama. My dopiero w Polsce zaczynamy. W Warszawie jest obecnie zaledwie 130 punktów sprzedaży, czyli jeden punkt przypada na 15 tysięcy ludzi, a w Stanach jest ich 10 razy więcej.

—Cz.Cz.: Komu podlega loteria w Polsce?

–V.M.:Ministrowi finansów, ale jest niezależną instytucją rządową. My mamy z nimi kontrakt na jej prowadzenie i skomputeryzowanie.

—Cz.Cz.: Jak sobie radzicie z połączeniami telefonicznymi, które są w Polsce niepewne?

–V.M.: Przekazujemy informacje za pomocą radia, tak jak w Meksyku czy Wenezueli. Kiedy tylko dostaniemy licencję na połączenia satelitarne, wówczas będziemy mogli szybko połączyć się z całym krajem. Niestety, wszystko w Polsce odbywa się stosunkowo wolno, a wydanie zezwolenia na połączenie satelitarne jest nadal decyzją polityczną. Ciągle są reorganizacje, zmiany gabinetów, co nie sprzyja stabilizacji, a Polska sama nigdy by tego nie mogła zrobić.

—Cz.Cz.: Jak widzisz plany rozwoju loterii w Polsce?

–V.M.: Myślę, że zajmie to dziesięć lat. Pierwsze trzy lata będą bardzo intensywne.

—Cz.Cz.: Czy zatrudniacie do obsługi loterii miejscowych ludzi, czy też wysyłacie swoich pracowników?

–V.M.: Dla przykładu w Polsce już obecnie mamy zatrudnionych 35-40 Polaków. Sciągnęliśmy ich tutaj na sześciomiesięczne treningi, zwłaszcza tych od programów, niektórych wysłaliśmy do różnych krajów europejskich. Muszę powiedzieć, że dają sobie świetnie radę.

Generalnie zatrudniamy wszędzie ludzi miejscowych. Oczywiście najpierw wysyłamy kilku swoich ludzi, którzy zaczynają pracę jako eksperci, a później powoli ich wycofujemy i wszystko przejmują miejscowi. W Irlandii nie mamy ani jednego Amerykanina, w Wenezueli też. Ale opracowywanie nowych systemów, technologii, robimy tutaj.

—Cz.Cz.: Jaki macie roczny obrót?

–V.M.: W tym roku mieliśmy 350 milionów dolarów.

—Cz.Cz.: Ciągle obracasz się wśród liczb.

–V.M.: Ja widzę liczby z kilku stron, widzę w nich rzeczy, których inni nie dostrzegają. Dla przykładu, jeżeli ktoś przedstawia jakiś projekt finansowy, natychmiast widzę, jaki zrobił błąd.

—Cz.Cz.: Jak to robisz?

–V.M.: Większość ludzi patrzy na problem jednowymiarowo, bo jest wyszkolona w jakimś określonym kierunku. Jedni patrzą przez pryzmat doświadczenia, inni intuicyjnie. Inaczej patrzy inżynier, inaczej finansista. Ja patrzę ze wszystkich stron. Czasami wspaniały na pozór biznes się nie opłaci: na papierze wygląda świetnie, ale intuicyjnie czujesz, że założenia rynkowe są złe. Trzeba mieć pojęcie o pieniądzach i o tym, jak rynek funkcjonuje, dopiero wówczas można coś powiedzieć.

—Cz.Cz.: Jakie etapy swojej kariery uważasz za najważniejsze?

–V.M.: Jeśli chodzi o biznes, to są one stosunkowo proste: założenie pierwszej firmy w 1971, drugiej w 1976 i trzeciej w 1981 roku. W obu przypadkach miałem dwóch partnerów, obecnie mam tylko jednego.

—Cz.Cz.: Gdybyś na swój sukces spojrzał w sposób bardziej filozoficzny, jakie typy kariery byś wyróżnił?

–V.M.: Według mnie są dwa rodzaje ludzi i związanych z nimi karier. Ci, którzy z góry planują sobie karierę, co będą robili, do czego dojdą, zaczynają bardzo wcześnie. Ja do nich nie należę, nigdy sobie niczego nie planowałem, żyję z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Nigdy nie układałem większych planów niż na miesiąc z górą, nie mam nawet zaplanowanych wakacji.

Uważam, że jeżeli robisz coś solidnie, z oddaniem, to reszta sama się ułoży. Trzeba mieć pewną giętkość, jak nie idzie w jedną stronę, to trzeba spróbować w inną. Byłem programistą komputerów, uważałem się w tej dziedzinie za jednego z najlepszych na świecie. Teraz nie mam pojęcia, jak programować, po prostu wymazałem to sobie z głowy, bo przeszedłem na inny szczebel. Ale nawet przedtem nigdy nie było moim zamierzeniem zostać programistą, byłem nim, bo tak się złożyło, potem przeszedłem na projektowanie gier, później do biznesu. Gdyby mi ktoś wcześniej powiedział, że będę prezesem kompanii, która liczy 3000 osób, to bym spojrzał na niego jak na wariata, bo jeszcze pięć lat temu moja kompania miała 300 osób. Nie chcę przez to powiedzieć, że ta pierwsza metoda jest zła, ale ona jest bardziej męcząca i ma mniejsze szanse powodzenia. Dla przykładu, chciałeś być najszybszym biegaczem na 100 m, a zdobędziesz medal w skoku wzwyż, bo tam jest mniejsza konkurencja, a może miałeś ukryty talent, o którym nie wiedziałeś, albo spotkałeś wspaniałego trenera.

—Cz.Cz.: Co według ciebie jest wspólną cechą u ludzi, którym się udało?

–V.M.: Solidność, nie wolno iść na natychmiastową korzyść, która często może okazać się pozorna.

Wracając jeszcze do kariery myślę, że bardzo pomaga, kiedy się idzie z samego dołu, kiedy się nie jest rozpieszczonym w dzieciństwie. Nie załamujesz się wtedy i masz inną perspektywę. Szaloną pomoc w robieniu kariery stanowi fakt, że pochodzi się z innego kręgu kulturowego. Po przyjeździe do Ameryki na wiele rzeczy patrzę z boku, mam nieco inną perspektywę, której oni nie posiadają. Właśnie dzięki wychowaniu w innej kulturze jest dla mnie bardziej oczywiste, czy to, co ktoś proponuje, to dobry pomysł, czy nonsens.

—Cz.Cz.: Kiedy zacząłeś jeździć do Polski?

–V.M.: Pierwszy raz po długiej nieobecności pojechałem w 1986 roku, z Ulą Dudziak, kiedy śpiewała na Jazz Jamboree. Od tego czasu zacząłem częściej jeździć, sporo znajomych, trochę interesy.

A co z twoimi zainteresowaniami końmi? Nie myślałeś, aby coś zrobić z wyścigami w Polsce, która ma dobre tradycje, a tor na

—Cz.Cz.: Służewcu w Warszawie właściwie umiera?

–V.M.: Tak, próbuję. Dzieje się tak dlatego, że na całym świecie konie są utrzymywane przez zakłady, wszystko opiera się na totalizatorze. W tej chwili totalizator w Polsce jest prowadzony tak, jak był prowadzony pięćdziesiąt lat temu, ręcznie. W związku z tym nie jest atrakcyjny dla przeciętnego człowieka. Na Służewcu nie ma zupełnie informacji, nikt nie wie, jaka będzie wypłata, gdy koń wygra, tutaj, jeśli przychodzisz na wyścigi konne, masz pełną informację o koniu. Oprócz tego stoi się w różnych kolejkach po zakłady i później po wypłatę. Na całym świecie obie te operacje wykonuje się w jednym miejscu.

Pomijając to wszystko, Służewiec jest pięknym torem wyścigowym, ale nie ma dobrej reputacji, nie przychodzą tam ludzie z tzw. klasy średniej, to nie jest rozrywka, nie można wziąć ze sobą dzieci, żony, nie ma restauracji itd. Gdyby to wszystko było, to na Służewcu w sobotę przy ładnej pogodzie byłoby 20-30 tysięcy osób, a jest dziesięć razy mniej.

Powinna być też możliwość grania w konie na Służewcu, kiedy przebywa się w innym mieście i ogląda wyścigi na monitorach.

Aby to mogło zaistnieć, władze muszą wydać zezwolenie na transmisję satelitarną. Służewiec nie jest na to przygotowany, gdyż najpierw musi być totalizator elektroniczny, to jest podstawa.

—Cz.Cz.: Co by to dało Warszawie?

–V.M.: W tej chwili Służewiec osiąga 12-15 milionów dolarów obrotu rocznie. Sądzę, że obroty te powinny wzrosnąć do 20-30 milionów dolarów. W razie połączenia z innymi miastami może dawać i 100 milionów dolarów rocznie. Jest to stosunkowo łatwe do osiągnięcia, ale trzeba dokonać inwestycji, nasza firma może to zrobić. Mnie jako Polakowi bardzo zależy na tym, aby Służewiec funkcjonował jak najlepiej. W ogóle sprawa Polaków na emigracji powinna być postawiona inaczej.

—Cz.Cz.: Co masz na myśli?

–V.M.: Polska powinna starać się przyciągnąć Polaków rozsianych po świecie, jest to sprawa dziś bardzo zaniedbana. W tej chwili brakuje w Polsce ludzi, którzy mogliby oceniać obiektywnie propozycje przychodzące do Polski. To mogą zrobić tylko ludzie z Zachodu, którzy znają warunki na Zachodzie i jednocześnie pochodzą z Polski. Dla rządu sprawą podstawową jest sprowadzenie do Polski doradców — Polaków z zagranicy, którzy powinni być dobrze opłaceni i mogli poświęcić rok czy dwa lata na pracę w ojczyźnie.



  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon