Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Stasys Eidrigevicius


Stasys jest mistykiem, a jego malarstwo spod masek wydobywa duszę" — pisał Vittorio Sgarbi, jeden z najbardziej wpływowych i popularnych krytyków we Włoszech, który na otwarciu wystawy Stasysa w Galerii Spicchi delľEst, oprowadzał premiera Włoch Giulio Andreottiego.

Pierwsze zdjęcia Stasysowi robiłem w 1989 r., byłem u niego w pracowni na Bednarskiej w Warszawie z Beatą Tyszkiewicz, która również była pod wrażeniem jego twórczości. Kiedy we wrześniu 1990 r., przyleciał do Warszawy Jerzy Kosiński, pokazałem mu prace Stasysa, którego bardzo chciał poznać. Spotkaliśmy się w Studio 102 TVP, gdzie była również Agnieszka Osiecka. Pamiętam jak Jurek Kosiński powiedział, że gdyby był malarzem, to pewnie by robił takie rzeczy jak Stasys. Pierwsza sesja i następne spotkania, gdzie się zaprzyjaźniliśmy, były przygotowaniem do poważnej pracy. Chciałem zrobić portret Stasysa, gdzie będziemy mieli wspólny udział, czyli jego malarstwo i moja fotografia. W 1994 r. zrobiłem sporo zdjęć na tle jego prac w różnych konfiguracjach, ale ciągle nie było to, o co mi chodziło. Powstało fantastyczne zdjęcie Stasysa z jego synem…

Aż wreszcie Stasys powiedział —chyba wiem co zrobimy — wziął karton ze szkicownika, wielkości głowy i namalował w swoim stylu, pół twarzy. Przyłożył do twarzy i powiedział — teraz twoja kolej – zrobiłem zdjęcie. Tak powstał portret, który był wielokrotnie publikowany. Myślę, że na przestrzeni lat, zrobiłem tyle zdjęć, że mógłbym zrobić osobną wystawę ze zdjęć Stasysa. To nie przypadek, że powstało tyle zdjęć Stasysa, to wyjątkowy człowiek, przeprowadziłem wówczas osobistą rozmowę, która publikowana była w Nowym Jorku.

Stasys Eidrigevicius jest chyba najbardziej wszechstronnym artystą jakiego znam, uprawiał: ekslibris, miniaturę, rysunek, ilustrację książkową, fotografię, plakat, teatr, maluje olejem, pastelami, robi instalacje... i co ciekawe, w każdej z tych dziedzin osiągnął szczyty w Polsce i daleko poza jej granicami. Droga urodzonego w małej wiosce na Litwie, Stasysa wiodła przez Kowno, Wilno do Warszawy, gdzie mieszka od ponad dziesięciu lat. Stasys należy dziś do najbardziej poszukiwanych artystów, którego prace kupują kolekcjonerzy, piszą o nim najważniejsze pisma, a o jego wystawy zabiegają największe muzea na świecie. Przy tym wszystkim jest niezwykle skromny, ciągle jakby zdziwiony i zaskoczony karierą jaką zrobił. Trzeba przyznać, że dziś, nieczęsto się zdarza sytuacja, by opinie krytyków pokrywały się z zainteresowaniem ludzi, a w przypadku Stasysa tak jest. Na wszelkiego typu listach, najlepiej sprzedających się artystów jest zawsze na czołowych miejscach.

Stasys Eidrigevicius urodził Się w 1949 r. w Mediniskiai na Litwie. Ukończył Instytut Sztuk Pięknych (1968) w Wilnie, od 1980 r. mieszka w Warszawie.

Droga artystyczna Stasysa, to nie kończąca się lista wystaw, nagród, wyróżnień. W 1970 r. odbyła się jego pierwsza wystawa malarstwa i ekslibrisów w Instytucie Sztuk Pięknych w Wilnie. Od tego czasu miał kilkadziesiąt wystaw indywidualnych na całym świecie m.in.: Galeria Zapiecek i Galeria Krytyków w Warszawie, Galeria Hansa-Petera Mesmera w Bazylei, Galeria Lothara Sperlicha w Berlinie Zachodnim, St. Xaver College w Chicago, Northridge University Gallery w Los Angeles, Creation Gallery w Tokio, Galeria Spicchi dellEst w Rzymie, Galeria Studio w Warszawie.

Prace Stasysa były wielokrotnie nagradzane. Poczawszy od pierwszego medalu honorowego jaki Stasys otrzymał wysyłając z Litwy ekslibrisy do Polski na Międzynarodowo Bionnalo Ekslibrisu Współczesnego w Malborku, najważniejsze z nich to: złota plakieta na Międzynarodowym Biennalle Ilustracji dla Dzieci (1979) w Bratysławie, nagroda Najpiękniejsza Książka dla Dzieci (1981) przyznana przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek w Warszawie;­ dyplom czasopisma Communication Art Magazine (1985); Grand Prix na Międzynarodowym Konkursie na ilustrację Książkową dla Dzieci (1986) w Barcelonie; nagroda „Złoty Hugon” (1987) na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago; I nagroda 📷i nagroda publiczności na Międzynarodowym Salonie Plakatu (1987) w Paryżu; srebrny medal Art Directors Club (1968) w Nowym Jorku; nagroda za plakat filmowy przyznawana przez Hollywood Reporter (1989); nagroda „Osobowość Roku 1988 Plakatu Polskiego” (1989) przyznawana przez kolekcjonerów plakatu w Warszawie; Grand Prix Savignac’93 na najbardziej prestiżowym Międzynarodowym Salonie Plakatu w Paryżu, co sprawiło, że był członkiem jury oraz miał indywidualną wystawę w Grand Palais, gdzie odbywają się m.in. międzynarodowe biennale sztuki i paryski salon jesienny.

Prace Stasysa znajdują sie w zbiorach muzeów narodowych w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Szczecinie; Muzeum Plakatu w Wilanowie; British Museum w Londynie; Museum of Modom Art w Nowym Jorku; National Library w Waszyngtonie; Gallery w Tokio; Muzeum Watykańskim w Rzymie, oraz zbiorach prywatnych na całym świecie.

Zacząłeś od ekslibrisu – zwróciłem się do siedzącego w przeładowanej zwiniętymi rulonami i obrazami pracowni Stasysa, na ulicy Bednarskiej w Warszawie?

– Tak, w okresie studiów, najpierw w Kownie, w Szkole Rzemiosł Artystycznych. Tam było moje spotkanie ze skórą. Moją pracą dyplomową były okładki ze skóry, tłoczone, malowane, z reliefami. W 1967 r. zaczynałem swoje próby z linoleum, stworzyłem moje pierwsze ekslibrisy, które praktycznie były moimi pierwszym pracami samodzielnymi. Żaden wykładowca nie miał wpływu na to co robię, gdyż to były ekslibrisy dla przyiaciół. Sam je odbijałem. Później kiedy przyiechałem do Wilna studiować grafikę i malarstwo w Instytucie Sztuk Pięknych, ekslibrisu nikt nie wykładał, wszystko to były moje własne formy. Wysyłałem ekslibrisy na konkursy m.in. do Malborka, gdzie po raz pierwszy w 1973 r. zdobyłem medal i tak się zaczęło.

Moje prace wzbudziły duże zainteresowanie u kolekcjonerów ekslibrisów, zobaczyłem, że kogoś to porusza. W tym czasie litewski ekslibris kwitł, bo to była jedyna forma graficzna, która wędrowała za granicę, bez ograniczeń przez Moskwę. Wkładało się maleńki papierek do koperty i wysyłało. Mała forma odpowiadała mi jeszcze z tego względu, że mogłem w akademiku, czy podczas przerwy robić po troszeczku.

Od początku wiedziałeś co chcesz robić?

–Bardzo wcześnie. Pamiętam jak jeden z wykładowców mówił, że gdy skończycie Akademię, to dopiero po dziesięciu latach znajdziecie siebie. Po cichu mówiłem sobie, że dobrze mówisz, ale ja już prawie czuję co chce robić. Właśnie przez ekslibris stwierdzłem jaki chcę tworzyć świat. Kreowałem swój świat bez żadnych odniesień do człowieka, nikogo nie naśladowałem.

No właśnie jaki to był świat?

–Interesował mnie nierealny, fantastyczny świat, nieważne jak go nazwać. Specjalnie do żadnego kierunku nie przyklejam się. To co działo się na świecie docierało do nas w sposób minimalny. Historię sztuki układałem sobie z pocztówek i albumów. Nigdy nie było spotkania z oryginałami, czy analizowania historii sztuki. Przez to właśnie, wszystko kierowane było w stronę ludowości.

A jak było w malarstwie?

–W malarstwie nie interesowano się ani kompozycją, ani rysunkiem, tylko pokazywano realistyczne fragmenty martwej natury w której była kolorystyka, tzw. mocnego pędzla. Malarze głownie stosowali dość mocną fakturę. Nie było mi to bliskie, chciałem iść w swój świat.

Czyli ekslibris był początkiem twej twórczości artystycznej?

–Tak można powiedzieć, czego się nie wstydzę i pokazuję ekslibrisy na mojej retrospektywie (Stasys 1973-1993).

To ciekawe, bo z tego co wiem twoją pracą dyplomową w Instytucie Sztuk Pięknych w Wilnie były obrazy olejne?

–Tak i to duże, około 1,5 m. Był to tryptyk z moim ojcem, mamą i ciocią Elżbietą. Wyjście do tego było z realistycznej fotografii. To było w pewnym stopniu podziękowanie moim rodzicom za to, że mogłem spokojnie skończyć studia bez martwienia się o pieniądze. Po pracy dyplomowej na długie lata pożegnałem się z malarstwem olejnym, do którego jednak później wróciłem.

–Wspomniałeś o fotografii, która pojawiła sie u ciebie dość wcześnie, ale nie widziałem jeszcze twojej wystawy fotograficznej?

–Fotografia była dla mnie przeżyciem na Litwie. Fotografowałem i sam wywoływałem zdjęcia. Po latach fotografie zrobiły się cenne, gdyż wiele osób już nie żyje. Prawie zawsze noszę aparat przy sobie i kiedy jest jakaś sytuacja czy faktura, fotografuję. Robię aranżacje. Na razie zbieram negatywy, może kiedyś będę powiększać. Fotografia towarzyszy mi od 14 roku życia, przez Kowno, Wilno, Warszawę. Nawet mój kolega powiedział, że zdjęcia robie jak obrazy. Specjalnie nie eksploatowałem fotografii jako osobnej dziedziny, może to jest sprawa przyszłościowa.

Czy związany byłeś na Litwie z jakimś kierunkiem, grupą artystyczną?

–Nigdy nie byłem zachwycony jakimś konkretnym kierunkiem i nie chciałem go przedstawiać. Nie było na Litwie jakichś grup artystów. Teraz może są? Wówczas byłem samotny w krajobrazie litewskiej sztuki. Mój profesor zachwycał się moimi grafikami. Chcieli nawet wydać jakąś książeczkę z ekslibrisami, ale doszli do wniosku, że w całości mogłaby być źle przyjęta. W Malborku też cenzura miała zastrzeżenia, bo byli na moich ekslibrisach ludzie ograniczeni, w pudełkach. W związku jednak z tym, że dotyczyło to konkretnych, pojedynczych osób, to jakoś przeszło.

A jak było ze sztuką abstrakcyjną na Litwie?

–Mój profesor uprawiał sztukę abstrakcyjna, ale dawał tytuły: elektrownia, budownictwo, droga... I jakoś udawało mu się przemycić swoją sztukę. Kiedy zmarł przedwcześnie, mając piędziesiąt kilka lat, na pogrzebie, partyjni stali koło jego grobu, a dookoła wisiały abstrakcyjne obrazy. Udawali, że to wszystko pojmują. W tym momencie zrozumiałem. że musiał umrzeć, aby mógł pokazać abstrakcyjne obrazy w Pałcu Sztuki, te które nie mogły być przedtem pokazane.

–Ale i tak Litwa była uprzywilejowana w porównaniu z Rosją?

–Tak, Litwa i kraje banłtyckie miały szczęśliwą sytuację i tu działo się więcej, to był Zachód dla Rosji. Jeśli jednak Wolna Europa mówła, że litewskie malarstwo jest niezależne, to z Moskwy były naciski, aby coś zrobić. Nigdy na Litwie akademizm nie był tak silny jak w Moskwie. U nas był już jak przez mgłę, ale był. Nieraz coś zmieniałem rysując, pokazywałem grupie, a później gumką wycierałem wiedząc, że tak nie można było zostawić. Tym niemniej nie narzekam specjalnie na szkołę, tak musiało być, taka była historia. Kto miał szczęście do dobrego wykładowcy to dobrze, jeśli nie, to malował jak profesor.

–Ekslibris i studia w Szkole Rzemiosł Artystycznych zaprowadziły cię prostą drogą do ilustracji książkowych, w których zdobyłeś największe uznanie na świecie. Jaki był początek?

–Jeden pisarz w Wilnie zaproponował mi zrobienie ilustracji do książki cienką kreską, zgodzłem się. To było w czasie kiedy robiłem ekslibrisy, więc była podobna kreska. W tym czasie już przyjeżdżałem do Polski, chodziłem do wydawnictw, tam akceptowano moje pierwsze próby i zaczęła się moja przygoda z książkami. Na początku była książka „Król kruków", która została nagrodzona we Włoszech. Później cały szereg lat związanych z książką. W przypadku moich prac zawsze to była osobna opowieść i jedna drugą dopełniała. Byli ludzie, którzy zbierali te książki, jako małe albumiki, nawet jak nie mieli dzieci, bo to tylko pozornie były książki dla dzieci. Świat, który przedstawiałem był im bliski, chcieli to mieć w formie reprodukcji. Za pośrednictwem książek stałem się znany. Ale przyklejono mi etykietkę, że jestem ilustratorem.

–Gdy zaczyna się od malarstwa, a późnej ilustruje się książki, to jest to naturalne, a u ciebie było odwrotnie.

–Obecnie jest książka „LittIe Pig” i Steven Heller w Nowym Jorku wybrał ją z siedmiu książek dla dzieci z ostatniego roku. Osiągnąłem to dlatego, że nigdy nie interesowało mnie co oni chcieli mieć w książce. Proponowałem im swój obraz, gdy odpowiadał to dobrze, jak nie to trudno. Czasami trzeba było stoczyć parę ostrych dyskusji z redaktorami, aby przekonać o co mi chodzi. Lata poświęcone książce już prawie minęły, ponieważ uważam, że w tej dziedzinie powiedziałem co miałem do powiedzenia.

–Pod koniec lat 70. zaczynasz coraz częściej przyjeżdżać do Polski, aby w końcu przenieść się na stałe. Czy zmieniło to twoje zainteresowania?

–Poczułem, że w małej formie można coś robić, w tym pomogła mi Polska. W Polsce nie miałem pracowni i mogłem załamać ręce i siedzieć bezczynnie, ale zacząłem robić miniatury malarskie na maleńkim stoliku, kiedy w tym pokoju żona i dzieci spały. Te małe formy były wystawiane głównie u Nowickiego na Nowym Świecie. Pierwszą wystawę miałem w Warszawie w Galerii Krytyków w 1979 r., gdzie pokazywałem cykle miniatur. Polacy poznali mnie przez te małe formy i czekali na dlasze. Jednak ciągnęła mnie większa forma, pół arkusza, cały arkusz papieru.

–To już krok do plakatu?

–Tak, to było coś zbliżonego do plakatu. Zrobiłem jeden plakat do mojej wystawy i oryginał postawiłem w Galerii Zapiecek. Zostało to zauważone 📷 i przy następnej wystawie wydrukowałem. Później przyszły zamówienia.

I sława. Należysz dziś do grona najbardziej znanych na świecie plakacistów, otrzymywałeś wielokrotnie nagrody na Miedzynarodowym Biennale Plakatu w Warszawie, Bolonii, Paryżu, Tokio, Nowym Jorku… Interesuje mnie, czy patrzyłeś na plakat, jak na dzieło mające spełniać propagandową rolę?

–Nie. Interesowały mnie te same rzeczy, które dzieją się w ekslibrisach przeznaczonych dla jednej osoby. Plakaty robiłem podobnie jak ekslibrisy, tylko nie dla jednej osoby, a dla wielu osób. Taka jest rola plakatu, aby gdy wisi na ulicy zobaczyło go jak najwięcej osób. Podróżując po świecie dziwiłem się w jaki sposób moje plakaty rozeszły się i spotykałem je w najodleglejszych miejscach.

–Jak mógłbyś określić język swoich plakatów?

–Język jest podobny w całej plastyce, wychodzi z rysunku. Plakat, to coś oszczędnego, mocnego, uderzającego, gdzie przemawiają jedna, dwie rzeczy, które mają pewną dramaturgie i są połączone.📷

–Czy podobają ci plakaty innych?

–Czasami widziałem jakiś plakat teatralny czy filmowy, szedłem zobaczyć film, sztuki i porównywałem je, dla mnie często to były zniszczone tematy. Oczywiście wiele było wspaniałych, bo polska sztuka plakatu jest znana na świecie, nie ma dwóch zdań. Faktycznie istnieje kilka nazwisk. Przygoda z plakatem trwała przez parę lat, obecnie powiedziałem sobie, że będę robił tylko plakaty dla siebie, bo najlepiej się znam.

–Od plakatu była dość prosta droga do pasteli. Zacytuję twoją wypowiedź z książki „Twarze” na temat pasteli:

–„...Kocham papier, jego chropowatą powierzchnię. Podczas pracy dotykam go palcami, dłonią, bez pośrednictwa pędzla. Dotykam i czuję oddech papieru. Dotykam tak jak pianista dotyka palcami klawisza i powoli wydobywa dźwięki różnych odcieni. Ja wydobywam twarze: oczy, usta, nos, zmarszczki, światło, cień, pogodę, smutek. Twarze w ciszy, twarze w samotności, w milczeniu, oczekiwaniu, na których czas zostawia coraz mcniejszy ślad…”. Muszę przyznać, że nie spotkałem się z bardziej poetycką wypowiedzią malarza na temat tego co robi.

–Dziedzinę. którą nazywam pastelami, odkryłem sam dla siebie w Berlinie Zachodnim w 1984 r. Poczułem wtedy, że to jest technika, która mi bardzo odpowiada. Każdy twórca robi to inaczej, najważniejsze jak łączy się kolorystyka z tym co się chce przedstawić. U mnie to było już zauważone w plakatach. Od tego czasu pastele należą do moich głównych technik. Ciekawe, bo wcześniej obserwowałem jak moja żona Łucja maluje pastele i nic mnie do nich nie pociągało.

– Już w pastelach pojawiły się u ciebie duże zbliżenia twarzy. Maski, które potem zacząłeś łączyć z korzeniami powstały jakby w sposób naturalny nazywane przez ciebie Smutki. Jak do tego dochodzisz, że tworzy się coś nowego?

–To nie był tak, że nagle poczułem, iż będę tworzył jakąś nową dziedzinę, czy coś takiego. Chciałem po prostu coś robć. Zrobiłem jedną, drugą, trzecią... powstała cała „Rodzina”, a potem patrzę, że można robić wyższe, niższe, młodsze, starsze, mogę użyć korzeni. Jeden pomysł rodził drugi. Nie chciałem produkować masowo. Moja „Rdzina” pojechała do Tokio, Francji, była wystawiona w Galerii Studio, Galerii Zapiecek. W ten sposób powstały „Smutki”, nie było tak, że natarczywie chciałem zrobić coś w kierunku rzeźby, czy przestrzeni.

–Wystarczy „Smutki” poruszyć i jest jeden krok do instalacji, teatru?

–Tak. W Galerii Zapiecek eksponowałem maski z szatami. Ruch dodałem kiedy dzieci szły z maskami od mojej pracowni na Bednarskiej do Galerii Zapiecek, przeszliśmy pochodem koło Zamku Królewskiego i one jakby ożyły. W galerii potem stały nieruchomo, ale siedząc w pracowni tego bym nie wymyślił.

–Coraz częściej przy okazji wystaw robisz akcje, happeningi?

–Z happeningiem również zaczęło się naturalnie przy wystawie „Historia i życie" w Teatrze Studio w Warszawie. Zrobiłem zamknięcie wystawy „Smutków", gdzie maski kładłem do pudeł przypominających trumny, w szatach, zamykając je. Jadłem zupę dziurawą łyżką, co miało symbolizować, że bez końca udajemy jedzenie, a faktycznie nigdy nie jesteśmy syci. Był również stół oplątany drutem kolczastym, na którym było białe i czerwone wino. W momencie, kiedy oplatający drut przeciąłem, ludzie mgli dostać się do stołu i poczęstować się. Miałem akcje w Kazimierzu nad Wisłą, którą przewidywałem na 20 minut, a przedłużyła się o godzinę, widzowie siedzieli, obserwowali. Niektórzy myśleli, że to zaplanowana, reżyserowana sztuka, a to była jednorazowa improwizacja. Miałem tylko przyniesionych kilka rzeczy: stół, łóżko, lustro, wodę, talerze z farbami, pędzle, brzytwę, płótno naciągnięte na ramę. Gdy brałem jakiś przedmiot do ręki. to wówczas Się akcja. W Krakowie była akcja „Droga”, podczas mojej retrospektywy na kolanach układałem deski, tak jakby z jednego piętra zjeżdżałem na dół i z powrotem wróciłem do pokoju. Pomysł był taki, że człowiek budzi się, zaczyna podróż w świat, przechodzi ciężką, mozolną drogę i wraca do swego pokoju, gdzie dożywa ostatnich dni.

Akcja „Nie chciana książka” w Olsztynie, gdzie zrobiłem mur z książek, a na grzbietach namalowałem portret, popychałem, wszystko rozsypywało się, a dzieci znów to budowały. To było wywołane tym, że w Polsce w magazynach zalegała ogromna liczba książek, które idą na przemiał, bo sprzedawać nie można, nie pozwalają na to przepisy. W Wilnie robiłem akcję „Studnia”. Według mojego projektu została zbudowana duża litewska studnia, były również dzbany zaznaczone od 1973 do 1993 r.., jeden na każdy rok. Ze studni przyniosłem wodę, wlewałem do pierwszego dzbana z datą 1973 i potem kolejno do 1974, 1975… Woda wędrowała z dzbana do dzbana, aż do 1993 Miało to symbolizować wędrówkę tego, co zostało zdobyte w tych latach, jaki miało wpływ na to kim jestem dziś.

–Z tego widać, że interesuje cię publiczne pokazywanie się, aktorstwo, po latach samotnego siedzenia w pracowni. I znowu, zupełnie naturalnie zainteresowałeś się teatrem? —Tak, po wystawie w Galerii Studio Grzegorzewski zaproponowai mi, że mogę zrobić swój teatr. Powiedziałem mu wtedy, że myślę o tym od dawna, ale nigdy nie miałem odwagi kogoś o to prosić. Kiedy otworzyłem swoja retrospektywną wystawę w Krakowie, Grzegorzewski powiedział, że daje mi pracownię aktorów, gdzie mogą mi robić rekwizyty. Zacząłem moją sztukę od rekwizytów.

Kiedy powstał zespół rekwizytów, rozpoczęłem próby z aktorami. Mówili mi, że po raz pierwszy w historii tego teatru najpierw były rekwizyty, potem aktorzy, a na końcu scenariusz.

–Mnie się wydaje, że u ciebie to właściwie nie są rekwizyty, ale obiekty sztuki, podobnie jak u Kantora?

–To prawda. Gdy sztuka „Biały jeleń” przestanie być grana, to rekwizyty będę wystawiał jako instalacje na wystawie. Mogą żyć własnym życiem.

– Jest to bardzo autobiograficzna sztuka?

—–W sztuce gram sam siebie, są fakty z mojego życia na Litwie i w Polsce. Swoimi środkami opowiadam pewne momenty z dzieciństwa. Każdy wrażliwy człowiek odbiera to po swojemu. Praca nad sztuką była bardzo ciężka, bo wiele scen odchodziło, potem wracało, trzeba to było połączyć w całść. Moją rolą nie jest to, że dosłownie coś opowiadam., ale odsiewam przez sito i pozostaje walizka, koryto, deska...

Widownia, która uczestniczy w sztuce najbardziej żywo reaguje, już film jest zupełnie czymś innym.

–Teatr to zupełnie inne medium niż sztuki plastyczne w nim też się spradszasz?

Musiałem się tego nauczyć, oprócz tego, że występuję w głównej roli, to muszę śledzić rytm, czuwać nad każdym swoim ruchem, a także aktorów, bo po każdym przedstawieniu robię im uwagi, że coś jest nie tak.

Na każdym przedstawieniu powstaje nowy rysunek, po kilkunastu przodstawieniach powstanie swoista galeria rysunków, która została stworzona w zupełnie unikatowy sposób. Jest to koleina rzecz którą rodzi życie. Teatr rodzi sztukę plastyczną, która powstaje w czasie przedstawienia.

–Co jest dla cleble najważniejsze w sztuce?

–Trudno powiedzieć, na pewno każda rzecz ma wpływ na następną. Zawsze, czy to w ekslibrisie, czy w większych formach, spotykam się z ograniczeniami. Nieustannie kręcę się koło tematu człowieka, jeżeIi maski – to twarz, w teatrze – postać. Najbardziej chyba cenię niezależność. W teatrze byłem w pewien sposób uzależniony od aktorów. Od możliwości sceny. Tak samo w obrazach, mam wolność. Nikt mnie nie hamował, gdy zaczynałem na nich pisać wypowiedzi historyka z Rzymu, który trafił w moją twórczość, samotność. Kiedy jeden z obrazów zapisany wystawiłem we Francji, to wielu ludzi czytało, literka po literce. Znakomicie, to jest rozmowa z obrazem. Tak sarno jak Opałka rysuje cyferki, on ma inna ideę, realizuje do upadłego. Ja motywuję po swojemu każdą rzecz i mam dla siebie motywacje. Wcześniej czy później ta motywacja dociera do ludzi.

–Jak oceniasz krytyków sztuki, patrząc na siebie?

–Nieraz krytykom mówiłem, że jeszcze takiego nie było, który serio poznał moją twórczość, nawarstwiającą się przez lata. Wszystko co jest napisane jest powierzchowne.

–Krytycy lubią kogoś sklasyfikować, najlepiej gdy uprawia jedną dziedzinę, wtedy jest prosta sprawa. Z tobą nie jest łatwo.

–Jest wielka specjalizacja i zaszufladkowanie, na którym ludne jadą przez całe życie.

–Jesteś zaprzeczeniem tego, nie wykorzystujesz osiągnieć, po sukcesje w ekslibrisie robisz miniatury, potem plakaty, pastele, happeningi, teatr…

–Najbardziej fascynuje mnie być wolnym i samemu decydować o sobie, aby ktoś nie powiedział: to zrobiłeś, to już dalej będzie tylko to i nic więcej. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale samo układa się jedno po drugim, a pewne rzeczy z latami stają się historią. Tak jak choćby miniatury, których już nie robię.

–Czy jest coś z czego nie rezygnujesz?

–Codziennie towarzyszy mi rysunek. Czasami gdy siedzę w klnie, to po ciemku coś rysuję, bo mi w głowie coś świta. W przyszłości będzie mnie interesowało kino. Ale nie robię planów, patrzę co dzieje koło mnie. Ten rok jest zupdnłe inny. Realizacja w teatrze, potem realizacja filmu z Papuzińskim, z dekoracjami. Nie były w moich projektach. Scenariusz do tego filmu był napisany trzy lata temu, potem nie było sponsora, czekano, ale doszło do realizacji. Jedno skończyło się, to znowu coś innego się zaczęło.

Oczywiście moje przedstawienie „Biały jeleń" jest grane co miesiąc, po 2—3 razy w teatrze. To wszystko ma rytm i trudno powiedzieć jak to będzie w przyszłości wyglądało. Na pewno wszystko łączy kredka, piórko i papier.

Mam kilka ciekawych prac Stasysa. Ale portret, mnie leżącego, nikt mi jeszcze nie zrobił, poza Stasysem w 1995 r. Bardzo mi się podoba, ze względu na oryginalność. Muszę komuś zrobić taki fotograficzny. I tu właśnie widzę przenikanie się sztuk. Ktoś maluje z moich zdjęć, ja patrze na interesujące pomysły marlarskie…


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon