Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Robert Rient


„…Jeśli nie wiesz, dlaczego czegoś nie chcesz, to może właśnie tego chcesz, albo po prostu jesteś tępy…” – Robert Rient „Chodziło o miłość”.

Robert Rient, właśc. Łukasz Zamilski (ur. w 1980 w Szklarskiej Porębie) – dziennikarz, reportażysta i pisarz.

Dorastał w Szklarskiej Porębie Średniej, w której pracował później jako dziennikarz w „Tygodniku Szklarskoporębskim”. Liceum Ekonomiczne ukończył w Jeleniej Górze, następnie studiował resocjalizację i pedagogikę zdrowia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie uzyskał tytuł magistra. W Poznaniu pracował jako prezenter radiowy w Radiu Afera i jako redaktor naczelny portalu informacyjnego Pion.pl. Studiował psychoedukację w Instytucie Treningu i Edukacji Psychologicznej w Krakowie i proces grupowy w Szkole Treningu Grupowego, po czym uzyskał rekomendacje Polskiego Towarzystwa Psychologicznego: I stopień (trener warsztatu umiejętności społecznych) i II stopień (trener treningu interpersonalnego). Po przeprowadzeniu się do Warszawy Rient rozpoczął pracę jako wykładowca w Warszawskiej Szkole Filmowej i dziennikarz niezależny.

O swoim odejściu od religii i Świadków Jehowy, z powodu utraty wiary napisał w reportażu Żadnej krwi i autoreportażu Świadek, której przyznano Trójkowy znak jakości. W książce Świadek ujawnił się jako gej.

Pisarz został nominowany do nagrody dziennikarskiej MediaTory 2015 „za przełamanie tabu i opisanie bezwzględnych zasad rządzących hermetycznym środowiskiem zboru, przez co skazał się na ostracyzm z ich strony. Za poruszający opis drogi od zniewolenia do wolności”. Kilka miesięcy później w reportażu „Czaiłem się między ścianą a sufitem” opisał on problem pedofilii w organizacji Świadków Jehowy.

W 2013 został stypendystą „Programu Wyszehradzkich Rezydencji Literackich” (w ramach „Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego”), a w 2016 został laureatem stypendium literackiego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W 2018 nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” za powieść Duchy Jeremiego.

Jest współautorem raportu „Męskość i kobiecość w lekturach szkolnych. Analiza treści lektur w szkole podstawowej i gimnazjum z perspektywy równości płci”.

Jest autorem m.in.: Chodziło o miłość, 2013; Świadek, 2015; Witness: Inside Jehovah's Witnesses Inside Catholic Poland Inside A Gay Life, 2016; Duchy Jeremiego, 2017; Out LGBTQ Poland, 2018; Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie, 2018.


Robert Rient przyszedł do mnie do Łazienek Królewskich, a konkretnie do Pałacu Myśliwieckiego, gdzie przez sześć lat miałem spotkanie w serii ARTYŚCI w ŁAZIENKACH, 8 listopada 2012 r. z malarką Ewą Gargulińską, z którą poznaliśmy się w Nowym Jorku w latach 80-tych, a teraz przyleciała do Warszawy z Londynu. Zrobiłem Robertowi serię portretów, a on przeprowadził ze mną wyczerpujący wywiad o fotografii portretowej, wyszła wówczas moja książka „Portrety z historią”, a wywiad ukazał się magazynie SENS luty 2013. Muszę powiedzieć, że jak po 10 latach przeczytałem ten wywiad, to nic nie stracił na swojej ważności i prawdzie.



strefy życia życie ze sztuką

Niech gonią INNI

– Jak na pana patrzę, to nie muszę teraz robić zdjęcia, by wiedzieć, jak ono będzie wyglądało, bo właśnie zrobiłem je w głowie – z wybitnym fotografem Czesławem Czaplińskim rozmawia Robert Rient (Mag. SENS luty 2013):

Podobno pana pierwsze zdjęcie było nieudane... Takie w ogóle pierwsze, w całym życiu pierwsze?

Tak.

To sięgamy naprawdę głęboko. Na pierwszą komunię dostałem aparat Smienę, ale nie wiedziałem, jak robić zdjęcia. Wywołałem film, było na nim kilka dobrze naświetlonych fotografii, ale całość faktycznie nieudana. Tak się zaczęło.

Kiedy fotografowanie stało się pomysłem na życie?

Zaczynałem jako ktoś z innej bajki. W szkole średniej intereso- wałem się entomologią, jeździłem na obozy ze studentami i ob- serwowałem ważki. Bardzo szybko doszedłem do wniosku, że właśnie tymi owadami będę się zajmował, chociaż obok zawsze była fotografia. Zapisałem się wtedy na wykłady prowadzone przez profesorów Szkoły Filmowej w Łodzi, które odbywały się w Łódzkim Towarzystwie Fotograficznym. To był początek lat 70. Zostałem redaktorem naczelnym i jedynym pisma składającego się z czterech kartek, robionych na powielaczu. Ale to właśnie wtedy zaczęły się moje kontakty z tzw. wielkim światem. Strategiczne były zaproszenia do udziału w konkursach fotograficznych, które przychodziły do szkoły filmowej z całego świata. Stwierdziłem, że to niesprawiedliwe, że informacje o tym docierają tylko do zarządu, wąskiej grupy ludzi. Zacząłem je upubliczniać, sam wystartowałem w kilku, pojawiły się nagrody.

A skąd to zainteresowanie ważkami?

Ciekawiły mnie zjawiska z pogranicza techniki i biologii, a ważka to taki naturalny helikopter. Taksonomia, faunistyka były pasjonujące, uwielbiałem odkrywać nowe gatunki, poznawać ich nazwy, a że trzeba było mieć specjalizację, wybrałem waż- ki. Jest ich niespełna sto gatunków, obserwacja tych owadów, zazwyczaj w pięknym otoczeniu, gdzieś nad wodą, to całkiem ciekawe zajęcie.

Ważka to takie nieuchwytne stworzenie, misterne, pozo- stające w nieustannym ruchu, po to, by na chwilę gdzieś zastygnąć, zatrzymać się i zniknąć. Zupełnie jak człowiek. Dopiero niedawno usłyszałem, że David Rockefeller ma wielką kolekcję chrząszczy (Coleoptera), z której chce zrobić muzeum. Gdybym to wiedział, gdy robiłem mu zdjęcia, miałbym dodatkowy, genialny plener. A jeśli chodzi o ważki, to trzeba być bardzo czujnym, by je widzieć, trzeba mieć wyostrzony wzrok. Zauważyć, gdzie się taka zatrzyma, gdzie usiądzie. Faktycznie, jak pan to teraz powiedział, pomyślałem, że obserwowanie ich przypomina niekiedy obserwowanie ludzi, których portretuję.

Jak pan rozwija czujność, umiejętność obserwacji?

Od zawsze byłem typem obserwatora. Do dzisiaj znajduję na ulicach pieniądze oraz różne drobne przedmioty, bo widzę detale, szczegóły. Przyglądam się światu.

Jak ma się w sobie szaleństwo, to nie liczy się czasu. Od 30 lat wstaję codziennie o szóstej rano, a czasami chodzę spać o pierwszej czy drugiej. I nie narzekam na to. Nie jestem zmęczony. Fotografia jest moim życiem, a to przecież cudowne móc robić to, co się kocha

Ale to nie wystarczy, by zrobić dobry portret. Gdzie się pan tego nauczył? Przygotowując wymyśloną przez siebie wystawę w Nowym Jorku. Wyjechałem w 1979 roku, oficjalnie miałem jechać na wykład o ważkach do Montrealu, a z samolotu wysiadłem w Nowym Jorku. Po dwóch miesiącach napadli mnie na 42. ulicy między 7th a 8th Avenue. To było wówczas najbardziej niebezpieczne miejsce w mieście, taka kloaka świata. Narko mani na ulicy szykowali sobie porcje i wstrzykiwali do żył, prostytutki prze- chadzały się półnago. Po szarej Polsce patrzeć na coś takiego z Canonem w ręku i teleobiektywem – to była bajka. W pewnym momencie poczułem zim ne ostrze noża na gardle, trzech Murzynów wyrywa mi sprzęt, a ja, zamiast go puścić, szamoczę się. Wtedy chyba przeżyłem coś na kształt śmierci. Mózg był tak wystraszony, że faktycznie całe życie przeleciało mi w cudownych, trójwymiarowych kolorach przed oczami, zobaczyłem najważniejsze obrazy ze swojego życia. Jeśli tak wygląda śmierć, to nie jest źle. Na policji powiedzieli mi, że jestem szczęściarzem, że przeżyłem.

Udało się odzyskać aparat?

Nie, a pieniądze przeznaczone na pobyt natychmiast wydałem na zakup nowego sprzętu, bo został mi tylko jeden obiektyw. Zna- lazłem się w bardzo trudnej sytuacji. W Nowym Jorku bez pracy, pieniędzy i znajomych. Przez chwilę rozważałem zatrudnienie w cukierni, ale stwierdziłem, że przyjechałem tam przecież po to, by zostać fotografem. Miałem przy sobie zdjęcia papieża, które zrobiłem dwa tygodnie przed wylotem z Polski, podczas jego pierwszej wizyty i naiwnie myślałem, że tymi zdjęciami podbiję Amerykę. Trafiłem do wydawnictwa, w którym usłyszałem, że robię dobre zdjęcia, ale niepotrzebnie gonię rzeczywistość. „Twórz swój świat, taki, do którego będą chcieli przyjść ludzie, niech gonią inni” – powiedział mi wydawca.

I wziął pan to sobie do serca?

To było najważniejsze stwierdzenie w moim życiu, stało się mottem tego, co robię. Później poszedłem do laboratorium Raffi na 46. ulicy, jednego z najlepszych studiów fotograficznych, którego klientem była grupa Magnum Photos, założona przez Roberta Capę. Pokazałem swoje zdjęcia, właściciel mnie zapy- tał, co potrafię robić, powiedziałem, że wszystko. Roześmiał się i powiedział, że albo fotografuję, albo pracuję w ciemni, albo obsługuję klientów. Wyjaśniłem mu, że w Polsce robi się wszystko, on na to, że nie ma takiej opcji. Zaproponowałem, że przez tydzień przejdę przez wszystkie stanowiska za darmo, a jeśli się sprawdzę, to zostanę. Zaufał mi i zacząłem praco- wać. Po roku dowiedziałem się wszystkiego, czego chciałem, o robieniu zdjęć w Ameryce i odszedłem.

Żeby zorganizować swoją wystawę?

Już podczas pracy w studio wymyśliłem sobie, że sfotografuję wybitnych Polaków w Nowym Jorku. Razem z Bolesławem Wierzbiańskim, redaktorem „Nowego Dziennika”, wybraliśmy około setkę ludzi. Postawiłem się w bardzo stresującej sytuacji, która wymagała sporego wysiłku, ale jak się chce coś osiągnąć, zawsze trzeba tak robić. Tylko w trudnych warunkach można wykrzesać z siebie to, co wartościowe. Nauczyłem się tak or- ganizować swój czas, aby coś, na co inni poświęcają tygodnie, wykonać w kilka dni. Rano przed pracą jechałem fotografować, wieczorami i nocami wywoływałem zdjęcia. Na nich nauczyłem się, na czym polega prawdziwy portret.

To był akt odwagi czy desperacji?

Tak po prostu trzeba było zrobić. Nie patrzyłem na to w ka- tegoriach specjalnej odwagi, zdecydowanie bardziej despe- racji. Jak ma się w sobie szaleństwo, to nie liczy się czasu. Od 30 lat wstaję codziennie o szóstej rano, a czasami chodzę spać o pierwszej czy drugiej. I nie narzekam na to. Nie jestem zmęczony. Fotografia jest moim życiem, a to przecież cu- downe móc robić to, co się kocha. Wystawa odbyła się 3 maja 1981 roku w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku. W tym roku, sentymentalnie, po 30 latach zrobiłem tam drugą wystawę, teraz już wybitnych postaci ze świata.

Uparł się pan wtedy na zrobienie zdjęć Jerzemu Kosińskiemu.

Bo on był w tamtych czasach najsławniejszy, wszyscy czytali jego książki, występował w telewizji, grał w filmach. Pomyślałem, że jeśli nie uda mi się zdobyć Kosińskiego, to mogę już wracać do Polski. Przyjąłem zasadę, żebym to ja decydował, kogo chcę fotografować. Czasami robię coś na zamówienie, ale generalnie do portretów sam wybieram ludzi, bo dopiero to ma sens.

Aby zrobić zdjęcia Wisławie Szymborskiej, czekał pan kilka miesięcy. Na kogo czekał pan najdłużej? Są tacy, których w ogóle nie udało mi się sfotografować, a chciałem. Tak było z Władysławem Hasiorem, którego znałem wiele lat. Gdy mnie zaprosił po raz pierwszy do swojej willi, w której znajdowało się piękne muzeum z jego rzeźbami, to bardzo chciałem mu w tym otoczeniu zrobić zdjęcie. Powiedział mi, że przyjechałem za późno, o kilka lat za późno. Spotykaliśmy się jeszcze wiele razy, w końcu się zaprzyjaźniliśmy. Mogłem go złapać kilka razy szerokim kątem, bez jego wiedzy, ale z szacunku do jego decyzji nie zrobiłem tego. Pozostały mi portrety, które mu zrobiłem w głowie. Przypomniały mi się, kiedy zmarł i w pismach pojawiły się jego zdjęcia. Takie sobie... Myślę, że w przyszłości będzie można takie obrazy „wydobyć” z mózgu.

Jak się pan przygotowuje przed sesją?

Czytam o każdej osobie wszystko, co mogę znaleźć, informacje, wycinki z gazet, artykuły z internetu – te materiały sięgają czasami pod sufit.

Nie rzeźbi pan w przestrzeni, nie zagaduje bohaterów, nie rozbawia ich? Człowiek sam siebie stwarza i buduje i albo jest gotowy w danym momencie komuś zaufać, albo nie.

Czym jest to zaufanie?

Poczuciem, że to, co robię, jest poważne. Prawdziwy fotograf nie chce zrobić zdjęcia komuś sławnemu i na tym płynąć. Jeśli znana postać nie będzie miała dobrego zdjęcia, dobrego fotografa – może przestać istnieć w historii. To jest poważna sprawa, bardzo poważna. Mam parę takich zdjęć, które są kluczowe, bez przerwy publikowane, takie, które ukształtowały, a nie tylko podkreśliły czyjś wizerunek.

Gdy po raz pierwszy wszedł pan do mieszkania Ewy Braun, poprosił, by zdjęła sukienkę i założyła szlafrok. Czasami próbuje pan narzucić swoją wizję bohaterom.

Gdy Władysław Hasior po raz pierwszy zaprosił mnie do swojej willi, w której znajdowało się piękne muzeum z jego rzeźbami, to bardzo chciałem mu w tym otoczeniu zrobić zdjęcie. Powiedział mi, że przyjechałem za późno, o kilka lat za późno.

Ewa pozwoliła mi się najpierw rozejrzeć po mieszkaniu. Zobaczyłem, że w sypialni na toaletce stoi statuetka Oscara, a na nim wisi sznur pereł. Idealne na tło! Ale jak mógłbym ująć ją przy tej toaletce, wymalowaną i ubraną w elegancką kreację? Musiała się przebrać w szlafrok. To było oczywiste. Trochę się bała, w końcu jakiś obcy facet każe jej się rozebrać – wówczas jeszcze nie znaliśmy się tak dobrze jak teraz – ale dała się przekonać.

A co, gdy się nie udaje, gdy ktoś odmawia?

Nie stwarzam takich sytuacji, w których mógłbym dostać odmowę. Trzeba uchwycić odpowiedni moment, by zadać pytanie. Parę dni temu byłem w Łodzi, w swojej ulubionej restauracji Anatewka. Nagle widzę, że z długim rachunkiem podchodzi do baru Marek Belka, obserwuję go, w głowie pojawia się pomysł. Biorę aparat, podchodzę do niego i myślę: „teraz albo nigdy”. Ludzie mi nie odmawiają.

Co pan robi z odrzuconymi zdjęciami?

Przechowuję, niczego nie niszczę. Przechodzę właśnie przez moje archiwa, wracam do starych zdjęć, zauważam, że wybieram teraz zupełnie inne niż wcześniej.

Co się zmieniło?

Znajduję rzeczy, których wcześniej nie widziałem. Może to brzmi dziecinnie, ale ja naprawdę robię to dzień i noc. Fotografia to mój sposób życia, to dla mnie wszystko. Jak w tym roku pojadę na święta z rodziną, to nie będzie inaczej, będę robił zdjęcia. Przyszedł taki moment, kiedy czuję, że przepłynąłem rzekę i jestem po drugiej stronie, i wiem, kto też jest po drugiej stronie. Jak się z kimś kontaktuję w sprawie zdjęć, to wiem, czy ten ktoś już przepłynął, czy dopiero przypłynie, czy w ogóle dopłynie, czy się utopi. Jest coś takiego w komunikacji, że się wie. Nie umiem tego wytłumaczyć. Ja wiem, jak to zrobić. Jak na pana patrzę, to nie muszę teraz robić zdjęcia, by wiedzieć, jak ono będzie wyglądało, bo właśnie zrobiłem je w głowie. Zawsze muszę wiedzieć, co będzie dalej.

Skąd pan to wie?

Z doświadczenia, obserwowania życia punkt po punkcie. Bardzo często staram się dowiadywać od ludzi, z którymi się przyjaźnię i pracuję, jak oni tworzą. To mnie ogromnie ciekawi.

Witold Lutosławski mówił mi, że najpierw słyszy, a potem ręka sama pisze, nie potrzebuje grać na fortepianie. Pytałem Agnieszki Osieckiej, jak to jest pisać takie wiersze, piosenki.

Siedzieliśmy u niej w domu na Saskiej Kępie. „Jest drzewo”– mówi ona – „a na nim słowa jak liście. I ja je zrywam i wkładam do wiersza, wiem gdzie pasują”. Edward Redliński wyznał mi, że miał pomysł na „Konopielkę”, ale nie mógł jej uchwycić. Odciął się od ludzi, wyprowadził poza Warszawę, nakupował jedzenia, zakleił okna w domu, żeby było ciemno, siedział tydzień czy dwa i napisał genialną książkę.

Są takie momenty, gdy nie wyciąga pan aparatu?

Zawsze mam przy sobie małą Leicę, ale nie chodzę z profesjonalnym aparatem. Nie gonię za miejscem, człowiekiem. Wczoraj przy promocji książki stałem z Ewą Braun, naprzeciwko nas z 10 fotografów, cykali jedno zdjęcie za drugim. Ewa powiedziała do nich: „Wszyscy będziecie mieli takie samo zdjęcie”. Nie zrozumieli, zrobili swoje i rozeszli się. Z tego nic dobrego nie może wyjść. Ludzie się pogubili.

Bo biegną za rzeczywistością, a nie stwarzają jej?

A jeśli nawet stwarzają, to nie taką, do której inni chcą wejść. Każdy, kto jest geniuszem w dowolnej dziedzinie, kto poważnie traktuje swoją pracę, tak właśnie robi. Zaprasza do swojego świata. Nie odtwarza, nie gra. Wyścig nie jest potrzebny.


PORTRAIT with HISTORY Robert RIENT



"... If you don't know why you don't want something, maybe that's what you want, or you're just dumb ..." - Robert Rient "It was all about love."

Robert Rient, responsible Łukasz Zamilski (born in 1980 in Szklarska Poręba) - journalist, reporter and writer.

He grew up in Szklarska Poręba Średna, where he later worked as a journalist in Tygodnik Szklarskoporębski. He graduated from the Secondary School of Economics in Jelenia Góra, then he studied rehabilitation and health pedagogy at the University of Adam Mickiewicz in Poznań, where he obtained a master's degree. In Poznań, he worked as a radio presenter at Radio Afera and as the editor-in-chief of the information portal Pion.pl. He studied psychoeducation at the Institute of Psychological Training and Education in Krakow and the group process at the Group Training School, after which he obtained the recommendations of the Polish Psychological Association: 1st degree (social skills workshop trainer) and 2nd degree (interpersonal training trainer). After moving to Warsaw, Rient started working as a lecturer at the Warsaw Film School and a freelance journalist.

He wrote about his departure from religion and Jehovah's Witnesses due to the loss of faith in the report No Blood and the self-report of a Witness, which was awarded the Triple Quality Mark. In the book, The Witness revealed himself as gay.

The writer was nominated for the MediaTory 2015 journalist award "for breaking taboos and describing the ruthless rules governing the hermetic environment of the congregation, which condemned himself to ostracism on their part. For the moving description of the road from enslavement to freedom”. A few months later, in his report "I Lurked Between the Wall and the Ceiling," he described the problem of pedophilia in the organization of Jehovah's Witnesses.

In 2013, he received a scholarship from the "Visegrad Literary Residence Program" (under the "International Visegrad Fund"), and in 2016 he was awarded a literary scholarship by the Minister of Culture and National Heritage. In 2018, he was nominated for the Nike Literary Award for the novel Jeremy's Ghosts.

He is the co-author of the report 'Masculinity and femininity in school reading. Analysis of reading content in primary and lower secondary schools from the perspective of gender equality ".

He is the author of, among others: Chodziło o miłość, 2013; Witness, 2015; Witness: Inside Jehovah's Witnesses Inside Catholic Poland Inside A Gay Life, 2016; Jeremy's Ghosts, 2017; Out LGBTQ Poland, 2018; Glimmer. Around the world, around me, 2018.

Robert Rient came to me to Łazienki Królewskie, specifically to the Myśliwiecki Palace, where for six years I had a meeting in the series ARTISTS IN THE ŁAZIENKI, on November 8, 2012, with the painter Ewa Gargulińska, with whom we met in New York in the 1980s, and now she flew to Warsaw from London. I did a series of portraits of Robert, and he conducted an exhaustive interview with me about portrait photography, then my book "Portraits with HISTORY" was published, and the interview was published in SENS magazine February 2013. I must say that after 10 years of reading this interview, it's okay has lost its validity and truth.



living zones - living with art

Let OTHERS follow


- As I look at you, I don't have to take a picture now to know what it will look like, because I just took it in my head - Robert Rient talks to the outstanding photographer Czesław Czapliński (Mag. SENS, February 2013):


Apparently your first photo was unsuccessful ... Such a first, first in your entire life?

Yes.

This is what we go really deep. For my first communion, I got a Smiena camera, but I didn't know how to take pictures. I developed the film, there were a few well-exposed photos on it, but the whole thing was actually unsuccessful. This is how it started.


When did photography become an idea for life?

I started out as someone from another fairy tale. In high school, I was interested in entomology, went to camps with students, and watched dragonflies. I quickly came to the conclusion that these are the insects that I would be dealing with, although there was always a photograph next to it. Then I signed up for lectures by the professors of the Film School in Łódź, which were held at the Łódź Photographic Society. It was the beginning of the 1970s. I became the editor-in-chief and the only magazine consisting of four pages, made on a duplicator. But it was then that my contacts with the so-called big world. Invitations to participate in photo contests that came to the film school from all over the world were strategic. I found it unfair that only the management board, a small group of people, get the information about it. I started to make them public, I started a few myself, there were awards.

And where does this interest in dragonflies come from?

I was interested in phenomena from the border of technology and biology, and the dragonfly is such a natural helicopter. Taxonomy and faunistics were fascinating, I loved discovering new species, learning their names, and since you had to specialize, I chose dragonflies. There are less than a hundred species of them, the observation of these insects, usually in a beautiful environment, somewhere by the water, is quite an interesting activity.

The dragonfly is such an elusive creature, intricate, constantly moving in order to freeze for a moment, stop and disappear. Just like a human. It was only recently that I heard that David Rockefeller has a great collection of beetles (Coleoptera) that he wants to make a museum of. If I had known this when I was taking pictures of him, I would have had an additional, brilliant outdoors. And when it comes to dragonflies, you need to be very vigilant to see them, you need to have sharp eyesight. Notice where it stops, where it will sit. In fact, as you said now, I thought watching them was sometimes like watching the people I portray.


How do you develop vigilance, the ability to observe?

I've always been the observer type. To this day, I find money and various small items on the streets, because I can see details and details. I watch the world.

When you're crazy, time doesn't count. For 30 years I have been getting up at 6am every day, and sometimes I go to bed at one or two o'clock.

And I'm not complaining about that. I am not tired. Photography is my life, and it's wonderful to be able to do what you love


But that's not enough to make a good portrait. Where did you learn this?

By preparing an exhibition of his own invention in New York. I left in 1979, was officially scheduled to attend a dragonfly lecture in Montreal, and got off the plane in New York. After two months I was attacked on 42nd Street between 7th and 8th Avenue. It was the most dangerous place in the city at the time, a cesspool of the world. Narko mani on the street prepared their portions and injected them into their veins, prostitutes walked around half-naked. After gray Poland, looking at something like this with a Canon in hand and a telephoto lens - it was a fairy tale. At one point I felt a cold knife blade on my throat, three Negroes tearing my gear away, and instead of letting go of it, I struggle. I think then I experienced something akin to death. The brain was so scared that in fact my whole life passed in wonderful three-dimensional colors in front of my eyes, I saw the most important pictures from my life. If that's what death is like, it's not bad. The police told me that I was lucky to have survived.


Camera recovery?

No, and I immediately spent the money for my stay on new equipment, as I only had one lens left. I found myself in a very difficult situation. In New York without work, money and friends. For a moment, I considered working in a pastry shop, but found that I had come there to become a photographer. I had photos of the Pope with me, which I had taken two weeks before his departure from Poland, during his first visit, and I naively thought that with these photos I would conquer America. I found myself in a publishing house where I heard that I was taking good pictures, but I was chasing reality unnecessarily. "Create your world the way people want to come, let others chase it," the publisher told me.



And you took it to heart?

It was the most important statement in my life, it became the motto of what I do. Later, I went to the Raffi lab on 46th Street, one of the best photography studios, whose client was the Magnum Photos group, founded by Robert Capa. I showed my photos, the owner asked me what I could do, I said everything. He laughed and said I was either photographing, or working in a darkroom, or serving clients. I explained to him that everything is done in Poland, he said that there was no such option. I offered to go through all the positions for free for a week, and if I did, I would stay. He trusted me and I started working. After a year, I found out everything I wanted about taking pictures in America and left.


To organize your exhibition?

Already while working in the studio, I figured out that I would photograph outstanding Poles in New York. Together with Bolesław Wierzbiański, editor of Nowy Dziennik, we selected about a hundred people. I put myself in a very stressful situation that required a lot of effort, but if you want to achieve something, you always have to do it. Only under difficult conditions can you achieve what is worthwhile. I have learned to organize my time so that something that others spend weeks on can be done in a few days. In the morning before work, I went to photograph, in the evenings and at night I developed the pictures. From them I learned what a real portrait is.


Was it an act of courage or desperation?

It just had to be done. I didn't see it in terms of special courage, definitely more desperation. When you're crazy, time doesn't count. For 30 years I have been getting up at 6am every day, and sometimes I go to bed at one or two o'clock. And I'm not complaining about that. I am not tired. Photography is my life, and it is wonderful to be able to do what you love. The exhibition was held on May 3, 1981 at the Polish Scientific Institute in New York. This year, sentimentally, after 30 years, I made there a second exhibition of now outstanding figures from around the world.

Then you insisted on taking photos of Jerzy Kosinski.

Because he was the most famous in those days, everyone read his books, acted on television, acted in movies. I thought that if I did not manage to get Kosinski, I could go back to Poland. I made the rule that I should decide who I want to photograph. Sometimes I do something on request, but in general, I choose people for portraits myself, because that only makes sense.


You waited several months to take pictures of Wisława Szymborska. Who have you been waiting for the longest?

There are some that I didn't manage to photograph at all, but I wanted to. This was the case with Władysław Hasior, whom I knew for many years. When he invited me for the first time to his villa, which housed a beautiful museum with his sculptures, I really wanted to take a photo of him in this environment. He told me that I had arrived too late, a few years too late. We met many more times and finally became friends. I could catch him wide angles several times without him knowing, but out of respect for his decisions, I didn't. I am left with the portraits I made in his head. I remembered when he died and his photos appeared in the magazines. So-so ... I think that in the future it will be possible to "extract" such images from the brain.


How are you preparing for the session?

I read everything I can find about each person, information, newspaper clippings, internet articles - these materials sometimes reach up to the ceiling.


You don't sculpt in space, talk to the characters, make them laugh?

Man creates and builds himself and is either ready to trust someone at a given moment or not.


What is this trust?

The feeling that what I am doing is serious. A real photographer doesn't want to take a picture of someone famous and swim on it. If a famous character does not have a good photo, a good photographer - it may cease to exist in history. This is a serious matter, very serious. I have a few photos that are crucial, constantly published, those that shaped, not just emphasized someone's image.

The first time you entered Ewa Braun's apartment, he asked her to take off her dress and put on a bathrobe. Sometimes you try to impose your vision on the heroes.

When Władysław Hasior first invited me to his villa, which housed a beautiful museum with his sculptures, I really wanted to take a photo of him in this environment. He told me that I had arrived too late, a few years too late.

Ewa let me look around the apartment first. I saw that there was an Oscar statuette on the dressing table in the bedroom and on it

hanging a string of pearls. Perfect for a background! But how could I get her by this dressing table, painted and dressed in an elegant outfit? She had to change into a bathrobe. It was obvious. She was a little scared, eventually some stranger tells her to undress - then we didn't know each other as well as we do now - but she let herself be convinced.


What if it fails, if someone refuses?

I do not create situations in which I could be denied. You have to catch the right moment to ask a question. A few days ago I was in Łódź, in my favorite restaurant, Anatewka. Suddenly I see Marek Belka approaching the bar with a long bill, I watch him, an idea pops up in my head. I take the camera, go to it and think "now or never." People don't say no to me.


What are you doing with the rejected photos?

I store, I do not destroy anything. I am just going through my archives, going back to old photos, I notice that I am now choosing completely different than before.



What changed?

I find things that I haven't seen before. It may sound childish, but I really do it day and night. Photography is my way of life, that's all for me. When I go to Christmas with my family this year, it will be no different, I will be taking photos. There has come a moment when I feel like I have crossed the river and I am on the other side and I know who is on the other side as well. When I contact someone regarding photos, I know if that person has already swum, or is just about to come, if they will swim at all, or if they will drown. There is something about communication that you know. I can not explain that. I know how to do it. As I look at you, I don't have to take a picture now to know what it will look like, because I just took it in my head. I always need to know what's coming next.


How do you know that?

From experience, observing life point by point. Very often I try to find out from people with whom I am friends and work how they create. This is very interesting to me.

Witold Lutosławski told me that he hears first and then the hand writes by itself, he does not need to play the piano. I asked Agnieszka Osiecka what it was like to write such poems and songs.

We stayed at her house in Saska Kępa. "There is a tree," she says, "and on it words like leaves. And I break them off and put them in a poem, I know where they fit. Edward Redliński confessed to me that he had an idea for "Konopielka", but he could not capture it. He cut himself off from people, moved outside Warsaw, bought food, glued the windows of the house to keep it dark, sat for a week or two and wrote a brilliant book.


There are times when you don't take out your camera?

I always have a little Leica with me, but I don't wear a professional camera. I'm not chasing a place, man. Yesterday, during the promotion of the book, I was standing with Ewa Braun, in front of us from 10 photographers, taking one photo after another. Eve said to them, "You'll all have the same photo." They did not understand, did their job and left. Nothing good can come of it. People got lost.


Because they are chasing reality and not creating it?

And even if they create, not one that others want to enter. Anyone who is a genius in any field who takes their job seriously does just that. He invites you to his world. It doesn't play, it doesn't play. The race is not needed.



Ostatnie posty

Zobacz wszystkie