Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Rafał Olbiński


„…William Faulkner powiedział, że każdy artysta jest opętany przez demony, choć nie bardzo wie, dlaczego został przez nie wybrany. Ale też nie ma czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Ja się pod tym podpisuję. Demony, weny, muzy są. Kłębią się gdzieś, ale nie mamy dla nich czasu, bo mamy terminy…” – Rafał Olbiński.

Pierwsze portrety Rafałowi Olbińskiemu zrobiłem w czasie jego pierwszej wystawie w Nowym Jorku, w październiku 1981 r., w Polskim Instytucie Naukowym, gdzie ja miałem wystawę w maju, tego samego roku. Czterdzieści lat temu! Od tego czasu zaprzyjaźniliśmy się, fotografowałem go wielokrotnie prywatnie i w pracowniach w Nowym Jorku, Warszawie, Brukseli…napisałem o nim kilka artykułów, on zrobił dla mnie kilka ważnych okładek do moich książek, albumów i plakatów. Ale muszę powiedzieć, że tamte, pierwsze portrety, robione w wyjątkowej sytuacji, kiedy on i ja, w sumie zaczynaliśmy w Nowym Jorku, są niesamowicie prawdziwe. Nawet nie wiem, jak je opisać. Mam je tylko czarno białe, ale nie wyobrażam sobie, że mogły by być kolorowe.

Rafał Olbiński ur. 21 lutego 1943 r. w Kielcach – grafik, malarz, ilustrator, jeden z najbardziej światowych polskich artystów. Studiował na wydziale architektury Politechniki Warszawskiej. Przyznaje, że podobał mu się „romantyzm tego zawodu” i dodaje: „miałem to szczęście, że uczyli mnie znakomici profesorowie, jeszcze przedwojenni. Szalenie barwne postacie, jak Pniewski, Hryniewiecki, Bogusławski”.

Drogę artystyczną rozpoczynał jako grafik w redakcji „Jazz Forum”. W 1981 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych z wystawą plakatów jazzowych i tam zastał go stan wojenny. Od 1985 r. wykłada w prestiżowej School of Visual Arts na Manhattanie.

Jego prace zdobią okładki m.in. „New York Timesa”, „Time'a”, „Der Spiegla”, czy „Newsweeka", zrobił ich kilkadziesiąt. Otrzymał prawie 200 prestiżowych nagród, w tym złote i srebrne medale stowarzyszenia Society of Illustrators w Nowym Jorku. Jest także laureatem paryskiej Prix Savignac i londyńskiej Nagrody Przeglądu Twórców (1994), zwycięzcą konkursu na plakat reklamujący „Nowy Jork - stolica świata” (1995) oraz został oficjalnym artystą obchodów Dnia Ziemi w Nowym Jorku (2003). Plakatem do opery „Salome” wystawionej w Filadelfii umocnił artystyczną przygodę z muzyką klasyczną. Wykonał serię okładek do wyjątkowego płytowego wydawnictwa – 24 najsłynniejszych oper. A także zadebiutował jako scenograf, przygotowując „Don Giovanniego” W.A. Mozarta w Filadelfii (2002).

Perfekcyjny warsztat (każda praca jest mistrzowsko wykonana bez użycia technik komputerowych) i nieograniczona wyobraźnia sprawiają, że należy do czołówki światowych ilustratorów i plakacistów.

W 1994 r. otrzymał dwie najbardziej prestiżowe nagrody w dziedzinie bliskich mu sztuk: Prix Savignac, odpowiednik międzynarodowego Oskara, za najbardziej znaczący plakat roku (Paryż) oraz Nagrodę Przeglądu Twórców za najlepszą brytyjską ilustrację (Londyn). Rok później został autorem oficjalnego plakatu reklamującego „Nowy Jork - stolicę świata”. Kontynuacją idei były dalsze projekty stworzone na zamówienie władz Berlina, Las Vegas i Tbilisi. Natomiast w 2003 r. wybrano go oficjalnym artystą obchodów Dnia Ziemi w Nowym Jorku, a jego obrazy były prezentowane na Grand Central Station obok dzieł A. Warhola, R. Lichtensteina, K. Heringa.

Jego prace można oglądać m.in. w Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Carnegie Foundation w Nowym Jorku, w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie, czy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Toyamie, a także w wielu Muzeach Plakatu. Są też surrealistycznym akcentem prywatnych kolekcji w USA, Japonii, Australii.

Prezes Międzynarodowego Salonu Plakatu w Waszyngtonie A. Parinaud, zauważył, że: „każdy z rysunków Olbińskiego otwiera świat rozkoszy nowych odkryć. Sprawia, że płyniemy przez chmury, kwiaty i piękne kształty i wierzymy, że sami jesteśmy postaciami z baśni”.

– Czesław Czapliński: Na samym początku, zaraz po wystawie, umówiłem się z Rafałem i sprowokowałem go do wypowiedzi na temat sytuacji na rynku artystycznym w Nowym Jorku, który był i niewątpliwie jest najbardziej wymagający na świecie.

Rafał Olbiński: Dyrektorzy artystyczni, którzy kształtują rynek graficzny, szukają rzeczy nowych, dlatego aby się utrzymać na szczycie – ciągle trzeba być najlepszym, a co za tym idzie: doskonalić się, zaskakiwać. W tej chwili w Ameryce ilustracja przeżywa renesans. Pojawiło się wiele nowych osób, stylów — na co duży wpływ mają ludzie z Europy.

Na początku nie było łatwo, gdyż trzeba było zrobić coś po raz pierwszy. Polegało to na tym, że chodziłem z portfolio (obecnie zajmuje się tym mój agent) i pokazywałem wszędzie dotychczasowe prace. Zasada zdobycia zlecenia jest prosta: jeśli dyrektorowi artystycznemu spodobają się one daje jakieś zlecenie. W moim przypadku kilka razy podobały im się, zaryzykowali i dali mi pierwsze zlecenia. Jeśli wykona się je dobrze to jest 90% pewności, że zamówią ponownie. I tak się zaczęło.

Zacząłem również uczyć w School of Visual Arts w Nowym Jorku i Tyler School of Arts w Filadelfii. Dzielę swój czas między zajęcia w tych dwóch szkołach, a pracę na rynku graficznym w Nowym Jorku.

Właściwie tego, co robię, czyli projektowania. W Nowym Jorku głównie projektowania plakatów, a w Filadelfii wszystkiego, co jest związane z projektowaniem: ilustracje, typografie. Zabawne, że uczę wszystkiego tego, czego sam się nie uczyłem, bo nie chodziłem do szkoły artystycznej.

Nauczanie jest wspaniałą przygodą. Zaczynam również mieć już swoje pierwsze wyniki w pracy — jedna z moich studentek wygrała największy na świecie międzynarodowy konkurs dla grafików w Osace (Japonia) dostała złoty medal za najlepsze portfolio. To daje mi dużo satysfakcji.

–Cz.Cz.: Robisz okładki dla największych magazynów ("Time”, "Newsweek "Business Week”) czy mógłbyś powiedzieć, jak wygląda typowe zamówienie i praca nad nim?

R.O.: Najczęściej we wtorek rano dzwoni redaktorka z "Time'a” i mówi mniej więcej,o co chodzi w artykule, prosząc o szkice pomysłów na następny dzień rano. W środę po długich naradach i zaakceptowaniu jednego z pomysłów do realizacji ma się czas do rana następnego dnia (czwartek) na ostateczne wykonanie okładki.

Potem dostaje się tysiące dolarów (w przypadku "Time'a” 3 tysiące dolarów) i jest się szczęśliwym, że zamówili. Nie jest równoznaczne z tym, że wydrukują, gdyż okładkę robi kilku grafików równocześnie i wybierają najbardziej pasującą do tematu.

Cz.Cz.: Czy w ogromnej konkurencji, jaka panuje na rynku graficznym, jest szansa dla kogoś nowego z Polski?

R.O.: Zawsze była i jest, gdyż „trwa stała pogoń za czymś nowym, świeżym, ale z drugiej strony wspaniałym technicznie, bez żadnych potknięć. Wszyscy ci, którzy mają coś do powiedzenia sposób nienaganny technicznie, zawsze mogą znaleźć pracę.

Cz.Cz.: Co czujesz, kiedy twój projekt zostanie wydrukowany i widzisz plakat na ulicy czy magazyn w kiosku?

R.O.: Jestem zażenowany, wstydzę się tego, co widzę, gdyż mam świadomość błędów, jakie popełniłem przez brak czasu. To jest bardzo osobiste podejście, gdyż inni nie wiedzą, co myślałem, co zamierzałem. Ciągle nie jest to zachwyt bezkrytyczny. Myślę, że świadomość, iż najlepszej pracy się jeszcze nie zrobiło, to zdrowy objaw.

Cz.Cz.: Czy wystawiasz swoje prace w galeriach?

R.O.: Tak, przy różnych okazjach. Jestem obecnie zaproszony na sympozjum grafików do Aspen (Colorado), któremu towarzyszyć będzie wystawa plakatów. Moje prace są również wystawiane w Centrum Kultury im. Pompidou w Paryżu na ekspozycji grafików pracujących dla "New York Timesa”. Poza tym uczestniczę w wystawie w Hiroszimie (Japonia), do udziału w której zaproszono 100 najlepszych grafików z całego świata.

Cz.Cz.: Czy po takim doświadczeniu zaczniesz robić już tylko dla siebie?

R.O.: Obawiam się, że już nie potrafię robić tylko dla siebie. To jest pewnego rodzaju choroba, po wielu latach tworzenia grafiki użytkowej nie można pracować jakby się było artystą absolutnie wolnym, tworzącym tylko dla siebie.

Interesują mnie inne problemy niż 99 procent malarzy, nie uważam tego oczywiście za złe, wręcz przeciwnie. W końcu, w historii malarstwa było wielu ludzi, którzy rozwiązywali problemy intelektualne czy fabularne, niekoniecznie tylko malarskie. Rene Magritte jest chyba tego najlepszym przykładem. Nie zachwycam się kolorem Magritte'a, a jego wyobraźnią, pomysłami. Chodzi mi o stworzenie własnego świata.

Cz.Cz.: Twoje ilustracje są bardzo malarskie. Poza tym jesteś już rozpoznawalny na tyle, że nie trzeba ich podpisywać, a to świadczyłoby, że masz styl?

R.O.: Ja określiłbym to jako pewien rodzaj symboliki, język wizualny na pograniczu surrealistyczno-poetyckim. Zresztą to nie jest moja opinia, a ludzi: którzy chcą, abym coś dla nich zrobł po swojemu. Czyli realizuję już własne pomysły na jakiś temat, w wielu przypadkach luźno związane przedmiotem. Jesteśmy więc coraz bliżej sztuki, brania rzeczywistośći przez zaskoczenie. Oczywiście, jestem pierwszą osobą, która się zaskakuje przetwarzając rzeczywistość.

Cz.Cz.: Czy widzisz choćby techniczną różnicę między tym co robiłeś dawniej, a dziś?

R.O.: Nawet w stosunku do tego co robiłem pół roku temu.

Cz.Cz.: Zacznijmy nietypowo od końca, co chcesz teraz robić?

R.O.: Chcę mieć teraz kilka wystaw w ważniejszych ośrodkach: Paryż, Rzym, Tokio. Nie dlatego, że jest mi to potrzebne do przeżycła, ale aby się odświeżyć i wyrwać z rutyny. Czuję się jakby uwiązany i wydaje mi się, że jeśli teraz nie zrobię czego innego, to później już nie będę mógł.

Cz.Cz.: Co byś chciał wystawiać - prace wydrukowane czy może oryginały?

R.O.: Częściowo oryginały, częściowo wydruki, ale po dużej selekcji, bo część, bez tekstu, dla którego były robione, nie będzie zrozumiała w galerii. Chciałbym powoli przestawiać się na malowanie, dla własnej przyjemności, tego na co mam ochotę, gdzieś na poboczach wielkiej sztuki. Od pewnego czasu sprzedaję oryginały swoich ilustracji, najczęściej klientom, którzy używali ich do czegoś, a potem im się spodobały. W ciągu ostatnich dwu lat tworzyło to niebagatelną część miesiąca, ciągle się czegoś uczę. Jeśli zrobię dziesięć ilustracji miesięcznie czy dziesięć obrazów, a każdy stanowi inne zadanie, to jest to strasznie twarda szkoła.

Nie jest tajemnicą, że w Nowym Jorku, jeśli chodzi o reklamę, powstaje większość tego co się robi na świecie. Powoduje to ogromne nagromadzenie twórców, a co za tym idzie konkurencję.

Wszędzie jest trudno, a że tu jest największy rynek i najbardziej wymagający, może być pozytywne i negatywne. Pozytywne dla ludzi, którzy lubią pracować i mają coś do przekazania, bo dyrektorzy artystyczni ciągle czekają na coś nowego. Mówiłem o sztuce, która zaskakuje — nie można zaskakiwać trzy razy tym samym.

Jeśli natomiast chodzi o konkurencję, to mnie nawet trochę dopinguje. Jeśli widzę coś dobrego, pierwszą reakcją jest, że chciałbym to zrobić, a potem się zastanawiam, że może bym to zrobił trochę lepiej. Powoduje to, że nie wystarczy być dobrym, trzeba również mieć szczęście.

Cz.Cz.: Kto dla ciebie dziś jest mistrzem?

R.O.: To się ciągle zmienia, dosłownie co kilka miesięcy jest ktoś inny, nie jest tak, że mam jednego mistrza. Chociaż Brad Holland ciągle mnie zaskakuje, ciągle coś nowego robi. To jest nłezwykle miłe patrzeć na ich rozwój i pozwalać zżerać się zazdrości. Chciałoby się być tak samo dobrym i jest to niezwykle dopingujące. Ale konkurencja może oddziaływać również negatywnie, jeśli paraliżuje i myśli się, że się nie da rady. Na wernisaż wysłałem zaproszenia do wielu dyrektorów artystycznych, których nazwiska i adresy znałem z różnych publikacji. Na otwarcie przyszedł tylko jeden dyrektor artystyczny z „Psychology Today”. Poprosił mnie na bok i powiedział, że bardzo mu się podobają takie dziwne rzeczy, jakie robię, bo u nich czasem takich ponurych ilustracji używają. I w następnym tygodniu dał mi okładkę do zrobienia!

Muszę powiedzieć, że Rafał ciągle mnie zaskakuje, nowymi projektami, które łączą różne media, ostatnio pisze opowiadania i według mnie, jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, więc ciągle trzymam aparat gotowy do strzału.













  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon