Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Jerzy Neugebauer


O Jerzego Neugebauera (ur. 10 stycznia 1930 r. w Łodzi) ocierałem się na początku lat 70-tych w Łódzkim Towarzystwie Fotograficznym na ul. Piotrkowskiej 102, gdzie najpierw jako uczeń liceum a potem student UŁ, zaczynałem swoją „karierę” fotograficzną. To była „prawdziwa kariera”, bo miałem funkcje red.nacz. Biuletyny Info. ŁTF i jedynego, jak to mówił prezes ŁTF-u. A tak naprawdę, 4-8 kartek formatu A4, na wydrukowanie tego na powielaczu, trzeba było mieć zgodę Cenznury. Nie zapominajmy, jaki był wówczas system w Polsce. Neugebauer był wówczas o niebo wyżej w Związku Polskich Artystów Fotografików.

W 1979 r. wyjechałem do Nowego Jorku, gdzie zaprzyjaźniłem się z Jerzym Kosińskim, którego przez dłuższy czas, próbowałem namówić na zrobienienie o nim biografii. Zdecydowanie odmawiał. Kiedy wymyśliłem książkę pt.: „Pasje Jerzego Kosińskiego”, gdzie każdy rozdział to była inna pasja: pisarstwo, polo, przyjaźnie, fotografia… zgodził się i pracowaliśmy nad nią, właściwie do 3 maja 1991 r., kiedy popełnił samobójstwo w Nowym Jorku. Udało się nam ją zakończyć. I właśnie w niej pisałem, że Jurek Kosiński od wczesnej młodości w latach pięćdziesiątych poważnie interesował się fotografią, przyjaźniąc się z Jerzym Neugebauerem: „…Spotkałem Jurka w 1952, może w 1953 roku, nie pamiętam dokładnie — wspomina Jerzy Neugebauer. Miałem wówczas wystawę swoich zdjęć w Łódzkim Towarzystwie Fotograficznym. Podszedł do mnie Jurek Kosiński, przedstawił się i powiedział, że interesuje się fotografią. Pokazał mi później swoje zdjęcia.

Jakie one były?

Raczej amatorskie. Ale może po roku bardzo intensywnej pracy w ciemni, często po dwadzieścia cztery godziny bez przerwy, zrobił kolosalne postępy. Trzeba pamiętać, że ciemnie w tamtych czasach to prymitywne pomieszczenia bez wentylacji. Często pot zalewał nam oczy. Raz nawet zatruliśmy się rozrabianymi odczynnikami i przez parę godzin chrypieliśmy, nie mogąc mówić. Głównym pomysłodawcą prac był Jurek, niejednokrotnie nie nadążałem za jego energią. Pomysły wylatywały mu jak z rękawa.

Czym głównie interesowaliście się?

Na początku pasjonowały nas akty. Podrywaliśmy więc dziewczyny, w czym Jurek odnosił specjalne sukcesy. Później wpadł on na pomysł, aby fotografować starców. Najpierw na ulicach, a następnie w przytułkach i domach opieki. Pamiętam, jak przychodziliśmy do wiekowych kobiet, które malowały się wcześniej — bo przecież fotografowie przyszli. Dla mnie było to wielkie przeżycie. Z perspektywy lat uważam, że był to burzliwy, ale niezmiernie ciekawy okres — czystej fotografii, całkowitego zaangażowania się i fajnej roboty.

Byliście młodzi, chyba na utrzymaniu rodziców, skąd więc pieniądze na to wszystko?

Z pieniędzmi rzeczywiście wtedy było krucho. Ja pracowałem już w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi. Jurek był na utrzymaniu rodziców — dostawał tylko jakieś kieszonkowe. Pamiętam stałe kłopoty, za co kupić filmy. Największy jednak problem finansowy powstał, kiedy po roku czy dwu wysyłania zdjęć na konkursy fotograficzne na całym świecie — Królewskie Towarzystwo Fotograficzne w Londynie przysłało nam zaproszenie. By uzyskać członkostwo, należało wpłacić 19 funtów.

Dla nas była to wówczas kolosalna suma. Jurek jednak postanowił, że zdobędzie pieniądze. Sobie tylko znanymi sposobami, wędrując po Ministerstwach: Kultury i Sztuki, Spraw Zagranicznych i Finansów w Warszawie, załatwił dewizy. W prasie rozpętała się wokół tego burza, ukazało się kilka artykułów o nas.

Staliście się więc sławni?

Tak. Ale nie podobało się to wielu starszym członkom Oddziału Łódzkiego ZPAF, do którego razem z Jurkiem chcieliśmy się dostać. Nasza chęć przynależności do Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego Wielkiej Brytanii była oceniona jako autoreklama, niegodna prawdziwych artystów.

Był to okres stalinowski?

No właśnie. I jak można było przewidzieć, oblano Jurka na egzaminie z historii sztuki, którą miał w małym palcu! Ja dostałem się, ale nie miałem łatwego życia, bo mój start zaczął się od sądu koleżeńskiego.

Dlaczego?

Obstawałem przy przyjęciu Jurka do ZPAF. Spowodowałem, że przyjechała komisja z Warszawy, jednak nic nie wskórałem. W efekcie stałem się czarną owcą. Dziś myślę, że wszystko to, jak również zorganizowanie przez Jurka wystawy fotografii amerykańskiej, przyczyniło się do ożywienia życia fotograficznego w Polsce.

Wystawy fotografii amerykańskiej?

No właśnie. Dzięki zagranicznym kontaktom Jurka w dawnym salonie Łódzkiego Towarzystwa Fotograficznego przy ulicy Andrzeja Struga 2 po raz pierwszy po wojnie w Polsce można było zobaczyć prace fotografików amerykańskich. Frekwencja była szalona. Przed salonem

wisiała ogromna flaga amerykańska, którą wydobyliśmy z Jurkiem z Grand Hotelu.

W ciągu wielu lat, jakie minęły od czasów wspomnianych przez Jerzego Neugebauera, Kosiński wystawiał swoje zdjęcia na wielu wystawach. A oto jak on sam mówił o swoich młodzieńczych pasjach fotograficznych w jednym z wywiadów:

Neugebauera spotkałem na początku lat pięćdziesiątych, a sztukami wizualnymi w szerokim tego słowa znaczeniu zająłem się już w roku 1947 wstępując do gimnazjum w Łodzi, gdzie byłem redaktorem gazetki ściennej pt. „Świat idzie naprzód". Co miesiąc przygotowywałem zdjęciowy montaż wycinków z różnych magazynów. Niewiele brakowało, żeby wyrzucono mnie za to ze szkoły.

Dlaczego?

Ponieważ posługiwałem się wycinkami z pism amerykańskich, a nie czasopism radzieckich i była o to ogromna awantura. Muszę dodać, że takie montaże robię do dziś. Polega to na tym, że biorę w ręce nożyczki, które pozostają nieruchome, a papier się obraca.

–Jaki to miało związek z fotografią?

Oglądałem wtedy najlepsze zdjęcia, znakomicie wydrukowane, co dawało mi dobrą orientację w branży fotograficznej. Nie mówiąc o tym, że przecież montaż jest jedną z dziedzin fotografii. Po pewnym czasie jeden z moich szkolnych kolegów powiedział: „Jurek nie wycinaj zdjęć istniejących, zacznij robić własne, wycinaj zdjęcia z natury". Aparat Kodak Box-Camera dał mi Staszek Pomorski, kolega z ławy szkolnej — i tak się zaczęło…”.

14 sierpnia 1987 r. odwiedziłem w Łodzi Jerzego Neugebauera, przygotowując przyjazd Jurka Kosińskiego, pierwszy raz od jego wyjazdu w z Polski w 1957 r., w związku z wyjściem, po raz pierwszy w Polsce, jego książki „Malowany ptak”.

„…Rok 1955 można przyjąć za datę, od kiedy świadomie, i w sposób zorganizowany zająłem się fotografowaniem, gdyż był to rok, w którym zapisałem się do Polskiego Towarzystwa Fotograficznego w Łodzi. Wkroczyłem wówczas na drogę wiodącą do fotografii artystycznej i udziału w licznych wystawach krajowych i zagranicznych — odpowiedział Jerzy Neugebauer na moje pytanie o początki jego kariery fotograficznej.

Jestem w studiu fotograficznym w Łodzi, na ostatnim 11-ym piętrze wieżowca, z okien którego rozciąga się widok na szare, podobne do siebie bloki mieszkalne nowego osiedla. Wnętrze dla odmiany jest przytulne, pobrzmiewa muzyka klasyczna, a na ścianach pełno portretów znanych osobistości kultury dla mnie w młodości.

Na pewno to nie będzie chronologicznie — zwróciłem się do Jerzego Neugebauera — ale nie o chronologię mi chodzi. Za tobą wisi olbrzymi portret Artura Rubinsteina. Myślę, że najlepszy, jaki znam z ostatnich jego lat życia.

–Zrobiłem go wiele lat temu – odpowiedział gospodarz, lekko uśmiechając się do wspomnień i odwracając głowę w stronę portretu. – Było to w czasie próby w Filharmonii Łódzkiej w maju 1975 r., w związku z 60-leciem filharmonii.

Ile lat miał wówczas Rubinstein?

–88! Ale muszę dodać, że zachowywał się jak młodzieniaszek. Dosłownie wbiegał na drugie piętro filharmonii, gdzie odbywały się próby kontynuuje już rozbawiony Neugebauer. –Śmieszne wydawały się wcześniejsze obawy dyrekcji; rozważano możliwość wnoszenia go na górę, gdyż nie było windy. Pamiętam również z tego czasu sławne oświadczenie Rubinsteina, gdy minister kultury i sztuki chciał, aby wystąpił nie tylko w Lodzi, ale w Warszawie i innych ośrodkach w Polsce. Rubinstein kategorycznie odmówił, motywując swą decyzję słowami "...Tylko do dwu miast na świecie przyjechałbym na taki jubileusz. Do Łodzi, bo tu są moje korzenie, i do

Tel-Awiwu, bo tam płynie moja krew…”.

W Łodzi widać ślady bytności Rubțnsteina. Na ulicy Piotrkowskiej 78 jest tablica informująca, że w tym domu mieszkał Artur Rubinstein, a Filharmonia Łódzka nosi jego imię.

Masz również w swoim dorobku wiele portretów znakomitych aktorów, jak choćby nieżyjącego już Zbyszka Cybulskiego, czy wielu dziś znanych aktorów: Daniela Olbrychskiego i Beaty Tyszkiewicz, reżyserów, m.in. Kazimierza Dejmka i Andrzeja Wajdy. Kiedy one powstały?

– To długa historia – rozpoczyna Neugebauer — ale w skrócie wyglądało to tak, że w latach 1955-1968, po skończeniu Politechniki Łódzkiej pracowałem w Filmie Polskim, jako operator dźwięku. Dla przykładu, z Cybulskim zetknąłem się na przełomie 1962/63 r. podczas pracy przy filmie kryminalnym „Zbrodniarz i panna”, z Wajdą przy „Popiołach”. Miałem również stały kontakt ze szkołą filmową, a tam z Polańskim, Skolimowskim...

– A co z teatrem?

– Teatrem nieprzerwanie zajmuję się od 1956 r., współpracowałem ze wszystkimi teatrami w Łodzi: Wielkim, Nowym, Powszechnym, Jaracza – kontynuuje Jerzy Neugebauer.

–Najlepsze wspomnienia mam ze współpracy z Dejmkiem, który dawał olbrzymie możliwości kreacji i do fotografii przywiązywał dużą rolę. Pamiętam jak robiłem zdjęcia do sztuki „Śmierć komiwojażera” na zasadzie reportażu, aktor w ruchu. Czy olbrzymie 15x5 metrów zdjęcia, które stanowiły dekorację tła, do „Trzech sióstr” Czechowa. Dzięki Dejmkowi ukształtował się mój pogląd na fotografię teatralną, uważam, że powinno się rejestrować ułamki sekund, które mówią o całości. Dziś te słowa brzmią zwyczajnie, tak się pracuje, ale w latach 60-ych było to podejście niezwykle awangardowe i stwarzało trudności techniczne.

–Z biografii wiem, że jako jeden z nielicznych w Polsce byłeś już w 1957 r. członkiem Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego Wielkiej Brytanii.

–To dawne lata, dostałem się razem z Jurkiem Kosińskim, z którym w 1956 r. zrobiliśmy pierwszą wystawę w Lodzi. W 1958 r. zostałem członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, a w 1966 r. Federation Internationale De ĽArt Photographique. Od tego czasu brałem udział w wielu wystawach zbiorowych oraz miałem kilka wystaw indywidualnych, związanych z

teatrem i baletem w kilku słowach Neugebauer powiedział o trzydziestu latach działalności fotograficznej, nie wspominając m.in. o I nagrodzie na Międzynarodowym Triennale Fotografii Teatralnej w Jugosławii, medalu V Łódzkiej Wiosny Artystycznej itd.

Po wystawie Neugebauera w październiku 1987 r. w łódzkim Ośrodku Propagandy Sztuki w Parku im. Henryka Sienkiewicza, red, J.Cyprling w „Dzienniku Łódzkim” pisał: "...Portrety Nuegebauera uderzają ekspresją, siłą wyrazu, zatrzymują w kadrze nastrojem chwili. Są czymś więcej niż tylko wizerunkiem...".

Według mnie, zdjęcia Jerzego Neugebauera zachowują dla przyszłych pokoleń wizerunki ludzi, którzy tak wiele wnieśli dla polskiej i światowej kultury. Dziesiątki portretów powstałych w ciągu 30 lat nieprzerwanej pracy, aż prosi się o udostępnienie w postaci wystawy lub albumu. Dziś, kiedy po wielu latach bezwzględnego panowania abstrakcji wracamy do realizmu – co wcale nie znaczy, że do sztuki nienowoczesnej – powinno znaleść się miejsce i fundusze na pokazanie portretów Neugebauera, o czym z nim ostatnio rozmawiam wielkokrotnie na FB. Najczęściej jest tak, co obserwuję, kiedy już tej osoby nie ma wśród żywych – ludzie, którzy decydują o wystawach mówią – dlaczego nie zrobiliśmy więcej jak on/ona jeszcze byli wśród nas? No właśnie, dlaczego???


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon