Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Jan David II Kuraciński


Urodzony w 1941 r w Mierzanowicach na Ziemi Sandomierskiej, ukończył warszawską ASP w pracowni prof. Mariana Wnuka. W 1972 r. Opuścił Polskę, studiował w Wiedeńskiej ASP a następnie wyemigrował do USA, gdzie zamieszkał na Manhattanie. Tam spędzil 25 lat, tworząc szereg kompozycji w drewnie i w brązie, które składają się na cykl p.t. ERA-ART, sztuka naszej ery, refleksja najbardziej palących wydarzeń naszych czasów. Stąd tytuły: „Kryzys energetyczny”, „Ameryka, Ameryka”, „ONZ”, ale także, „Przemijanie”, „Ojcostwo”, „Macierzyństwo”, „Kontemplacja”, „Alternatywa”, „Kobiecość”, „Powrót”, „Odpoczynek”. Mocno zainteresowany i obserwujący świat z pozycji Manhattanu, korzystając z tyglu, jakim jest to miasto, wykreował także cykl figuratywny p.t. MANHATTAŃCZYCY będący studium charakterów i emocji ludzkich, jak i unikalny projekt 65 masek, studium twarzy, których bogactwo stanowi niepowtarzalny obraz ludzkich dramatów manhatańskiego krajobrazu. Jego rzeźby analizują konflikt pomiędzy biologią i cywilizacją, która stworzona przez człowieka nie daje się już kontrolować. Na Manhattanie wystawiał głównie w swojej prywatnej galerii, którą nazwał Era-Art Gallery, ale prace jego znajdują się w wielu miedzynarodowych kolekcjach. Projekt ten był także pokazywany w różnych programach telewizyjnych i publikacjach prasowych.

Spotkaliśmy się po raz pierwszy na początku 1981 r. w Nowym Jorku, odwiedziłem jego studio i galerię na Manhattanie. Wtedy zrobiłem mu pierwsze zdjęcia, razem z rzeźbami, to było fascynujące, od czterdziestu lat się przyjaźnimy. Teraz kiedy odwiedzam Warszawę, to Jan mieszka nieopodal mnie. Muszę powiedzieć, że jego filozofia rzeźbienia, co wyszło w naszych rozmowach, które zarejestrowałem, jest nie mniej fascynująca, jak jego rzeźby, o czym się przekonacie.

Młody dziennikarz, Joseph Gelosi, napisał w 1982 r. „To, co natychmiast uderza odbiorcę tej sztuki to poczucie niesłychanej wolności. Wolności tak pełnej i mocno oddziałującej, że aż zapierającej dech. To jest prawdziwa sztuka. Stworzona w kontekście kultury amerykańskiej, najwyższe osiągnięcie człowieka, człowieka bardzo utalentowanego, wolna od zbędnych detali. Wpływa na publiczność autentycznością losu artysty, jego bardzo subiektywnymi odczuciami, jasnością intencji, a przede wszystkim powagą tak, że nie można nie zapytać: Czy to jest to co nas otacza? Czekanie na jakiegoś polityka, aby nam wskazał te problemy, to jak czekanie na Godota. To do artysty należy wskazywanie kierunków ludzkości. Pomóc jej zobaczyć to, co oczywiste. Tytuł tej wystawy ERA-ART, jest jak najbardziej właściwy.”

Jan Kuraciński, po 25 latach pobytu na Manhattanie, w 1998 r. powrócił do Polski. W tym czasie tworzy swój szeroko pokazywany cykl wykonanych w drewnie płaskorzeźb sakralnych, znaną już i prezentowaną w Archikatedrze Warszawskiej DROGĘ KRZYŻOWĄ oraz szereg pomników w brązie (np. AK, SZZ, Marynarza Polskiego...) a także Jana Pawła II, św. Józefa, abp. Zygmunta Felińskiego… Mieszka w Warszawie, tworzy w Górach Świętokrzyskich.

W grudniu 1995 roku w Amerykańskim Centrum mieszczącym się w Pałacu Prymasowskim w Warszawie, odbyła się wystawa rzeźb Jana Kuracińskiego, o której dyrektor Maureen E. Cormack pisała we wstępie do katalogu: „Centrum Amerykańskie w Warszawie prezentuje z przyjemnością wystawę rzeźby Jana Dawida Il Kuracińskiego, którego losy prowadzą z biednej wiejskiej rodziny na Kielecczyźnie, przez Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie i studia w Wiedniu, do Ameryki, gdzie w konfrontacji z najnowszymi trendami sztuki amerykańskiej, w szczególności rzeźby, stworzył własny styl sztuki, w której przedstawia „subiektywną wizję rzeczywistości"

Pierwszą dużą wystawę miał Kuraciński w Keane Mason Gallery na 57 Ulicy w Manhattanie w 1982 r., na której byłem, gdzie pokazał duże kompozycje o mówiących same za siebie tytułach: „Energy Problem”, „Holocaust”, „America, America”, „Europe”, „Niagara Falls”. Obok nich pokazał również rzeźby znanych osobistości, czym zachwycała się recenzentka dziennika „The New York Post”, gdzie wśród znanych postaci byli: Jan Paweł Il, Truman Capote, Henry Kissinger, Woody Allen, Sophia Loren, Liz Taylor.

Pamiętam jedno ze spotkań z Janem Kuracińskim, po tym jak jego rzeźby pokazane były na „Art Expo” w Nowym Jorku, jednej z największych tego typu imprez na świecie i zapytałem go czy jest zadowolony z wystawy, lekko uśmiechając się powiedział wówczas: „Myślę, że bardziej byłem podniecony, kiedy matka niedługo po wojnie urządziła mi wystawę na kuchennym stole i zaprosiła sąsiadów na uroczyste „otwarcie”. Mieszkałem wówczas z rodzicami w Mierzanowicach (gdzie urodził się w 1941 r.), maleńkiej miejscowości w Kieleckiem, której nawet nie ma na szczegółowej mapie. Na tę wystawę składały się małe rzeźby z piaskowca. Nie przelewało nam się wówczas, a ja dłubiąc w piaskowcu stępiłem dwa noże i nie było czym kroić chleba. Później ojciec wyklepywał mi gwoździe, które były pierwszymi moimi narzędziami rzeźbiarskimi. Bardzo ważne, że mimo iż sami nie byli wykształceni, nie śmiali się ze mnie, a wręcz przeciwnie, inspirowali i zachęcali do rzeźbienia. Dziś te małe rzeźby, przechowywane przez nich pieczołowicie, są dla mnie niezmiernie cenne”.

Z Janem Kuracińskim i jego żoną Barbarą Łoykówną, muzą i agentem w jednej osobie spotykam się w ich studio na Union Square, w samym sercu Manhattanu, gdzie mieszkają od ponad dwudziestu lat.

— Jakie jest twoje życiowe motto? — zwróciłem się do Jana Kuracińskiego.

—Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Pamiętam moje motto dyplomowe, że człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Zastanawiałem się nad tym kto to powiedział, czy Hemingway czy Andre Malroux. Zacząłem swoją pracę dyplomową od embrionu ludzkiego, przeleciałem po całym życiu ludzkim. Wajda powiedział kiedyś, że najlepszym filmem o człowieku, byłby film, który by rejestrował twarz ludzką od urodzenia do śmierci. Wracając do motta, jako rzeźbiarz, trójwymiarowiec uważam, że będę najszczęśliwszy, jeśli przed śmiercią będę mógł powiedzieć, że zrobiłem maksymalnie jako rzeźbiarz. To chyba jest prawdziwym szczęściem.

— Kto jest twoim ulubionym rzeźbiarzem?

—Ze współczesnych rzeźbiarzy bardzo lubię Moora, ale też uważam, że bez Arpa nie byłoby Moora.

Kiedyś ładnie powiedział kardynał Wyszyński, że każdy rodzaj sztuki jest ewolucyjny, dojrzewa powoli i kształtuje się wolno, uważam, że to jest prawda. Lubię Michała Anioła, to jest taka potęga, że nikt nie może nic złego o nim powiedzieć. Ostatnio przeglądałem jego malarstwo z Kaplicy Sykstyńskiej, to co ten człowiek zrobił, to trudno uwierzyć, że było to w XV wieku.

— Dlaczego? Co mu zawdzięczasz?

— Balans między konceptem a wykonawstwem, bo jest to największa wartość w sztuce, gdy te dwie rzeczy w rzeźbie czy na płótnie są zachowane. Oprócz tego wielkie oddanie. Uważam, że każdy rzeźbiarz powinien żyć pięćdziesiąt lub więcej lat dłużej od normalnego człowieka. Rzeźba jest bardzo pracochłonna i trudna pod względem konceptualnym i fizycznym. Trzeba dbać o dobrą kondycję fizyczną, bo bez tego rzeźbiarz nie da rady i włożyć wszystko co człowiek ma w rzeźbę, aby coś wyszło.Mam szacunek do ludzi z renesansu, oczywiście były to inne czasy. Michał Anioł żył 89 lat i jeszcze sześć lat przed śmiercią kuł pietę, która nie została dokończona. Był zupełnie oddany. Mógł sobie na to pozwolić, bo był okres kiedy dobrze zarabiał. Nie można również zapomnieć, że w wieku 24 lat zrobił słynnego Dawida. Przeglądałem jego płaskorzeźby, kiedy był uczniem u Donatello, mając 16 lat, co on robił z białym marmurem, to w tej chwili nam mózg staje. Ufundowałem w Polsce nagrodę na "dziale rzeźby ASP w Warszawie”. Przysłali mi w tym roku mały niedokończony akt dyplomowy człowieka, który dostał tę nagrodę. Porównując to z tym co Włosi robili mając 16 lat w XV wieku, ich opanowanie anatomii, perspektywy, to budzi podziw dziś. To co oni zobili jest nie do powtórzenia. Dziś robimy rzeczy pod względem wrażliwości ciekawe, ale dalekie od tego, co oni wówczas robili.

— Na czym to polega?

—To jest chyba sprawa tradycji u Włochów, a szerzej całej kultury śródziemnomorskiej, dużo wzięli od Greków, ale to co oni zrobili w marmurze jest najważniejsze. Do dziś w 99% cały interes obróbki kamienia jest w rękach Włochów, oni z marmuru robią biżuterię, są nie do pobicia. Do dziś Włosi zarabiają na dorobku swoich poprzedników, Włoch nie trzeba reklamować, tam cały świat jeździ i ogląda to co zrobili ich przodkowie.

— Kto jest Twoim ulubionym bohaterem powieści?

— Jestem romantykiem, może dlatego, że jestem Słowianinem. Bardzo lubię literaturę rosyjską lubię Szołochowa i jego „Cichy Don”, który jak czytam, to widzę ogrom Ukrainy, smaki i zapachy. Literatura rosyjska ma tyle klimatu, że jak czytam Szołochowa, to on mnie otacza, nie wiem jak się nazywa.

Uważam, że to jest wielkość nie tylko literatury, ale każdej wielkiej sztuki, która musi być tak mocna, że człowieka wchłania. Sztuka musi działać. Zachwycaliśmy się jak byłem studentem Hemingwayem, którego znakomicie się czyta, „Stary człowiek i morze”, to psychologia, która chwyta.

— Kto jest twoim bohaterem w życiu?

—Może teraz się uśmieje — patrząc w stronę Barbary — ale to jest moja żona, bez której bym nie egzystował. Faktem jest, że my Polacy mamy błędne pojęcie, jeśli chodzi o budowanie nazwiska. Uważamy, że przylecimy z portfoliem do Ameryki i Ameryka nas zaraz odkryje. Razem z żoną władowaliśmy dwa życia w jednym kierunku. Sam gdybym spuchł nie dałbym rady. W ogóle z natury jestem człowiekiem, który ucieka w swój mikroklimat. Pod tym względem Barbara kieruje moim życiem i uważam, że jej dużo zawdzięczam. Jeśli chodzi o szersze ideały, bardzo mi się podoba postać Kościuszki. Uważam, że to jest wielki Polak, nigdy się nie załamał, nigdy się nie splamił, nie poddał się Napoleonowi, ani Rosjanom. Mam największy szacunek do tego typu bohaterów.

— Co rozumiesz przez karierę i od czego zależy?

— Nie kocham jako rzeźbiarz słowa kariera, bo często kojarzy mi się ze sprytem życiowym. Często przypadkowi ludzie robią niesamowite kariery. Siedzimy tu już pewnie 23 lata, pamiętam jak w latach 70—tych wypływała masa nazwisk w sztuce. Później ci ludzie gdzieś poginęli. W sztuce najważniejszą cechą jest wartość tego co się robi. Jest oczywiście ważne budowanie nazwiska, ale kariera w dużej mierze dla mnie jest sprytem życiowym. Tak jak powiedział Kapuściński, że pisarze nie piszą dobrych książek, a bestsellery, reżyserzy nie robią dobrych filmów, a filmy kasowe. W sztuce często nie robi się sztuki, a tylko nazwisko i kariery. Pęd do kariery spowodowany jest natłokiem w każdym kierunku, nadprodukcją.

Ludzie cisną się, aby nie zginąć w tłumie. Rozumię, że ludzie chcą być w czole czasu, ale trzeba mieć dużą rezerwę do tego. Żyjemy w czasach bardzo skomercializowanych. I niestety sztuka na tym cierpi.

Biznes się tak rozszerzył, że kontroluje każdy kawałek życia. Nieraz się mówi, co w tym złego, że się robi sztukę komercyjną, bo przecież sztuka komercyjna daje artystom chleb. To mniej więcej tak, jakby ktoś powiedział, że spalił renesansowe obrazy, aby ugotować obiad. Uważam, że zawsze powinno być miejsce na komercję i dobrą sztukę, która jest kontynuowaniem pasji. Bo jeśli człowiek ma talent, to jest niewolnikiem tego talentu, który w nim siedzi. Barbara powtarza, że jak dostaniesz talent w jednym kierunku, to nie masz w drugim. Trzeba iść za intuicją. Nie można wytłumaczyć, dlaczego ktoś śpiewa basem, a nie tenorem, taki się urodził. Dlaczego ja siedzę w trójwymiarowości, będąc synem małorolnego chłopa? Już chodząc za krowami wiedziałem, śniłem, że gdzieś polecę i będę w trójwymiarowości siedział przez całe życie. Nieraz się na tym łapię, gdy Barbara mówi, to nie człowiek, to rzeźbiarz. To męczy, nie można się od tego uwolnić, bez względu na jakiej szerokości geograficznej żyjesz. Kładę się spać z trójwymiarowym myśleniem, marzę, mam mikroklimat i to pozwąla mi być normalnym, w nienormalnym Nowym Jorku.

— Czy według tego uważasz, że zrobiłeś karierę?

—Nigdy nad tym się nie zastanawiałem, ale uważam, że zrobiłem maksymalnie dużo jak na pobyt w Ameryce i jestem zadowolony z siebie. Ameryki nie podbiłem, bo to już nie jest moja sprawa, to tych którzy robią promocję. Od artysty wymaga się, aby maksymalnie dużo i dobrze robił. Kariera zależy od innych ludzi, promocji i olbrzymich pieniędzy. Nie mogę sobie na to pozwolić i tak wpakowaliśmy dwa życia — moje i Barbary. Utrzymujemy się z tego, więc uważam to za jakiś sukces. W tym czasie masa rzeźbiarzy gdzieś się pogubiła, było wokół nas parę studiów rzeźbiarskich, których już nie ma, gdzie są ci ludzie? Rzeźbiarzowi jest najtrudniej, najłatwiej grafikom, których potrzeba do prasy, rzeźb nawet galerie nie chcą. Moore, który jest moim idolem nie zarabia przez galerie, a robiąc zamówienia. Jego biologiczne formy znakomicie pasują do burdelu i kościoła. Nie trzeba szukać miejsca dla jego rzeźb. Przez zamówienia zrobił się bogatym człowiekiem, oczywiście Anglia mu w tym pomogła, robiąc mu dużą promocję. My jako Polacy nie mamy tych tradycji, a także i pieniędzy, ale jeśli tego nie zrobimy sami, to nikt tego za nas nie zrobi, aby wprowadzić na rynek międzynarodowy polskich artystów.

— Czy masz jakieś kompleksy?

— Bardzo dużo. Byłem rudy i piegowaty na małej wiosce, to już wystarczy, aby mieć kompleksy. Mam brata, który był podobny. Odziedziczyliśmy to po ojcu, który był rudy, wołali na nas (śmiech). Wyobraź sobie dwóch brzdąców lata po wiosce z żółtymi głowami i masa piegów. Uważałem w tym czasie, że najprzystojniejszy człowiek, to jest brunet, który ma ciemną skórę. Jak wystawiłem swoją twarz na słońce, to mi się robiła jak jajecznica. Miałem na tym punkcie straszne kompleksy. Poszedłem później do średniej szkoły plastycznej w Kielcach. Z historii sztuki jeździliśmy na wycieczki do Krakowa, Sandomierza, prowadziła to pani ze Lwowa, historyk sztuki, ona nam opowiadała o sztuce. Już wówczas moi rówieśnicy uciekali w krzaki z koleżankami, a ja się bałem dziewczynie w oczy spojrzeć, z taką gębą z milionami piegów. Te kompleksy siedzą mi do tej pory, jakoś je przyciszyłem, pomogła mi w tym bardzo Akademia.

— Jak sobie z nimi radzisz?

—Teraz już lepiej, chociaż jestem za wrażliwy. Mnie te kompleksy w pewnym sensie pomagały, gdyż sobie zawsze mówiłem, że ja wam jeszcze pokażę i dawały mi dopingu do pracy. Wiem, że wiele ludzi załamywało się kompletnie, mnie przyciszały. Dzięki temu bardzo późno miałem dziewczynę, chyba Barbara była moją pierwszą dziewczyną. Byłem raczej nieśmiały, dlatego na Akademii dużo piłem alkoholu i to, że byłem sprawny fizycznie, ćwiczyłem gimnastykę i inne sporty, ośmielało mnie. Kiedy potem trzeźwiałem strasznie się tego wstydziłem. Co ja narozrabiałem? Pamiętam taką sytuację z dziewczyną, która teraz jest we Francji, była bardzo ładna, podkochiwali się w niej aktorzy, mieszkaliśmy w Dziekance. Byłem na rauszu, ona mnie zaprosiła do tańca, wstydziłem się, potem zaciagnęła mnie do ciemnego pokoiku i powiedziała pocałuj mnie, nogi mi się ugięły. Jak wytrzeźwiałem, to przez trzy dni nie chodziłem na zajęcia, bo ona była w tej samej pracowni co ja. Myślałem sobie jak jej w oczy spojrzę? Jakoś te kompleksy przyciszyłem, ale pewnie z nimi umrę.

— Co najbardziej cenisz u kobiet?

— To co ma Barbara, trójwymiarowość. Jak ją spotkałem to najpierw widziałem niesamowitą formę. Przód, bardzo lubię biust, co zresztą jest w moich rzeźbach. Później dopiero, powoli odkryłem jej wnętrze. W tej chwili jako dorosły człowiek widzę, że najważniejsze jest wnętrze, ale bez zewnętrznego wyglądu trudno się przyzwyczaić.

— Co najbardziej cenisz u mężczyzn?

—Mężczyzna musi mieć cel życiowy, chylę głowę przed dobrym krawcem, szewcem, bo uważam, że wszyscy budujemy cywilizację. Tak jak i dom nie może istnieć bez fundamentów. Każdy cel jest wielki, nie uważam siebie za coś większego niż dobry szewc czy krawiec. Przed każdym z nich mogę uchylić głowę. Mężczyzna bez celu życiowego się rozdrabnia i jest słabszy fizycznie od kobiety. W tej chwili w Polsce szczególnie w biednych rodzinach utrzymują rodziny kobiety. Mężczyźni bez celu wysiadają, wpadają w alkoholizm, cel pionuje, wzmacnia wnętrze, wtedy człowiek nie może się rozdrobnić.

— Co rozumiesz przez szczęście?

—Szczęście jest pojęciem bardzo szerokim, każdy pojmuje je inaczej. Dla kogoś wygranie w Toto Lotka może być szczęściem, mnie to nie interesuje. Dla mnie szczęście to osiągnięcie tego, że jeśli natura da mi zdrowie, to będę mógł do końca rzeźbić, bo uważam, że mam już tyle wewnętrmej dyscypliny, że nie jest możliwe, abym się rozleciał. Gdy zamknę oczy i pomyślę sobie, że zrobiłem naprawdę dużo, to uważam za największe szczęście jakie człowiek może w życiu osiagnąć.

— Czy według tego jesteś szczęśliwy?

—Tak, chociaż mam załamania. Największym relaksem dla mnie jest kompozycja, którą kończę. Przez 23 lata, jakie tu mieszkamy, nie miałem wakacji. Jak wyskakuję do Polski, to najdłużej dwa tygodnie. W Ameryce nie jeździłem nigdzie na wakacje, gdyż to mi nie jest potrzebne, dużo się tu nauczyłem. Mam dużo wyrozumienia do świata, byłem bardzo buntowniczy i mieliśmy z Barbarą duże problemy, ona mnie uspakajała, chciałem sobie życie odbierać, chodziły mi różne pomysły i widziałem olbrzymie trudności. Teraz na świat patrzę bardziej łagodnie, chociaż też mam wyskoki. Może to i dobrze, bo mnie to orzeźwia, ale pragmatyzm amerykański jest niesamowity, tu można dużo zmądrzeć. Nowym Jork jest tyglem i gdy człowiek w nim siedzi ma cały ekran kultur, z których może wybierać i dochodzi do wniosku, że życie to nie jest bajka, ale bardzo trudna rzecz. To jest pewnie też sprawa czasu, jak widzisz mam białą głowę. To jest okrutne miasto, ale dużo zawdzięczam Nowemu Jorkowi i uważam, że jest to miasto, w którym można się rozwinąć. Tu jest jakby ciągle olimpiada życiowa, gdzie z człowieka wyciska się wszystko co jest potrzebne, bo bardzo często artyści siadają. Uważam, że aby tworzyć trzeba być w tyglu, to samo było przed wojną z Paryżem, gdzie wszyscy wyjeżdżali, w renesansie we Włoszech, bo tam była mekka, a w tej chwili wszystko jest tutaj. Jest to straszne, gdyż trzeba mieć dyscyplinę, aby się nie rozmiękczyć. Tu można płakać, śmiać się, rozwinąć się, spaść, tak jak w życiu. Nowy Jork jest dla mnie funkcją i formą. Jeszcze raz powtarzam, gdybym się cofnął dwadzieścia cztery lata do tyłu, to bym zrobił to samo. Jeśli człowiek ma cel życiowy, to powinien w pewnym momencie swego życia dotknąć Nowego Jorku, to tak jak dla alpinisty wejść na Mont Blanc czy Mount Everest. Faktem jest, że ludzie zjeżdżają z całego świata, bo bez Nowego Jorku czują się niedowartościowani. Tak było kiedyś z Paryżem.

Zwracam się do Barbary Łojkówny – która przysłuchuje się naszej rozmowie — żony Jana Kuracińskiego oraz jego muzy i agenta w jednej osobie:

—Jak wygląda twoje życie z taką indywidualnością?

—Z jednej strony jestem jego żoną, a z drugiej agentem, czym właściwie musiałam się stać, gdyż aby zdobyć agenta w Ameryce, to trzeba płacić mu sześć tysięcy dolarów miesięcznie.


PORTRAIT with HISTORY Jan David II Kuraciński

Born in 1941 in Mierzanowice in the Sandomierz region, he graduated from the Warsaw Academy of Fine Arts in the studio of prof. Marian Wnuk. In 1972 he left Poland, studied at the Vienna Academy of Fine Arts and then emigrated to the USA, where he settled in Manhattan. There, he spent 25 years creating a number of compositions in wood and bronze, which make up the cycle titled ERA-ART, art of our era, reflection of the most burning events of our time. Hence the titles: "Energy Crisis", "America, America", "UN", but also, "Transience", "Fatherhood", "Motherhood", "Contemplation", "Alternative", "Femininity", "Return", " Rest". Strongly interested and observing the world from the position of Manhattan, using the melting pot that this city is, he also created a figurative cycle titled MANHATTANS who are a study of human characters and emotions, as well as a unique design of 65 masks, a study of faces, the richness of which is a unique image of the human dramas of the Manhattan landscape. His sculptures analyze the conflict between biology and civilization, which man-made can no longer be controlled. In Manhattan, he exhibited mainly in his private gallery, which he called the Era-Art Gallery, but his works are in many international collections. This project has also been shown in various television programs and press publications.

We met for the first time in New York in early 1981, I visited his studio and gallery in Manhattan. Then I took his first photos, together with the sculptures, it was fascinating, we've been friends for forty years. Now when I visit Warsaw, Jan lives near me. I must say that his carving philosophy, which came out in our conversations that I registered, is no less fascinating than his sculptures, as you will see.

A young journalist, Joseph Gelosi, wrote in 1982: "What immediately strikes the recipient of this art is a sense of incredible freedom. Freedom so full and powerful that it is breathtaking. This is real art. Created in the context of American culture, the highest achievement of a man, a very talented man, free from unnecessary details. It affects the audience with the authenticity of the artist's fate, his very subjective feelings, the clarity of intentions, and above all the seriousness so that you can't not ask: Is this what surrounds us? Waiting for a politician to show us these problems is like waiting for Godot. It is up to the artist to indicate the direction of humanity. Help her see the obvious. The title of this ERA-ART exhibition is most appropriate. "

Jan Kuraciński, after 25 years in Manhattan, returned to Poland in 1998. At that time, he creates his widely shown series of sacred carvings made of wood, the CROSS ROAD already known and presented in the Warsaw Cathedral and a number of bronze monuments (e.g. AK, SZZ, Polish Sailor ...) as well as John Paul II, Saint. Józef, archbishop Zygmunt Feliński ... He lives in Warsaw, creates in the Świętokrzyskie Mountains.

In December 1995, in the American Center located in the Primate's Palace in Warsaw, an exhibition of Jan Kuraciński sculptures took place, about which director Maureen E. Cormack wrote in the introduction to the catalog: "The American Center in Warsaw is pleased to present an exhibition of Jan Dawid Kuraciński whose fate leads from a poor rural family in the Kielce region, through the Academy of Fine Arts in Warsaw and studies in Vienna, to America, where, in confrontation with the latest trends in American art, in particular sculpture, he created his own style of art in which he presents a "subjective vision of reality"

Kuraciński's first large exhibition at Keane Mason Gallery on 57th Street in Manhattan in 1982, which I visited, where he showed large compositions with titles that speak for themselves: "Energy Problem", "Holocaust", "America, America", " “Europe”, "Niagara Falls”. Next to them, he also showed sculptures of famous personalities, which the reviewer of The New York Post delighted, where among the famous figures were: John Paul Il, Truman Capote, Henry Kissinger, Woody Allen, Sophia Loren, Liz Taylor.

I remember one of the meetings with Jan Kuraciński after his sculptures were shown at the "Art Expo" in New York, one of the largest events of this type in the world, and I asked him if he was satisfied with the exhibition, smiling slightly then he said: that I was more excited when my mother organized an exhibition shortly after the war on the kitchen table and invited my neighbors to the solemn "opening". At the time, I lived with my parents in Mierzanowice (where he was born in 1941), a tiny town in Kielecko, which is not even on the detailed map. This exhibition consisted of small sandstone sculptures. It did not overflow at that time, and I dug two knives in sandstone and there was nothing to cut the bread with. Later, my father patted me with nails, which were my first sculpting tools. It is very important that although they were not educated themselves, they did not laugh at me, on the contrary, they inspired and encouraged carving. Today, these little sculptures, carefully preserved by them, are extremely valuable to me. "

I meet Jan Kuraciński and his wife Barbara Łoykówna, a muse and agent in their studio in Union Square, in the heart of Manhattan, where they have lived for over twenty years. - What's your life motto? - I turned to Jan Kuraciński. —I never thought about that. I remember my graduation motto that a man can be destroyed but not beaten. I wondered who said that, whether Hemingway or Andre Malroux. I started my thesis with a human embryo, I flew all over human life. Wajda once said that the best film about a man would be a film that would record a human face from birth to death. Returning to the motto, as a sculptor, three-dimensional I think that I will be the happiest if before my death I can say that I did maximum as a sculptor. I think this is real happiness.

- Who is your favorite sculptor?

- Of modern sculptors, I really like Moor, but I also think that without Arp there would be no Moor. Once, Cardinal Wyszyński said nicely that every kind of art is evolutionary, matures slowly and shapes slowly, I believe that this is true. I like Michelangelo, it's so powerful that nobody can say anything bad about him. Recently, I was looking at his painting from the Sistine Chapel, what this man did is hard to believe that it was in the 15th century.

- Why? What do you owe him?

- The balance between concept and performance, because it is the greatest value in art, when these two things in sculpture or on canvas are preserved. In addition, great devotion. I believe that every sculptor should live fifty years or more longer than a normal person. The sculpture is very laborious and difficult in conceptual and physical terms. You have to take care of your physical condition, because without that the sculptor cannot do it and put everything that a man has in the sculpture to make it work. I have respect for people from the Renaissance, of course these were different times. Michelangelo lived 89 years and six years before he died heel heel, which was not completed. He was totally devoted. He could afford it, because there was a time when he was earning well. You also can't forget that at the age of 24 he made the famous David. I was looking at his reliefs when he was a student at Donatello, at 16 years old, what he was doing with white marble, it is now that our brain is growing. I funded an award in Poland at the "Sculpture Department of the Academy of Fine Arts in Warsaw." This year they sent me a small unfinished diploma act of a man who got this award. Comparing it with what the Italians did when they were 16 in the 15th century, their mastery of anatomy, perspectives, he is awe-inspiring today. What they have committed is impossible to repeat. Today we are doing things in terms of sensitivity interesting, but far from what they were doing at the time.

–What's it about?

–It is probably a matter of tradition in the Italians, and more broadly in the whole Mediterranean culture, they took a lot from the Greeks, but what they did in marble is the most important. To this day, 99% of the entire business of stone processing is in the hands of Italians, they make jewelry from marble, they are unbeatable. To this day, Italians earn from the achievements of their predecessors, Italy does not need to be advertised, the whole world goes there and watches what their ancestors did. - Who is your favorite hero of the novel? - I'm a romantic, maybe because I'm a Slav. I really like Russian literature, I like Sholochov and his "Silent Don", which, as I read, I see the vastness of Ukraine, flavors and smells. Russian literature has so much climate that when I read Szołochowa, he surrounds me, I don't know his name. I believe that this is the greatness not only of literature, but of every great art that must be so strong that it absorbs man. Art must work. We were delighted when I was a Hemingway student who reads great, "The Old Man and the Sea" is a psychology that catches. - Who is your hero in life? "Maybe he'll smile now - looking at Barbara - but this is my wife, without whom I wouldn't exist." The fact is that we Poles have a wrong idea when it comes to building a name. We think that we will fly to America with our portfolio and America will discover us soon. Me and my wife have had two lives in one direction. I wouldn't be able to do it myself if I swelled. In general, I am a man who escapes into his microclimate. In this respect, Barbara directs my life and I think I owe her a lot. When it comes to broader ideals, I really like the character of Kościuszko. I believe that this is a great Pole, he never broke down, he never got tainted, he didn't give in to Napoleon or the Russians. I have the greatest respect for this type of heroes.

- What do you mean by career and what does it depend on?

- As a sculptor, I do not love the word career, because I often associate it with life cunning. Often, casual people make amazing careers. We've been sitting here probably for 23 years, I remember how many names in art came out in the '70s. Later those people got lost somewhere. In art, the most important feature is the value of what you do. Of course, it's important to build a name, but career is a life cunning to a large extent. As Kapuscinski said, writers don't write good books, but bestsellers, directors don't make good movies, but box office movies. In art, you often don't do art, only names and careers. The rush to a career is caused by the overwhelming flow of overproduction.

People are pressing so as not to die in the crowd. I understand that people want to be in the forefront of time, but you need a lot of reserve for that. We live in very commercialized times. And unfortunately art suffers from this.

Business has expanded so much that it controls every piece of life. It is often said that what is wrong with doing commercial art, because commercial art gives bread to artists. It's more or less like someone says that he burned Renaissance paintings to cook dinner. I think that there should always be a place for commercial and good art, which is a continuation of passion. Because if a man has talent, then he is a slave of the talent that sits in him. Barbara says that if you get talent in one direction, you don't have the other. You have to follow your intuition. You can't explain why someone sings in a bass, not a tenor, was born like that. Why do I sit in three-dimensionality, being the son of a small-scale peasant? Already walking behind the cows I knew I dreamed that I would fly somewhere and I would sit in 3D in my whole life. I often get it when Barbara says, he is not a man, he is a sculptor. It's tiring, you can't free yourself from it, no matter what latitude you live on. I go to sleep with three-dimensional thinking, I dream, I have a microclimate and it allows me to be normal, in an abnormal New York.

–Do you think you made a career?

–I never thought about it, but I think I've done as much as possible to stay in America and I'm happy with myself. I did not conquer America because it is not my business anymore, those who do promotion. The artist is required to do a lot and do well. Careers depend on other people, promotions and huge money. I can't afford it and we put in two lives - mine and Barbara's. We make a living from it, so I consider it a success. At that time, the mass of sculptors got lost somewhere, there were a few sculpting studios around us that are gone, where are these people? The sculptor is the hardest, easiest graphic artists who need to press, sculptures even galleries do not want. Moore, who is my idol, doesn't make money through galleries, but by making orders. Its biological forms perfectly match the brothel and church. You don't have to look for a place for his sculptures. He made himself a rich man because of orders, of course England helped him by making him a big promotion. We, as Poles, do not have these traditions or money, but if we do not do it ourselves, then nobody will do it for us to introduce Polish artists to the international market.

- Do you have any complexes?

- A lot. I was red-haired and freckled in a small village, that's enough to have complexes. I have a brother who was similar. We inherited it from my father, who was ginger, they called us (laughs). Imagine two tots flying around the village with yellow heads and a mass of freckles. At that time, I thought that the most handsome man was a dark-haired man with dark skin. When I exposed my face to the sun, I felt like scrambled eggs. I had terrible complexes on this point. I went to a secondary art school in Kielce later. From the history of art we went on trips to Krakow, Sandomierz, it was led by a lady from Lviv, an art historian, she told us about art. Even at that time my peers were running into the bushes with my friends, and I was afraid to look at the girl's eyes, with such a face with millions of freckles. These complexes have been sitting for me so far, somehow I turned them down, the Academy helped me a lot.

–How do you deal with them?

"It's better now, though I'm too sensitive." In a way, these complexes helped me, because I always told myself that I would show you and give me doping for work. I know that many people collapsed completely, silenced me. Thanks to that I had a girlfriend very late, I think Barbara was my first girlfriend. I was rather shy, that's why at the Academy I drank a lot of alcohol and the fact that I was physically fit, practiced gymnastics and other sports, encouraged me. When I was sober afterwards I was ashamed of it. What have I done? I remember this situation with a girl who is now in France, she was very pretty, the actors had a crush on her, we lived in Dziekanka. I was on a dance, she invited me to dance, I was ashamed, then she pulled me into a dark room and said kiss me, my legs buckled. When I sobered up, I didn't go to class for three days because she was in the same studio as me. I was thinking how I look her in the eye? Somehow I silenced these complexes, but I will probably die with them.

–What do you value most in women?

–What Barbara has, three-dimensionality. When I met her, I first saw an amazing form. Front, I like breasts very much, which is in my sculptures. Later, I slowly discovered its interior. At the moment, as an adult, I see that the most important is the interior, but without an external appearance it is difficult to get used to.

–What do you value most about men?

–The man must have a life purpose, I bow my head to a good tailor, shoemaker, because I think we are all building a civilization. Like a home, it can't exist without a foundation. Every goal is great, I don't think of myself as more than a good shoemaker or tailor. I can bow my head before each of them. A man without a life goal crumbles and is physically weaker than a woman. At the moment, in Poland, especially in poor families, they support women. Men disengage aimlessly, fall into alcoholism, the target plumbs, strengthens the interior, then a man cannot fragmentize.

–What do you mean by happiness?

–Happiness is a very broad concept, everyone understands it differently. Winning Lotto at Toto can be lucky for someone, I'm not interested. For me, happiness is the achievement that if nature gives me health, I will be able to carve to the end, because I believe that I already have so much internal discipline that it is not possible for me to fall apart. When I close my eyes and think that I've done a lot, I consider it the greatest happiness that a person can achieve in life.

- Are you happy then?

- Yes, although I have breakdowns. The composition that I finish is the greatest relaxation for me. For 23 years we have lived here, I have not had holidays. When I jump to Poland, it's been two weeks. In America I didn't go anywhere on vacation, because I don't need it, I learned a lot here. I have a lot of understanding about the world, I was very rebellious and we had big problems with Barbara, she calmed me down, I wanted to take my life, I had different ideas and I saw enormous difficulties. Now I look at the world more gently, although I also have jumps. It may be good, because it refreshes me, but American pragmatism is amazing, here you can wisely a lot. New York is a melting pot and when a man sits in it he has a whole screen of cultures from which he can choose and comes to the conclusion that life is not a fairy tale, but a very difficult thing. It is probably also a matter of time, as you can see I have a white head. This is a cruel city, but I owe a lot to New York and I think it is a city where you can grow. Here it is like the life olympiad, where everything that is needed is squeezed out of the man, because the artists often sit down. I think that to create you have to be in a melting pot, it was the same before the war with Paris, where everyone was leaving, in the Renaissance in Italy, because there was a mecca, and at the moment everything is here. This is terrible, because you need to have discipline so as not to soften. Here you can cry, laugh, develop, fall as you would in life. New York is a function and a form to me. I repeat once again, if I went back twenty-four years back, I would do the same. If a man has a life goal, then at some point in his life he should touch New York, just like for a mountaineer to climb Mont Blanc or Mount Everest. The fact is that people are coming from all over the world, because without New York they feel undervalued. This was the case with Paris once.

I turn to Barbara Łojkówna - who listens to our conversation - wife of Jan Kuraciński and his muse and agent in one person:

—What does your life look like with such individuality?

—On one hand, I'm his wife, and on the other, an agent, which I actually had to become, because to get an agent in America, you have to pay him six thousand dollars a month.


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon