Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Beata Tyszkiewicz

Aktualizacja: 11 sie 2019


Beata Tyszkiewicz (1938) Dama. Właściwie to jedno słowo określa Beatę Tyszkiewicz. Hrabianka herbu Leliwa. Znana między innymi jako Izabela Łęcka z Lalki, Magda z Dziś w nocy umrze miasto, Maria Walewska z Marysi i Napoleona, Berna z Seksmisji, Róża z Jeszcze nie wieczór. Na szklanym ekranie debiutowała w roku 1957, wcielając się w rolę Klary w adaptacji Zemsty, próbowałem kiedyś pisząc o Beacie tekst do magazynu w Nowym Jorku, wypisać role i filmy w jakich grała, kiedy miałem już kilkadziesiąt, a końca nie było widać, zrezygnowałem. Prywatnie – była żoną Andrzeja Wajdy, matka Karoliny i Wiktorii, miłośniczka koni, psów i... dzieci. Kiedyś próbowałem spisać nagrody i wyróżnienia jakie otrzymała Beata, sięgnęłem głęboko i zaczęło się: najpopularniejsza aktorka polska 1966 r. w plebiscycie: "Głosu Robotniczego", "Kuriera Polskiego" oraz konkursie filmowym "Panoramy Północy"; najpopularniejsza aktorka polska 1968 r. w plebiscycie: "Kuriera Polskiego" i "Expressu Poznańskiego", "Srebrna Maska" w plebiscycie "Expressu Wieczornego"; najpopularniejsza aktorka polska 1975 r. na Koszalińskich Spotkaniach Filmowych Młodzi i Film; najpopularniejsza aktorka polska XXV-lecia w plebiscycie "Głosu Robotniczego" oraz instytucji filmowych i miejskich Łodzi; "Order Narodów" z rąk Michaiła Gorbaczowa; "Chevalier de l'ordre des Arts et des Lettres", z rąk ministra kultury Republiki Francji Jacka Langa; "Legia Honorowa" Republiki Francji w 1997r....i tak bez końca, też się poddałem. Komu potrzebna taka wyliczanka?


Ale w moim mniemaniu, najważniejszy jest szacunek i podziw zwykłych ludzi do Beaty. Wielokrotnie, gdy razem siedzieliśmy, ludzie się jej kłaniali. Raz zapytałem czy zna te osoby, powiedziała z rozbrajającą szczerością, że ich nie zna, ale zwykle odpowiada na powitanie. Pamiętam, że rozbawił mnie kiedyś trzeciorzędny aktorzyna, który pojechał do Ameryki i po powrocie w wywiadzie mówił, że w Ameryce jest bardziej znany niż w Polsce, bo ludzie mu się kłaniają na ulicy. Szkoda tylko, że nie wiedział, że to zwycajowa forma zachowania, nie mająca nic wspólnego ze znajomością.

Mroźny styczeń 1989 roku. Popijając gorącą herbatę i grzejąc ręce o szklanki, siedzimy z Beatą w jej dworku we wsi Głuchy, oddalonej o ponad trzydzieści kilometrów od Warszawy. Dworek należący do Beaty to nie jest zwykły dworek. O nie. To dworek historyczno-literacki. Tu właśnie w roku 1821 przyszedł na świat Cyprian Kamil Norwid. Jest to zatem ważne miejsce dla polskiej kultury. – Od ponad dwudziestu lat inwestuję w ten dom i otoczenie – mówi Beata. – Duże straty park ponosi po każdej większej burzy, bo tu jest stary osiemnastowieczny drzewostan. Ale będę go uzupełniała – Jest piękny – mówię. – Ktoś słusznie powiedział, że „kto kocha konie i kwiaty, ten nigdy nie jest bogaty”. Moja córka kocha konie, a ja kwiaty, więc konkluzja jest prosta – śmieje się Beata. – Moja rodzina miała majątki, które pozostały poza granicami Polski, to wszystko było na Litwie – opowiada. – Ale chyba jest coś takiego w genach, co ciągnie, może nie tyle do majątku, ile do własnego miejsca. Z drugiej jednak strony przecież wszyscy chcą coś mieć – urzędnicy z miasta troskliwie pielęgnują swoje działki pracownicze, bo to ich kawałek świata. Dla mnie Głuchy to azyl. Takie domy są jak zwierzęta, trzeba się nimi opiekować. Widziałeś, że gdy przyjechaliśmy, było jakieś włamanie. Nic specjalnego nie zgninęło, trochę książek, butelka wina. Stosunkowo niedawno zdałam sobie sprawę, że dla mnie jest to dom,który po prostu kupiłam za ponad roczny kontrakt w Indiach. Ale dla moich dzieci jest to już dom rodzinny; są szalenie do niego przywiązane. Moje życie jest bardzo konsekwentne: nawet ten dom mieści się w wyobrażeniach ludzi o mnie…


– Szlachcianka w szlacheckim dworze – konkluduję, a Beata się uśmiecha. Czyżby ciut kpiąco?

Zapytałem Agnieszkę Osiecką, czy nie napisałaby dla mnie krótkiego tekstu o Beacie Tyszkiewicz. Wyjaśniłem, że zrobiłem jej zdjęcia i chciałbym dołączyć coś naprawdę osobistego. Agnieszka kiwnęła tylko głową, a następnego dnia wręczyła mi trzy kartki na maszynie z ręcznymi poprawkami. Tekst był zatytułowany Słońce w herbie. Słońce w herbie To było tak: świeciło słońce. Po słońcem zalanych alejkach wilanowskiego pałacu skakała śmieszna złotowłosa dziew- czynka. Była pora podwieczorku. Dziewczynka zjadła już talerzyk poziomek, a teraz z przyjacielem zaglądała do znajomych dziupli i zakamarków. To niepoprawne ciotki znów jej powiedziały, że krasnoludki ukryły tam w dziuplach świeże, pachnące ciasteczka… A potem przyszedł huk, dym, gwizd i śmierć, a huragany światowej wojny zmiotły raz na zawsze cały ten świat. Zabrakło ciotek, pałaców i słońc, a krasnoludki były na kartki Nie zmieniły się wszakże włosy Beaty, nie pociemniały – w stronę starego złota, ani nie pojaśniały – w stronę banalnej słomy. To dobrze, bardzo dobrze. Bo przyjemnie jest wyjść po wojnie na ulicę i spotkać naturalną blondynkę. Jest w tym jakaś nieokreślona nadzieja. Matka Beaty jest osobą niezwykle dzielną. Bezdomna, z małą córeczką, ruszyła na zachód. W stronę Wrocławia. Słyszała, że znajdą tam opuszczone domy, łóżka z pościelą i szpulki porzuconych nici. Tak było, znalazła się też i praca. Matka Beaty była przez lata kierowniczką pensjonatu Paulinum i Beata mówi dziś krótko: „Miałyśmy szczęście z życiu…”. Tu pozwolę sobie przerwać Agnieszce Osieckiej i dodać, że miałem szczęście poznać mamę Beaty. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Była osobą niezwykłą i, tak jak pisała Agnieszka, niezwykle dzielną.




Tak, to tam poznały wielu wspaniałych artystów i akto- rów. Fertner, Kurnakowicz, Szaflarska, Woszczerowicz… To wszystko byli ludzielegendy. Nic dziwnego, że w końcu jeden z nich, Antoni Bohdziewicz, zachwycił się młodziutką promienną panienką i ofiarował rolę Klary w Zemście… Parę lat później Beata spacerowała nerwowo po korytarzu Szkoły Teatralnej: przyjmą czy nie przyjmą? Spotkał ją profesor Bardini, znany pedagog i cudowny aktor. „Kto ty jesteś?” – spytał. – „Polak mały” – odpowiedziała rezolutnie dziewczynka. Przyjęli. Z tej samej szkoły, po roku, Beata została wylana... I znowu się wtrącę. Bo o wyrzuceniu ze Szkoły Teatralnej Beata opowiedziała mi zabawną historię, tym ciekawszą, że zamieszany był w to Jan Kott, z którym bardzo dobrze zaznajomiłem się w Stanach. A zatem oddaję głos samej Beacie. Kotta i jego żonę znała moja matka, po prostu się z nami przyjaźnili. Kott wówczas dużo pisał jako krytyk teatralny. Pewnego razu napisał w „Przeglądzie Kulturalnym”, że gdyby on reżyserował Romea i Julię, to ja zagrałabym Julię. Tydzień później było przedstawienie szkolne Tramwaj zwany pożądaniem w reżyserii Bardiniego, w Teatrze Kameralnym. Grali w nim studenci czwartego roku z genialnym Romkiem Wilhelmim w roli Stanleya Kowalskiego. Ja siedziałam z tyłu, na tzw. „jaskółce”. W czasie przerwy spotkałam Janka Kotta, który powiedział, że jego żona nie przyszła i mogę usiąść koło niego w trzecim rzędzie Kiedy wróciliśmy na salę, okazało się, że na miejscu jego żony siedzi już jakaś starsza pani. Kott zaproponował abyśmy usiedli na jednym krześle, które, jak się okazało, nie było zbyt szerokie. Akurat przed sobą miałam głowę rektora Jana Kreczmara, który odwróciwszy się, zmierzył mnie wzrokiem. Łącząc ogólnie znaną słabość Kotta do pięknych kobiet i tekst, który Janek niedawno napisał o mnie, wysnuł błędne wnioski. Następnego dnia wezwał mnie do siebie i po¬wiedział, że Kott nie jest gwarantem tego, że dostanę się do teatru. Próbowałam mu wyjaśnić, że znamy się z Jankiem Kottem od lat. Ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że właściwie nie chcę być w szkole i wolę ją opuścić. Grałam potem z Kreczmarem u Hasa we "Wspólnym pokoju". Spotkałam się z nim przy realizacji Lalki, w której grał mego ojca. Przy jakiejś scenie nie wytrzymałam i powiedziałam, że jestem mu wdzięczna za usunięcie mnie ze szkoły, bo gdyby nie to, to w życiu nie grałabym Izabeli.

Nasze szczęście. Od tej pory bowiem zagrała prawie w stu filmach: polskich, rosyjskich, węgierskich, francuskich. W Lalce grała m.in. z Kreczmarem, który wyrzucił ja ze szkoły. Za kreacje rosyjskie dostała Order Narodów. Jej rola pani Hańskiej, legendarnej żony Balzaca, pozostała do dziś w pamięci polskich i francuskich widzów i pomogła trochę rozciągnąć żelazną firankę…




W Polsce Beata ma niezaprzeczalny status gwiazdy. Ale również w Rosji jest rozpoznawana na każdym kroku. W 1997 roku miałem wystawę w Moskwie, organizowaną przez Fundację Kultur y Polskiej, której Beata była prezesem. Do stolicy Rosji lecieliśmy razem. Specjalne względy okazywano nam już na lotnisku w Warszawie. Na moskiewskich ulicach było podobnie. Pamiętam wizytę w Muzeum Sztuk Pięknych, panie pilnujące muzealnych sal zaczęły sobie pokazywać Beatę i rzuciły się na nią z zachwytem. Tak było dosłownie wszędzie…

Pracy w teatrze Beata nie lubi. Mierzi ją codzienna rutyna Monotonia powtarzanych min i gestów. Mimo to przedstawienie Hemingwayowskiego "Za rzekę w cień drzew" – dwuosobowy koncert Woszczerowicza i Beaty – długo pamiętałam. Scena po scenie. Z tym przedstawieniem wiąże mi się pewne wspomnienie. Jakiś pan po spektaklu poprosił mnie o autograf. Podał mi ołówek i wymamrotał: „Pani Tyszkiewicz, nie prawdaż?”… Kiedy jednak przyjrzał mi się bliżej, wyszarpnął ołówek i kartkę. Powiedział: „Nieee, to nie to” i uciekł niezadowolony. Mimo to nie nabawiłam się kompleksów. Uważam Beatę za wspaniałą kobietę. Jest nie tylko piękna, zdolna i wesoła, ale też posiada nieczęstą u Polek cechę: kiedy jest bardzo nieszczęśliwa, nie zaprząta tym nikomu głowy. A kiedy jest szczęśliwa, to też nie. Kto o tym wie, niech mi dyskretnie przytaknie, a kto nie wie, niech się przekona…

Przytakuję. I dodaję, że uwielbiam Beatę. Tak się składa, że w Warszawie mieszkamy nieopodal. Kiedy mam coś pilnego i dzwonię do Beaty, mówi: – Możesz przyjść zaraz, ale jestem w szlafroku, więc się nie przestrasz. Nie miałbym szans się przestraszyć. Beata nawet w szlafroku i bez makijażu jest damą. Odrzuca głowę do tyłu, łapie światło z okna we włosy i wygląda jak hollywoodzka gwiazda. W to jednak musicie mi uwierzyć na słowo, zdjęć uwieczniających takie sceny niestety nie ma…

W naszej znajomości, nie bez znaczenia jest to, że często używam swój portret zrobiony przez Beatę 13 lipca 1995 r. Pamiętam jak wcześniej sam się śmiałem, kiedy ludzie używali zdjęcia zrobione wiele lat temu. Mówiąc im często, że jest czas na nowy wizerunek. Wróciłem wówczas z Wenecji, miałem kapelusz, poszliśmy do Łazienek Królewskich na coś słodkiego. W pewnej chwili, gdy siedzieliśmy przy stoliku, Beata wyjęła aparat i zaczęła mnie fotografować. Po chwili ja wyciągnęłem aparat i zaczęłem fotografować Beatę, powstało zdjęcie, gdzie aparat zasłania moją twarz. Bardzo je lubię. Właśnie ta historia, która jest za zdjęciem, nadaje mu nowych wartości. Mówiąc o Beacie jako aktorce, zapominamy, że jest niezwykle dociekliwym fotografem. Raz przyszedłem do niej i na stole widzę kilka pudełek z odbitkami starych zdjęć. Wpadło mi w oko zdjęcie, jak któraś z córek, wkłada maleńką nóżke w szpilkę Beaty, która zauważyła, że patrze na zdjęcia. Zapytała – co sądzisz? – Rewelacja - odpowiedziałem - trzeba zrobić tę wystawę w Zachecie. Tak też się stało, powstała wystawa w Zachęcie i album Beaty Tyszkiewicz "Moje dzieci moja miłość" w maju 1999 r. Otrzymałem od Beaty album, gdyż wymieniami się nowościami, który podpisała mi: "Mojemu Czesławowi z przyjaźnią i czułością, z podziękowaniem Beta 17 VIII 2017".


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon