Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Beata Tyszkiewicz

Aktualizacja: kwi 5


Dama. Właściwie to jedno słowo określa Beatę Tyszkiewicz. Hrabianka herbu Leliwa. Znana między innymi jako Izabela Łęcka z Lalki, Magda z Dziś w nocy umrze miasto, Maria Walewska z Marysi i Napoleona, Berna z Seksmisji, Róża z Jeszcze nie wieczór. Na szklanym ekranie debiutowała w roku 1957, wcielając się w rolę Klary w adaptacji Zemsty, próbowałem kiedyś pisząc o Beacie tekst do magazynu w Nowym Jorku, wypisać role i filmy w jakich grała, kiedy miałem już kilkadziesiąt, a końca nie było widać, zrezygnowałem.

Prywatnie – była żoną Andrzeja Wajdy, matka Karoliny i Wiktorii, miłośniczka koni, psów i dzieci.

Kiedyś próbowałem spisać nagrody i wyróżnienia jakie otrzymała Beata, sięgnęłem głęboko i zaczęło się: najpopularniejsza aktorka polska 1966 r. w plebiscycie: "Głosu Robotniczego", "Kuriera Polskiego" oraz konkursie filmowym "Panoramy Północy"; najpopularniejsza aktorka polska 1968 r. w plebiscycie: "Kuriera Polskiego" i "Expressu Poznańskiego", "Srebrna Maska" w plebiscycie "Expressu Wieczornego"; najpopularniejsza aktorka polska 1975 r. na Koszalińskich Spotkaniach Filmowych Młodzi i Film; najpopularniejsza aktorka polska XXV-lecia w plebiscycie "Głosu Robotniczego" oraz instytucji filmowych i miejskich Łodzi; "Order Narodów" z rąk Michaiła Gorbaczowa; "Chevalier de l'ordre des Arts et des Lettres", z rąk ministra kultury Republiki Francji Jacka Langa; "Legia Honorowa" Republiki Francji w 1997r....i tak bez końca, też się poddałem. Komu potrzebna taka wyliczanka?

Ale w moim mniemaniu, najważniejszy jest szacunek i podziw zwykłych ludzi do Beaty. Wielokrotnie, gdy razem siedzieliśmy, ludzie się jej kłaniali. Raz zapytałem, czy zna te osoby, powiedziała z rozbrajającą szczerością, że ich nie zna, ale zwykle odpowiada na powitanie. Pamiętam, że rozbawił mnie kiedyś trzeciorzędny aktorzyna, który pojechał do Ameryki i po powrocie w wywiadzie mówił, że w Ameryce jest bardziej znany niż w Polsce, bo ludzie mu się kłaniają na ulicy. Szkoda tylko, że nie wiedział, że to zwyczajowa forma zachowania, nie mająca nic wspólnego ze znajomością.

Mroźny styczeń 1989 roku. Popijając gorącą herbatę i grzejąc ręce o szklanki, siedzimy z Beatą w jej dworku we wsi Głuchy, oddalonej o ponad trzydzieści kilometrów od Warszawy. Dworek należący do Beaty to nie jest zwykły dworek. O nie. To dworek historyczno–literacki. Tu właśnie w roku 1821 przyszedł na świat Cyprian Kamil Norwid. Jest to zatem ważne miejsce dla polskiej kultury.

– Od ponad dwudziestu lat inwestuję w ten dom i otoczenie – mówi Beata.

– Duże straty park ponosi po każdej większej burzy, bo tu jest stary osiemnastowieczny drzewostan. Ale będę go uzupełniała.

– Jest piękny – mówię.

– Ktoś słusznie powiedział, że „kto kocha konie i kwiaty, ten nigdy nie jest bogaty”. Moja córka kocha konie, a ja kwiaty, więc konkluzja jest prosta – śmieje się Beata. – Moja rodzina miała majątki, które pozostały poza granicami Polski, to wszystko było na Litwie – opowiada. – Ale chyba jest coś takiego w genach, co ciągnie, może nie tyle do majątku, ile do własnego miejsca. Z drugiej jednak strony przecież wszyscy chcą coś mieć – urzędnicy z miasta troskliwie pielęgnują swoje działki pracownicze, bo to ich kawałek świata. Dla mnie Głuchy to azyl. Takie domy są jak zwierzęta, trzeba się nimi opiekować. Widziałeś, że gdy przyjechaliśmy, było jakieś włamanie. Nic specjalnego nie zgninęło, trochę książek, butelka wina. Stosunkowo niedawno zdałam sobie sprawę, że dla mnie jest to dom, który po prostu kupiłam za ponad roczny kontrakt filmowy w Indiach. Ale dla moich dzieci jest to już dom rodzinny; są szalenie do niego przywiązane. Moje życie jest bardzo konsekwentne: nawet ten dom mieści się w wyobrażeniach ludzi o mnie…

– Szlachcianka w szlacheckim dworze – konkluduję, a Beata się uśmiecha. Czyżby ciut kpiąco?

Zapytałem Agnieszkę Osiecką, czy nie napisałaby dla mnie krótkiego tekstu o Beacie Tyszkiewicz. Wyjaśniłem, że zrobiłem jej zdjęcia i chciałbym dołączyć coś naprawdę osobistego. Agnieszka kiwnęła tylko głową, a następnego dnia wręczyła mi trzy kartki na maszynie z ręcznymi poprawkami. Tekst był zatytułowany „Słońce w herbie”.

Słońce w herbie

To było tak: świeciło słońce. Po słońcem zalanych alejkach wilanowskiego pałacu skakała śmieszna złotowłosa dziewczynka. Była pora podwieczorku. Dziewczynka zjadła już talerzyk poziomek, a teraz z przyjacielem zaglądała do znajomych dziupli i zakamarków. To niepoprawne ciotki znów jej powiedziały, że krasnoludki ukryły tam w dziuplach świeże, pachnące ciasteczka…

A potem przyszedł huk, dym, gwizd i śmierć, a huragany światowej wojny zmiotły raz na zawsze cały ten świat. Zabrakło ciotek, pałaców i słońc, a krasnoludki były na kartki.

Nie zmieniły się wszakże włosy Beaty, nie pociemniały – w stronę starego złota, ani nie pojaśniały – w stronę banalnej słomy. To dobrze, bardzo dobrze. Bo przyjemnie jest wyjść po wojnie na ulicę i spotkać naturalną blondynkę. Jest w tym jakaś nieokreślona nadzieja.

Matka Beaty jest osobą niezwykle dzielną. Bezdomna, z małą córeczką, ruszyła na zachód. W stronę Wrocławia. Słyszała, że znajdą tam opuszczone domy, łóżka z pościelą i szpulki porzuconych nici. Tak było, znalazła się też i praca. Matka Beaty była przez lata kierowniczką pensjonatu Paulinum i Beata mówi dziś krótko: „Miałyśmy szczęście w życiu…”.

Tu pozwolę sobie przerwać Agnieszce Osieckiej i dodać, że miałem szczęście poznać mamę Beaty. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Była osobą niezwykłą i, tak jak pisała Agnieszka, niezwykle dzielną.

Tak, to tam poznały wielu wspaniałych artystów i aktorów. Fertner, Kurnakowicz, Szaflarska, Woszczerowicz… To wszystko byli ludzie legendy. Nic dziwnego, że w końcu jeden z nich, Antoni Bohdziewicz, zachwycił się młodziutką promienną panienką i ofiarował rolę Klary w Zemście…

Parę lat później Beata spacerowała nerwowo po korytarzu Szkoły Teatralnej: przyjmą czy nie przyjmą? Spotkał ją profesor Bardini, znany pedagog i cudowny aktor. „Kto ty jesteś?” – spytał. – „Polak mały” – odpowiedziała rezolutnie dziewczynka. Przyjęli.

Z tej samej szkoły, po roku, Beata została wylana...

I znowu się wtrącę. Bo o wyrzuceniu ze Szkoły Teatralnej Beata opowiedziała mi zabawną historię, tym ciekawszą, że zamieszany był w to Jan Kott, z którym bardzo dobrze zaznajomiłem się w Stanach. A zatem oddaję głos samej Beacie.

Kotta i jego żonę znała moja matka, po prostu się z nami przyjaźnili. Kott wówczas dużo pisał jako krytyk teatralny. Pewnego razu napisał w „Przeglądzie Kulturalnym”, że gdyby on reżyserował Romea i Julię, to ja zagrałabym Julię. Tydzień później było przedstawienie szkolne Tramwaj zwany pożądaniem w reżyserii Bardiniego, w Teatrze Kameralnym. Grali w nim studenci czwartego roku z genialnym Romkiem Wilhelmim w roli Stanleya Kowalskiego. Ja siedziałam z tyłu, na tzw. „jaskółce”. W czasie przerwy spotkałam Janka Kotta, który powiedział, że jego żona nie przyszła i mogę usiąść koło niego w trzecim rzędzie.

Kiedy wróciliśmy na salę, okazało się, że na miejscu jego żony siedzi już jakaś starsza pani. Kott zaproponował abyśmy usiedli na jednym krześle, które, jak się okazało, nie było zbyt szerokie. Akurat przed sobą miałam głowę rektora Jana Kreczmara, który odwróciwszy się, zmierzył mnie wzrokiem. Łącząc ogólnie znaną słabość Kotta do pięknych kobiet i tekst, który Janek niedawno napisał o mnie, wysnuł błędne wnioski. Następnego dnia wezwał mnie do siebie i powiedział, że Kott nie jest gwarantem tego, że dostanę się do teatru. Próbowałam mu wyjaśnić, że znamy się z Jankiem Kottem od lat. Ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że właściwie nie chcę być w szkole i wolę ją opuścić.

Grałam potem z Kreczmarem u Hasa we "Wspólnym pokoju". Spotkałam się z nim przy realizacji Lalki, w której grał mego ojca. Przy jakiejś scenie nie wytrzymałam i powiedziałam, że jestem mu wdzięczna za usunięcie mnie ze szkoły, bo gdyby nie to, to w życiu nie grałabym Izabeli.

Nasze szczęście. Od tej pory bowiem zagrała prawie w stu filmach: polskich, rosyjskich, węgierskich, francuskich. W Lalce grała m.in. z Kreczmarem, który wyrzucił ja ze szkoły. Za kreacje rosyjskie dostała Order Narodów. Jej rola pani Hańskiej, legendarnej żony Balzaca, pozostała do dziś w pamięci polskich i francuskich widzów i pomogła trochę rozciągnąć żelazną firankę…

W Polsce Beata ma niezaprzeczalny status gwiazdy. Ale również w Rosji jest rozpoznawana na każdym kroku. W 1997 roku miałem wystawę w Moskwie, organizowaną przez Fundację Kultury Polskiej, której Beata była prezesem. Do stolicy Rosji lecieliśmy razem. Specjalne względy okazywano nam już na lotnisku w Warszawie. Na moskiewskich ulicach było podobnie. Pamiętam wizytę w Muzeum Sztuk Pięknych, panie pilnujące muzealnych sal zaczęły sobie pokazywać Beatę i rzuciły się na nią z zachwytem. Tak było dosłownie wszędzie…

Pracy w teatrze Beata nie lubi. Mierzi ją codzienna rutyna. Monotonia powtarzanych min i gestów. Mimo to przedstawienie Hemingwayowskiego "Za rzekę w cień drzew" – dwuosobowy koncert Woszczerowicza i Beaty – długo pamiętałam. Scena po scenie.

Z tym przedstawieniem wiąże mi się pewne wspomnienie. Jakiś pan po spektaklu poprosił mnie o autograf. Podał mi ołówek i wymamrotał: „Pani Tyszkiewicz, nie prawdaż?” Kiedy jednak przyjrzał mi się bliżej, wyszarpnął ołówek i kartkę. Powiedział: „Nieee, to nie to” i uciekł niezadowolony.

Mimo to nie nabawiłam się kompleksów. Uważam Beatę za wspaniałą kobietę. Jest nie tylko piękna, zdolna i wesoła, ale też posiada nieczęstą u Polek cechę: kiedy jest bardzo nieszczęśliwa, nie zaprząta tym nikomu głowy. A kiedy jest szczęśliwa, to też nie.

Kto o tym wie, niech mi dyskretnie przytaknie, a kto nie wie, niech się przekona…

Przytakuję. I dodaję, że uwielbiam Beatę. Tak się składa, że w Warszawie mieszkamy nieopodal. Kiedy mam coś pilnego i dzwonię do Beaty, mówi: – Możesz przyjść zaraz, ale jestem w szlafroku, więc się nie przestrasz. Nie miałbym szans się przestraszyć. Beata nawet w szlafroku i bez makijażu jest damą. Odrzuca głowę do tyłu, łapie światło z okna we włosy i wygląda jak hollywoodzka gwiazda. W to jednak musicie mi uwierzyć na słowo, zdjęć uwieczniających takie sceny niestety nie ma…

W naszej znajomości, nie bez znaczenia jest to, że często używam swój portret zrobiony przez Beatę 13 lipca 1995 r. Pamiętam jak wcześniej sam się śmiałem, kiedy ludzie używali zdjęcia zrobione wiele lat temu. Mówiąc im często, że jest czas na nowy wizerunek. Wróciłem wówczas z Wenecji, miałem kapelusz, poszliśmy do Łazienek Królewskich na coś słodkiego. W pewnej chwili, gdy siedzieliśmy przy stoliku, Beata wyjęła aparat i zaczęła mnie fotografować. Po chwili ja wyciągnęłem aparat i zaczęłem fotografować Beatę, powstało zdjęcie, gdzie aparat zasłania moją twarz. Bardzo je lubię. Właśnie ta historia, która jest za zdjęciem, nadaje mu nowych wartości.

Mówiąc o Beacie jako aktorce, zapominamy, że jest niezwykle dociekliwym fotografem. Raz przyszedłem do niej i na stole widzę kilka pudełek z odbitkami starych zdjęć. Wpadło mi w oko zdjęcie, jak któraś z córek, wkłada maleńką nóżke w szpilkę Beaty, która zauważyła, że patrze na zdjęcia.

Zapytała – co sądzisz? – Rewelacja - odpowiedziałem - trzeba zrobić tę wystawę w Zachęcie. Tak też się stało, powstała wystawa w Zachęcie i album Beaty Tyszkiewicz "Moje dzieci moja miłość" w maju 1999 r. Otrzymałem od Beaty album, gdyż wymieniami się nowościami, który podpisała mi: "Mojemu Czesławowi z przyjaźnią i czułością, z podziękowaniem Beata 17 VIII 2017".

Niedawno robiłem porządki w papierach, może to za dużo powiedziane, gdyż jest tego tyle, że ciągle mógłbym porządkować i nie byłoby końca. Wpadł mi w ręcę nowojorski magazyn „Kariera” z maja 1989 r., Beata na okładce a wewnątrz mój wywiad: „Wszystko na sprzedaż”:

—Beta Tyszkiewicz: Zaczęłam grać bardzo wcześnie, mając 15-16 lat. Co było oczywiście czystym przypadkiem, gdyż byłam amatorką i można powiedzieć, że do dziś nią jestem.

–Czesław Czapliński: Amatorką po stu filmach, Szkole Teatralnej?

–Szkołę Teatralną przerwałam po roku, zdając sobie sprawę, że stracę 4 lata w ciągu których mogę sobie wyrobić nazwisko, a potem uzupełnić studia. W ten sposób wyprzedziłam jakby moje pokolenie. Ale do mojego odejścia ze Szkoły Teatralnej przyczynił się Jan Kott, mieszkający od lat w Stanach Zjednoczonych.

–Cz.Cz.: Jak to możliwe, znam go i nie bardzo widzę w tej roli?

–B.T.: To zabawna historia. Kotta i jego żonę znała moja matka i oni przyjaźnili się z nami. Kott wówczas dużo pisał jako krytyk teatralny. Pewnego razu napisał w „Przeglądzie Kulturalnym", że gdyby on reżyserował „Romea i Julię", to ja bym zagrała Julię. Tydzień później było przedstawienie szkolne "Tramwaj zwany pożądaniem" w reżyserii Bardiniego, w Teatrze Kameralnym, gdzie grali studenci czwartego roku, z genialnym Romkiem Wilhelmim w roli Stanleya Kowalskiego. Ja siedziałam z tyłu, na tzw. "jaskółce". W czasie przerwy spotkałam Janka Kotta, który powiedział, że żona jego nie przyszła i mogę usiąść koło niego w trzecim rzędzie. Kiedy dość spóźnieni weszliśmy na salę, okazało się, że na miejscu jego żony siedzi już jakaś starsza pani. Kott zaproponował abyśmy usiedli na jednym krześle, które jak się okazało nie było zbyt szerokie. Akurat przed sobą miałam głowę swego rektora Jana Kreczmara, który odwróciwszy się, zmierzył mnie wzrokiem. Łącząc ogólnie znaną słabość Kotta do pięknych kobiet i tekst, który o mnie napisał niedawno, stworzył sobie błędną opinię. Następnego dnia wezwał mnie do siebie i powiedział, że Kott nie jest gwarantem tego, że dostanę się do teatru. Próbowałam mu wyjaśnić, że znamy się od lat. Ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że właściwie nie chcę być w szkole i miałam chęć ją opuścić.

Grałam później z Kreczmarem u Hasa we "Wspólnym pokoju" a także spotkałam się z nim przy realizacji "Lalki”, on grał mego ojca. Przy jakiejś scenie nie wytrzymałam i powiedziałam, że jestem mu wdzięczna za usunięcie mnie ze szkoły, bo w życiu bym nie grała Izabeli.

–Cz.Cz.: Grałaś wielkie role kostiumowe w "Popiołach", "Marysi i Napoleonie", "Lalce", "Wielkiej miłości Balzaka” – którą z nich najbardziej obie cenisz?

–B.T.: Każda była ważna i chyba razem tworzą pewną całość. Z kontaktów z publicznością też widzę, że lubi mnie w kostiumie z XIX i początków XX wieku. Ale jeśli wspomniałam już o publiczności, bez której nie ma kina, to muszę powiedzieć, że w Polsce jest ona niezwykle wierna. O czym świadczy choćby fakt, że Cybulski wiele lat po śmierci został w plebiscycie widzów wybrany najpopularniejszym aktorem czterdziestolecia.

–Cz.Cz.: No właśnie - fenomen Cybulskiego - na czym polegał?

–B.T.: Na planie filmowym zetknęłam się ze Zbyszkiem Cybulskim w 1964 r. w realizowanym przez Hasa "Rękopisie znalezionym w Saragossie". Był on już niezwykle sławny, po nadzwyczajnej roli w „Popiele i diamencie" (1958), którą stworzył pewien symbol pokolenia wojny, za co bez wątpienia powinien dostać Oscara. Oczywiście do tego przyczynił się Andrzej Wajda, który zrobił film, a nie realizował książki. Ma ona wydźwięk polityczny, jest w wielu punktach dyskusyjna i drażliwa.

–Cz.Cz.: Jaki był Cybulski prywatnie?

–B.T.: Niezwykle czarujący, starał się być oryginalny, czegoś szukał, nie sypiał w nocy, przychodził rano ubrany w smoking jeszcze z wieczora. Dość dużo z nim jeździłam po różnych światowych festiwalach. Tragiczna, niepotrzebna śmierć uderzyła niezwykle boleśnie całe nasze pokolenie i środowisko, bo był to symbol człowieka nowoczesnego, ubierającego i zachowującego się inaczej. To był nietakt ze strony Pana Boga, ale z drugiej strony on prowokował.

–Cz.Cz.: Jak to się właściwie stało?

–B.T.: Miał takie swoje sprawdziany zręczności, celowo przechodził na inny peron, aby później gonić pociąg. Ostatni raz w 1967 r. kiedy wskakiwał do pociągu wyśliznął się z kożucha, który był na niego za duży i zginął.

–Cz.Cz.: W rok później powstał film "Wszystko na sprzedaż" w reżyserii Andrzeja Wajdy, który był swego rodzaju wspomnieniem o Cybulskim?

–B.T.: Byłam wówczas żoną Andrzeja Wajdy i bardzo się zaangażowałam. Ściągnęłam nawet Elkę Czyżewską z Nowego Jorku. Najbardziej charakterystyczne było to, że właściwie nic konkretnego nie pozostało po Zbyszku. Przygotowując scenariusz rozmawialiśmy ze znajomymi, którzy zaczynali: "Zbyszek był fantastycznym facetem, świetny" i na tym się właściwie kończyło. Ale gdybyś chciał złośliwie zrobić wywiad z ludźmi, którzy w ostatnim dniu przed śmiercią go widzieli (zginął rano), to zebrałoby się ich kilka tysięcy. Każdy się do niego przyznawał i każdy pił z nim wódkę, ale to oznacza, że nikt go nie uchronił uczestnicząc w tym.

—Cz.Cz.: Twój dworek w Głuchach jest histotycznym miejscem, o czym mówi tabliczka na zewnątrz - tu urodził się Cyprian Kamil Norwid.

—B.T.: Tak. Od ponad dwudziestu lat inwestuję w ten dom i otoczenie. Dość duże straty poniósł park i ponosi po każdej większej burzy, bo tu jest stary XVIII–wieczny drzewostan. Będę go uzupełniała. Ktoś słusznie powiedział, że "kto kocha konie i kwiaty, ten nigdy nie jest bogaty". Moja córka kocha konie, a ja kwiaty, więc konkluzja jest prosta...

–Cz.Cz.: Czy decyzja kupna dworku nie była podyktowana tym, że pochodzisz z ziemiańskiej rodziny?

–B.T.: Mieliśmy majątki, które pozostały poza granicami Polski, to wszystko było na Litwie. Ale może jest coś takiego w genach, co ciągnie, może nie do majątku, ale do własnego miejsca. Z drugiej jednak strony wszyscy chcą coś mieć, jak choćby działki pracownicze pielęgnowane przez urzędników z miasta. Dla mnie jest to azyl. Takie domy są jak zwierzęta, trzeba się nimi opiekować. Gdy przyjechaliśmy, widziałeś, było jakieś włamanie. Nic specjalnie nie zginęło, trochę książek, butelka wina. Stosunkowo niedawno zdałam sobie sprawę, że dla mnie jest to dom, który kupiłam za ponad roczny kontrakt w Indiach. A dla moich dzieci, jest to już dom rodzinny; są szalenie do niego przywiązane.

–Cz.Cz.: Czy miałaś kontakt z posiadłościami swojej rodziny?

–B.T.: Raczej nie, chociaż byłam na Litwie kilkakrotnie i oglądałam tereny z okazji jakiejś prezentacji filmów. Nigdy mnie tam specjalnie nie ciągnęło dlatego, że ja urodziłam się w Warszawie i nie jestem bezpośrednio z tym związana. Rozumiem to jako sprawę sentymentalną, dlatego może zagrałam księżniczkę Annę w "Popiołach", Izabelę Łęcką w "Lalce", Ewelinę Hańską w "Wielkiej miłości Balzaca", Marię Walewską w "Marysi i Napoleonie”.

–Cz.Cz.: Trudno sobie wyobrazić inną Izabelę Łęcką niż tę z "Lalki" - twoją kreację. Sworzyłaś charakter gwiazdy filmowej - Beaty Tyszkiewicz?

–Myślę, że wszystko wynika z uzupełniania się tego co robię na ekranie i w życiu. Moje życie jest szalenie konsekwentne, choćby ten dom mieści się w wyobrażeniach ludzi o mnie. Mam pewną samodzielność i niezależność zachowywania się, przez co mogę zbudować sobie autorytet. I jeśli przez lata było się konsekwentnym w działaniu, też to chyba widzisz w swojej karierze, to dziś zbiera się tego efekty.

–Cz.Cz.: Wspomniałaś słowo kariera, nie ulega wątpliwości, że ją zrobiłaś. Ale jak rozumiesz to słowo i jaką treścią byś je "wypełniła?

–B.T.: Gdy weźmiemy Picassa, Dalego czy Warhola, którzy zrobili wielką ka rierę, to dziś po ich śmierci mamy całe szkoły naśladowców. Natomiast gdy mówimy o karierze aktora filmowego, polega ona na trwaniu, tzn. na utrzymaniu swej pozycji, aby była ciągłość. W Polsce nikt ci ciągłości nie zapewni. Nie ma agentów, nie ma wieloletnich kontraktów, każdy film jest przypadkową propozycją. Ale jeśli mimo to występuje się z dużą częstotliwością i pojawią się naśladowcy, to chyba świadczy, że zrobiło się karierę.

–Cz.Cz.: Wróćmy jeszcze do aktorstwa. Jak wchodzisz w nową rolę filmową?

–B.T.: Kiedy występuję na Zachodzie jest inaczej, ale grając w Polsce, trzeba zdać sobie sprawę z sytuacji. Dla przykładu; czytam scenariusz, że znajduję się w cudownej oranżerii, gdzie spotyka się Ewelina Hańska z Balzakiem, i przyjeżdżam do studia, a tu zamiast oranżerii jest palma, za palmą sztuczne okno, dołu sukni jeszcze nie zdążono wykończyć, będzie później do scen całościowych. Czyli nie można sobie zbyt wiele wyobrażać, bo wpadnie się w stres. Porównując te sytuacje do spraw kulinarnych, trzeba wiedzieć z czego obiad będzie gotowany: ma się np. kawałek żółtego sera, 5 jajek, pół litra mleka, kostkę masła - tragedia. Ale niekoniecznie. Można choćby zrobić suflet z sera, genialny, wyrafinowany, zaspakający najbardziej wybredne podniebienie. Ktoś inny może jajka ugotować na twardo i popić mlekiem. Zawsze staram się zrobić suflet. Najbardziej zależy mi na poczuciu partnerstwa w scenie, to znaczy, aby partner uwzględniał to co ja mówię i na to odpowiadał, tak jak w życiu.

–CzCz.: Czy w scenie miłosnej wymagasz również miłości od partnera?

–B.T.: W kwestiach miłosnych na planie filmowym ma się o jedną rękę za dużo.

–Cz.Cz.: W życiu jest odwrotnie?

–B.T.: Tak. To jest właśnie parnterstwo w rozmowie. Ja coś sygnalizuję, ty to rozwijasz odbierając prawidłowo, rozumiejąc o czym mówię. Wracając do scen miłosnych - na planie jest niewygodnie, bo naprawdę się nie kochamy. A jeśli się aktorzy kochają, to się rzadko fotografują, bo następuje przed kamerą zahamowanie ich prawdziwych uczuć. Może w filmach Bergmana można takie rzeczy zobaczyć. Ciężko pracuje się też z reżyserem - mężem, bo istnieje pewne skrępowanie.

–Cz.Cz.: Z kim najlepiej się grało, rozumiejąc w powyższy sposób partnerstwo?

–B.T.: Bardzo lubiłam grać z Andrzejem Łapickim, z Tadeuszem Łomnickim.

–Cz.Cz.: Dlaczego?

–B.T.: Byłam szalenie zakochana w Andrzeju Łapickim, a Tadeusza Łomnickiego uważam za najlepszego aktora. W Teatrze Wpółczesnym statystowałam przez rok, aby patrzeć, jak on grał w "Karierze Artura Ui”.

- Cz.Cz.: Dość często podkreślasz, że jesteś "kobietą niezależną". Co to dziś znaczy?

–B.T.: Mężczyźni szalenie mi w tym pomagają, abym była niezależna. Gdy związałam się z Andrzejem Wajdą, miałam swoą pozycję, a on swoją. Trzeba tu dać, że ja się nie związałam z Wajdą, a zakochałam się i wyszłam za mąż, za Andrzeja. Gdy się z nim rozwodziłam, to tłumaczyłam wszystkim, kórzy byli przeciwko temu rozwodowi, że ja się nie rozwodzę z Wajdą, a z Andrzejem.

- Cz.Cz.: W ostatnich latach masz ścisły związek z Francją, cząsto tam przebywasz, i grasz?

–B.T.: Tak. Mój aktualny mąż, architekt Jacek Padlewski, ojciec mojej drugiej córki Wiktorii, który zresztą był moją pierwszą miłością, mieszka na południu Francj. I ja w połowie jestem tu, a w połowie tam. Ale nigdy na stałe nie mogłabym się tam przenieść, mimo że wielu moich kolegów mieszka w Paryżu: Olbrychski, Pszoniak, Seweryn.

–Cz.Cz.: Dlaczego nie napiszesz o swoim życiu; znałaś przecież tak wielu wspaniałych ludzi?

–B.T.: Pracuję od wielu lat nad pamiętnikami pt. "Wszystko na sprzedaż" które będą rodzajem "śmietnika", takiej szafki z szufladami, gdzie jest wszystko. Tak się złożyło, że kiedy w 1968 roku z Wajdą robiliśmy film o Cybulskim, dałam mu ten tytuł. Pierwotnie film miał się nazywać „Dzień kobiet", ale to było niefortunne po zajściach na uniwersytecie. Znajdą się w nich interesujące listy Eli Czyżewskiej z Nowego Jorku, wspaniałe fotografie Davida Halberstama, wspomnienie o Antonim Słonimskim, który mieszkał niedaleko, Andrzeju Wajdzie, Zbyszku Cybulskim, Janku Kottcie, Januszu Głowackim i wielu, wielu innych. Często będą to zupełnie odmienne opinie od tych, jakie są dziś o nich znane, ponieważ pochodzą z pierwszej ręki.

–Cz.Cz.: Ciekawi mnie część dotycząca Eli Czyżewskiej, która ostatnio zaczęła coraz częściej grać z dużym powodzeniem w Nowym Jorku?

–B.T.: Ela to wielki rozdział w moim życiu, to jakby moja siostra. Mieszkałyśmy w jednym pokoju w Dziekance podczas studiów w Szkole Teatralnej. To jest wybitna, o niezwykłym talencie językowym, prowokująca osoba i to jej stwarza trudności.

Ludzie, którzy się z nią zetknęli żyją z tego latami, często nielojalnie postępując w stosunku do niej. Była wielką miłością polskiej publiczności. Po wyjściu za mąż, wyjechała przez Paryż do Ameryki z Davidem, który jest wspaniałym człowiekiem, ale nie mógł wytrzymać ogromnego napięcia i dramaturgii jakie Ela niosła. Myślę, że szalenie trudno jest zacząć wyraźną karierę w Stanach Zjednoczonych, nie mając wymaganego tam przygotowania, podczas gdy w Polsce grała w filmach, w teatrze, występowała w klubach. Tutaj była niezwykle prężna, dużo pracowała i myślę, że właśnie tego jej zabrakło. Ale jeśli wraca na scenę, to jest pozytywny objaw i może się jeszcze odrodzi, czego jej życzę.

PORTRAIT with HISTORY Beata Tyszkiewicz Lady. Actually, one word defines Beata Tyszkiewicz. Countess of the Leliwa coat of arms. Known among others as Izabela Łęcka from the Doll, Magda from the city will die tonight, Maria Walewska from Marysia and Napoleon, Bern from Sexmission, Rose from Not yet evening. She made her debut on the glass screen in 1957, playing the role of Klara in the adaptation of Vengeance, I once tried to write a text about Beata to a magazine in New York, write roles and films in which she played, when I was already a few dozen and the end was not visible, I gave up. Privately - she was the wife of Andrzej Wajda, mother of Karolina and Wiktoria, lover of horses, dogs and children. Once I tried to write down the awards and distinctions received by Beata, I reached deeply and it began: the most popular Polish actress of 1966 in the plebiscite: "Głos Robotniczego”, "Kurier Polski" and the film competition "Panorama of the North"; the most popular Polish actress in 1968 in the plebiscite: "Kurier Polski" and "Poznań Express", "Silver Mask" in the plebiscite "Express Evening"; the most popular Polish actress of 1975 at the Youth and Film Koszalin Film Meetings; the most popular Polish actress of the 25th anniversary in the plebiscite of "Głos Robotniczego" and film and municipal institutions of Łódź; "Order of Nations" at the hands of Mikhail Gorbachev; "Chevalier de l'ordre des Arts et des Lettres", by the Minister of Culture of the Republic of France, Jacek Lang; "Legion of Honor" of the French Republic in 1997 ... and so without end, I gave up too. Who needs such a calculation?

But in my opinion, the most important is the respect and admiration of ordinary people to Beata. Many times when we sat together, people bowed to her. Once I asked if he knew these people, she said with disarming honesty that she did not know them, but usually she answers the greeting. I remember that once I was amused by a tertiary actor who went to America and when he returned in an interview he said that in America he is more known than in Poland because people bow to him in the street. It is a pity that he did not know that this is a usual form of behavior, having nothing to do with acquaintance.

Frosty January 1989. Sipping hot tea and warming our hands for glasses, we are sitting with Beata in her manor in the village of Głuchy, located more than thirty kilometers from Warsaw. The manor house belonging to Beata is not an ordinary manor house. Oh no. This is a historical and literary manor house. It was here in 1821 that Cyprian Kamil Norwid was born. It is therefore an important place for Polish culture.

- I have been investing in this house and surroundings for over twenty years - says Beata.

- The park suffers heavy losses after every major storm, because here is an old eighteenth-century stand. But I will complete it.

"It's beautiful," I say.

"Someone rightly said that" he who loves horses and flowers is never rich. " My daughter loves horses, I love flowers, so the conclusion is simple - Beata laughs. - My family had estates that remained outside of Poland, it was all in Lithuania - he says. "But there must be something in the genes that pulls, maybe not so much for the fortune as for the place. On the other hand, after all, everyone wants to have something - city officials carefully care for their employee plots, because it is their piece of the world. For me, Deaf is a haven. Such houses are like animals, you have to look after them. You saw that when we arrived there was some burglary. Nothing special, some books, a bottle of wine. Relatively recently, I realized that for me it is a house that I just bought for over a year's film contract in India. But for my children it is already a family home; they are madly attached to him. My life is very consistent: even this house falls within the imagination of people about me ...

- A noblewoman in a noble court - I conclude, and Beata smiles. A bit mockingly?

I asked Agnieszka Osiecka if she would write a short text for me about Beata Tyszkiewicz. I explained that I took photos of her and would like to include something really personal. Agnieszka just nodded, and the next day she handed me three pages on the typewriter with manual corrections. The text was entitled "Sun in the coat of arms".

The sun in the coat of arms

It was like this: the sun was shining. A funny golden-haired girl jumped across the sun flooded alleys of the Wilanów palace. It was tea time. The girl had already eaten a plate of wild strawberries, and now with a friend looked into familiar hollows and nooks. The incorrect aunts told her again that the dwarfs had hidden fresh, fragrant cookies in the hollows ...

And then came the roar, smoke, whistle and death, and the hurricanes of the world war wiped out this whole world forever. There were not enough aunts, palaces and suns, and the dwarfs were on cards.

However, Beata's hair did not change, did not darken - towards old gold, nor did it brighten - towards banal straw. This is good, very good. Because it's nice to go out after the war and meet a natural blonde. There is some indefinite hope.

Beata's mother is an extremely brave person. Homeless, with her little daughter, she headed west. Towards Wroclaw. She heard that they would find abandoned houses, beds with bedding and bobbins of abandoned threads. Yes, it was also a job. For years, Beata's mother was the manager of the Paulinum guest house and Beata says briefly today: "We were lucky in life ...".

Here, let me interrupt Agnieszka Osiecka and add that I was lucky to meet Beata's mother. She made a huge impression on me. She was an extraordinary person and, as Agnieszka wrote, extremely brave. Yes, that's where they met many great artists and actors. Fertner, Kurnakowicz, Szaflarska, Woszczerowicz ... They were all legendary people. No wonder that one of them, Antoni Bohdziewicz, was delighted with the young radiant young lady and offered the role of Klara in Revenge ... A few years later, Beata walked nervously along the corridor of the Theater School: will they accept or not? She was met by Professor Bardini, a well-known teacher and wonderful actor. "Who are you?" He asked. "Little Pole," the girl answered resolutely. They accepted. Beata was poured out of the same school after a year ... And I will interfere again. Because she was told a funny story about her dismissal from the Theater School, the more interesting that Jan Kott was involved in it, with whom I became very familiar in the States. So, I give voice to Beata herself. Kotta and his wife were known to my mother, they were just friends with us. Kott wrote a lot at the time as a theater critic. Once he wrote in "Przegląd Kulturalny" that if he directed Romeo and Juliet, I would play Julia. A week later there was a school performance Tram called Desire directed by Bardini at the Chamber Theater. Fourth-year students played with the brilliant Romek Wilhelmi in the role of Stanley Kowalski. I sat in the back, on the so-called "Swallow". During the break I met Janek Kott, who said that his wife did not come and I can sit next to him in the third row.

When we returned to the room, it turned out that an old lady was already sitting in the place of his wife. Kott suggested that we sit in one chair, which, as it turned out, was not very wide. I had the head of rector Jan Kreczmar who just turned around and looked at me. Combining Kott's generally known weakness to beautiful women and the text Janek recently wrote about me, he came to the wrong conclusions. The next day he summoned me and said that Kott is not a guarantee that I will get to the theater. I tried to explain to him that we had known Janek Kott for years. But at one point I realized that I didn't really want to be in school and I prefer to leave it.

Then I played with Kreczmar at Has in the "Common Room". I met him during the implementation of The Doll in which he played my father. I couldn't stand it at any stage and I said that I was grateful to him for removing me from school, because if not for that, I wouldn't play Izabela in my life.

Our happiness. Since then, she starred in almost one hundred films: Polish, Russian, Hungarian, French. In Lalka she played, among others with Kreczmar who threw her out of school. She was awarded the Order of Nations for Russian creations. Her role of Mrs. Hańska, the legendary wife of Balzac, has remained in the memory of Polish and French viewers to this day and helped to stretch the iron curtain a little ... In Poland, Beata has an undeniable star status. But also in Russia it is recognized at every turn. In 1997, I had an exhibition in Moscow, organized by the Polish Culture Foundation, of which Beata was the president. We flew to the Russian capital together. We have already shown special consideration at the airport in Warsaw. On the Moscow streets it was similar. I remember a visit to the Museum of Fine Arts, the ladies guarding the museum halls began to show Beata and rushed at her with delight. It was literally everywhere ... Beata doesn't like working in the theater. Daily routine measures it. Monotony of repeated faces and gestures. Despite this, Hemingwayowski's performance "Behind the river into the shadow of trees" - a two-man concert by Woszczerowicz and Beata - I remember for a long time. Scene by scene. There is a certain memory associated with this performance. Some gentleman after the performance asked me for an autograph. He handed me a pencil and muttered: "Mrs. Tyszkiewicz, don't you?" When he looked at me closer, he pulled at the pencil and paper. He said, "No, that's not it," and fled unsatisfied. Still, I didn't get complexes. I consider Beata a wonderful woman. She is not only beautiful, talented and cheerful, but also has a feature rare in Polish women: when she is very unhappy, she does not bother anyone. And when she is happy, neither is she.

Who knows, let him discreetly nod to me, and who does not know, let him find out ... I nod. And I add that I love Beata. It just so happens that we live nearby in Warsaw. When I have something urgent and call Beata, he says: - You can come right away, but I'm in a bathrobe, so don't be scared. I wouldn't get scared. Beata is a lady even in a bathrobe and without makeup. He throws his head back, catches the light from the window in his hair and looks like a Hollywood star. But you have to take my word for it, unfortunately there are no photos capturing such scenes ... In our acquaintance, it is not insignificant that I often use my portrait taken by Beata on July 13, 1995. I remember how I laughed myself before, when people used photos taken many years ago. Often telling them it's time for a new image. I came back from Venice, I had a hat, we went to the Łazienki Park for something sweet. At one point, while we were sitting at the table, Beata took out her camera and began to photograph me. After a while, I took out my camera and started photographing Beata, a picture was created where the camera covers my face. I like them very much. It is this story behind the photo that gives it new values.

Speaking of Beata as an actress, we forget that she is an extremely inquisitive photographer. Once I came to her and on the table I see several boxes with prints of old photos. A photo caught my eye, like one of the daughters, she puts a tiny leg into Beata's heel, who noticed that she was looking at the pictures. She asked - what do you think? - Excellent - I replied - you have to do this exhibition at Zachęta. This is how it happened, the exhibition in Zachęta and Beata Tyszkiewicz's album "My children my love" was created in May 1999. I received an album from Beata because I would exchange news, which she signed to me: "To my Czesław with friendship and tenderness, thanking Beata 17 VIII 2017 ". I have been cleaning the paper recently, it may be said too much, because there is so much that I could still organize and there would be no end. I got the New York magazine "Career" from May 1989, Beata on the cover and inside my interview: "Everything for sale": —Beta Tyszkiewicz: I started playing very early, aged 15-16. Which was, of course, pure coincidence, because I was an amateur and you can say that I am still today.

–Czesław Czapliński: An amateur after a hundred films, the School of Theater? - I broke the Theater School after a year, realizing that I would lose 4 years in which I could get my name and then complete my studies. In this way I overtook my generation. But Jan Kott, who has lived in the United States for years, contributed to my departure from the Theater School. - Cz. Cz .: How is it possible that I know him and I don't really see him in this role?

–B.T .: It's a funny story. Kotta and his wife were known to my mother and they were friends with us. Kott wrote a lot at the time as a theater critic. Once he wrote in "Przegląd Kulturalny" that if he directed "Romeo and Juliet", I would play Julia. A week later there was the school performance "Tram called Desire" directed by Bardini, in the Chamber Theater, where fourth-year students played, with genius Romek Wilhelmi as Stanley Kowalski. I sat in the back, on the so-called "Swallow". During the break I met Janek Kott, who said that his wife did not come and I can sit next to him in the third row. When we got into the room quite late, it turned out that an old lady was already sitting in his wife's place. Kott suggested that we sit in one chair, which, as it turned out, was not very wide. I had the head of my rector Jan Kreczmar, who turned around and looked at me. Combining Kott's generally known weakness to beautiful women and the text he wrote about me recently, he created an erroneous opinion. The next day he summoned me and said that Kott is not a guarantee that I will get to the theater. I tried to explain to him that we had known each other for years. But at one point I realized that I didn't really want to be in school and I wanted to leave.

Later, I played with Kreczmar at Has in the "Common Room" and also met him during the production of "The Doll", he played my father. At some stage I could not stand and said that I am grateful to him for removing me from school, because in my life she didn't play Izabela.

- Cz. Cz .: You played great costume roles in "Ashes", "Marysia and Napoleon", "Doll", "Balzak's Great Love" - ​​which of them do you both value the most?

-B.T .: Each one was important and together they probably form a whole. From contacts with the audience, I also see that he likes me in a costume from the 19th and early 20th centuries. But if I have already mentioned the audience, without which there is no cinema, I must say that in Poland it is extremely faithful. As evidenced by the fact that many years after his death, Cybulski was elected the most popular actor of the fortieth in the plebiscite.

- Cz. Cz .: Exactly - the phenomenon of Cybulski - what was it about?

-B.T .: On the film set I came across Zbyszek Cybulski in 1964 in Hasus's "Manuscript Found in Saragossa". He was already extremely famous, after an extraordinary role in "Ash and Diamond" (1958), which he created a certain symbol of the war generation, for which he should undoubtedly get an Oscar. Of course, Andrzej Wajda, who made the film and did not make the book It has political overtones, is debatable and sensitive on many points.

- Cz. Cz .: What was Cybulski in private?

-B.T .: Extremely charming, he tried to be original, looked for something, did not sleep at night, came in the morning wearing a tuxedo from the evening. I traveled quite a lot with him after various world festivals. Tragic, unnecessary death hit our entire generation and the environment extremely painfully, because it was a symbol of a modern man, dressing and behaving differently. It was a tact on the part of God, but on the other hand he provoked.

- Cz. Cz .: How did it actually happen?

-B.T .: He had his agility tests, he deliberately moved to another platform to later chase the train. The last time in 1967, when he jumped on the train, he slipped from a sheepskin coat that was too big for him and died.

- Cz. Cz .: A year later the film "Everything for Sale" was directed by Andrzej Wajda, who was a kind of memory about Cybulski?

–B.T .: I was the wife of Andrzej Wajda and I got involved very much. I even downloaded Elka Czyżewska from New York. The most characteristic was that virtually nothing specific was left of Zbyszek. While preparing the script, we talked with friends who started: "Zbyszek was a fantastic guy, great" and it actually ended there. But if you wanted to maliciously interview people who saw him on the last day before his death (he died in the morning), there would be several thousand of them.

Everyone confessed to him and everyone drank vodka with him, but that means that no one saved him by participating in it.

—Cz. Cz .: Your manor house in Głuchy is a histological place, as the tablet says outside - here Cyprian Kamil Norwid was born.

—B.T .: Yes. I have invested in this house and surroundings for over twenty years. The park suffered quite large losses and suffers after every major storm, because here is an old 18th-century stand. I will complete it. Someone rightly said that "those who love horses and flowers are never rich." My daughter loves horses, I love flowers, so the conclusion is simple ...

- Cz. Cz .: Was the decision to buy the manor dictated that you came from a landed gentry family?

–B.T .: We had estates that remained outside of Poland, it was all in Lithuania. But maybe there is something in the genes that pulls, maybe not to property, but to own place. On the other hand, everyone wants to have something, such as employee plots nurtured by city officials. For me it is asylum. Such houses are like animals, you have to look after them. When we arrived, you saw, there was some burglary. Nothing special was lost, some books, a bottle of wine. Relatively recently, I realized that for me it is a house that I bought for over a year contract in India. And for my children, this is already a family home; they are madly attached to him.

- Cz. Cz .: Have you had contact with your family's estates?

-B.T .: Rather not, although I have been to Lithuania several times and watched the grounds on the occasion of some film presentation. I was never particularly attracted there because I was born in Warsaw and I'm not directly related to it. I understand this as a sentimental matter, so maybe I played princess Anna in "Ashes", Izabela Łęka in "Lalka", Ewelina Hańska in "Balzac's Great Love", Maria Walewska in "Marysia and Napoleon".

- Cz. Cz .: It is hard to imagine a different Izabela Łęka than the one from "Doll" - your creation. Have you created the character of a movie star - Beata Tyszkiewicz? - I think everything results from complementing what I do on the screen and in life. My life is extremely consistent, even if this house falls within the imagination of people about me. I have some self-reliance and independence in which I can build my authority. And if you have been consistent in acting for years, you probably see it in your career too, then today effects are accumulating.

–Cz. Cz .: You mentioned the word career, there is no doubt that you made it. But how do you understand this word and what content would you fill it in?

-B.T .: When we take Picasso, Dali or Warhol, who have done a great job, today we have entire schools of followers after their death. However, when we talk about the career of a film actor, it consists in continuing, i.e. maintaining his own position to be continuity. In Poland, nobody will provide you with continuity. There are no agents, no long-term contracts, every film is a random proposition. But if, nevertheless, it occurs at a high frequency and followers appear, it probably indicates that a career has been made.

- Cz. Cz .: Let's go back to acting. How do you enter a new film role?

-B.T .: When I perform in the West it's different, but when playing in Poland, you have to be aware of the situation. For example; I read the script that I am in a wonderful conservatory, where Ewelina Hańska meets Balzak, and I come to the studio, and here instead of the conservatory there is a palm tree, behind the palm an artificial window, the bottom of the dress has not been finished yet, it will be later for holistic scenes. So you can't imagine too much because you will get stressed. Comparing these situations to culinary matters, you need to know what the dinner will be cooked from: you have, for example, a piece of cheese, 5 eggs, half a liter of milk, a cube of butter - a tragedy. But not necessarily. You can even make a soufflé of cheese, brilliant, sophisticated, satisfying the most picky palate. Someone else can boil the eggs hard and drink milk. I always try to make soufflé. What I care about the most is a sense of partnership in the scene, that is, that the partner should take into account what I say and respond to it, as in life.

–CzCz .: Do you also demand love from your partner in a love scene?

-B.T .: You have too many hands on the movie set on love sets.

- Cz. Cz .: Is the opposite in life?

–B.T .: Yes. This is fooling around in conversation. I signal something, you develop it by receiving it correctly, understanding what I am talking about. Returning to love scenes - it's uncomfortable on the set because we don't really love each other. And if actors love each other, they are rarely photographed because the camera stops their real feelings. Maybe you can see such things in Bergman's movies. He also works hard with the director - husband, because there is some embarrassment.

- Cz. Cz .: Who was the best game to play in understanding the above partnership?

–B.T .: I really liked playing with Andrzej Łapicki and Tadeusz Łomnicki.

- Cz. Cz .: Why?

–B.T .: I was extremely in love with Andrzej Łapicki, and I consider Tadeusz Łomnicki to be the best actor. At the Contemporary Theater, I statisticed for a year to see how he played in Artur Ui's Career.

- Cz. Cz .: You often stress that you are an "independent woman". What does this mean today? -B.T .: Men help me a lot, let me be independent. When I got involved with Andrzej Wajda, I had my position and he had my position. It must be said that I did not get involved with Wajda, but I fell in love and got married, Andrzej. When I divorced him, I explained to everyone who was against this divorce that I was not divorcing Wajda, but Andrzej.

- Cz. Cz .: In recent years, you have a close relationship with France, you often stay there and play?

–B.T .: Yes. My current husband, architect Jacek Padlewski, father of my second daughter Wiktoria, who was my first love, lives in southern France. And I'm half here and half there. But I could never move there permanently, despite the fact that many of my colleagues live in Paris: Olbrychski, Pszoniak, Seweryn.

–CzCz .: Why don't you write about your life; did you know so many wonderful people?

–B.T .: I have been working on diaries titled "Everything for sale" which will be a kind of "trash", such a cabinet with drawers, where everything is. It so happened that when in 1968, with Wajda, we made a film about Cybulski, I gave him this title. Originally, the film was to be called "Women's Day", but it was unfortunate after the university incidents. They will contain interesting letters from Ela Czyżewska from New York, wonderful photographs of David Halberstam, a memory of Antoni Słonimski, who lived nearby, Andrzej Wajda, Zbyszek Cybulski , Janek Kottta, Janusz Głowacki and many, many more, often they will be completely different opinions from those that are known about them today, because they come from first hand.

–CzC.:I am interested in the part about Ela Czyżewska, who has recently started playing more and more successfully in New York?

-B.T .: Ela is a great chapter in my life, it's like my sister. We lived in one room in Dziekanka while studying at the Theater School. This is an outstanding, provocative person with extraordinary language talent and it creates difficulties for him. People who have come across her have lived with it for years, often disloyal to her. She was a great love of Polish audience. After getting married, she went through America to America with David, who is a wonderful man, but he could not withstand the enormous tension and drama that Ela carried. I think it is extremely difficult to start a clear career in the United States, without the required preparation there, while in Poland she played in films, in the theater, performed in clubs. Here she was extremely resilient, she worked a lot and I think that's what she lacked. But if she returns to the stage, it is a positive symptom and maybe she will be reborn, which I wish her.


  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon