Szukaj
  • Czesław Czapliński

PORTRET z HISTORIĄ Edward Dwurnik

Aktualizacja: 20 kwi 2019



Edward Dwurnik (1943-2018) urodził się w 1943 w Radzyminie. Studia w warszawskiej ASP w latach 1963-70. W czasie studiów, począwszy od 1965 r rozpoczął cykl Podróże autostopem (kontynuowany przez lata), w którym portretował miasta i miasteczka z perspektywy "ptasiego lotu", wyprzedził dzisiejszą fotografię z drona. W latach 1972 - 78 powstaje cykl Sportowcy, w którym przedstawia ludzi marginesu, cwaniaków, palaczy najtańszych wówczas papierosów marki "Sport". Około roku 1980 nastąpiło połączenie cyklów Sportowcy i Robotnicy (realizowanego od ok. 1975 r). Szyderstwo i krytyka z prowadzących "sportowe" życie współziomków (była to też reakcja na nachalne, instrumentalne gloryfikowanie hegemona - tj klasy robotniczej, przez ówczesną propagandę) zostało zarzucone na rzecz poczucia solidarności z portretowanymi ludźmi. Obrazy z cyklu Warszawa (1981 r), proroczo antycypowały wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. W cyklu Droga na Wschód (1989 - 1991) upamiętnił ofiary stalinowskiego komunizmu, w cyklu Od Grudnia do Czerwca (1990 - 1994) oddał pamięć ofiarom stanu wojennego w Polsce. W cyklu Niech żyje wojna! powstałym pod wrażeniem wojen na Kaukazie i Bałkanach artysta śle przesłanie - ostrzeżenie.
Ostanie cykle artysty to: Wyliczanka, Diagonale, Kwiaty, powrót do Podróży autostopem i cyklu Błekitne. Autor ponad 3 tysięcy obrazów towarzyszących naszemu życiu od kilkudziesięciu lat, stanowiących swoistą, niepowtarzalną, artystycznie ujętą kronikę życia, obyczaju, materialnego i duchowego zapisu naszej kultury.
 Edward Dwurnik zmarł! Informacja spadła jak grom z jasnego nieba 28 X 2018. Kilka dni później, byłem w gronie zaprzyjaźnionych z nim ludzi na Wojskowych Powązkach, nieopodal grobu Tomasza Stańki, który niestety nie zagrał na swojej trąbce, jak to zrobił w pierwszą rocznicę WTC 11 września 2002 r. na mojej wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie, aż przechodziły ciarki po plecach, a strażacy, którzy przylecieli na to otwarcie z Nowego Jorku, mieli łzy w oczach. Tu zagrali żołnierze i oddali salwę. Też zrobiło to duże wrażenie. Niezwykle pracowity, kiedykolwiek go nie odwiedzałem zawsze coś malował, więc nic dziwnego, że zostawił ponad 5000 obrazów i 10 000 rysunków. Odwiedziłem go w pracowni w Warszawie 27 IX 2001, kiedy przygotowywał dużą retrospektywy w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie, gdzie później robiłem zdjęcia.



Przechodząc do jego pracowni, na dużej białej ścianie zobaczyłem przedziwny obraz, jakby ściejające farby. Zatrzymałem się jak wryty. Dwurnik powiedział – tu wieszam płótna i polewam farbą, to co powstało, to zupełny przypadek. Było to w okresie kiedy Dwurnik malował obrazy w stylu Jacksona Pollocka. Właśnie na tle tego "dzieła" zrobiłem portret Dwurnika, któremu się to bardzo podobało.





7 września 2001 otworta została wystawę Edwarda Dwurnika w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie pt. "Malarstwo. Próba retrospektywy". Dobre określenie próba, gdyż gdyby zrobić prawdziwą retrospektywę, to nawet olrzymia Zachęta by jej nie pomieściła. Na wystawie zaprezentowano wybrane spośród ponad 3000 obrazów dotychczas namalowanych przez Dwurnika, które można uznać za reprezentatywne jego twórczości. Prezentacja obejmuje ponad 150 prac powstałych w ciągu ostatniego trzydziestolecia. Jak zobaczyłem tę wystawę, znakomicie rozwieszoną w Zachęcie, umówiłem się z Dwurnikiem za dwa tygodnie na wystawie, aby zrobić zdjęcia. To była niesamowita sesja, wystarczyło, że się przemieszczaliśmy i powstawały nowe rzeczy. Dużo rozmawialiśmy podczas zdjęć, pamiętam, że przeczytałem "City Magazine", gdzie Dwurnik na pytanie - dlaczego maluje tysiące obrazów?
 W sposób bezpośredni mówił: "...Chyba jestem prawdziwym malarzem, który ma, mówiąc trywialnie, pasję tworzenia, pasję życia. Ja maluję, bo nic innego nie umiem robić. Sprawność ręki sprawia mi przyjemność. Nie przywiązuję się do samych prac, stale mi je ktoś zabiera - jestem jak rolnik, który sprzedaje to, co wyhoduje...". Nie można chyba było tego prościej i dosadniej powiedzieć. Każdy ma jakiegoś Mistrza, pamiętam wypowiedź Dwurnika na temat Nikifora: "...Miałem problem po ukończeniu Akademii, właściwie już podczas trwania studiów, bo wszyscy malowali mniej więcej tak samo, rysowali tak samo (…). Mieliśmy zawężone horyzonty i równie nieciekawe perspektywy. (…) I właśnie wtedy pomógł mi Nikifor. (…) Osobiście poznałem go w 1966 lub 1967 roku, bo przyjechał na Akademię, a właściwie przywieźli go szarą warszawą. Był z nim opiekun. Nikifor wysiadł, usiadł przy nas na ławce i zaczął rysować. Rysował i rysował, a ja patrzyłem. (…) To fakt, że starałem się wtedy malować trochę jak Nikifor, ale to był jedynie przewrotny rozpęd we własnym kierunku. Tak więc to raczej dowcip z tym moim Nikiforem. Niemniej wtedy był dla mnie bardzo ważny, wskazał mi drogę...". W dalszej części tekstu w "City Magazine" o swoich obrazac: "...Niebieskie miasta się sprawdziły, bardzo je lubię. Kiedyś Penderecki przyszedł do znakomicie wyposażonego studia - pokazali mu, że wszystko można tu zrobić. A on wziął trzy dźwięki i zrobił z tego świetną muzykę. To tak, jak na przyjęciu - wszystkiego się nie zje. Niektórzy próbują - wpierdalają rybę z ciastkiem kremowym, bo napakowali sobie na talerz, co się dało. Ale i tak wszystkiego nie zjedzą. Ważny jest wybór i on świadczy o poziomie i klasie artysty...". 
Włąściwie nic dodać, nic ująć, w prosty sposób powiedział jak robi, bez zbędnego filozofowania.




  • Facebook Social Icon
  • YouTube Social  Icon